Zaczęłam ostatnio myśleć o czymś, co przez długi czas traktowałam jako oczywistość, a teraz nie jestem taka pewna. Chodzi o to, czy miejsce, w którym wykonujesz rytuał, naprawdę cokolwiek zmienia - i mówię tu o czymś więcej niż tylko o atmosferze czy skupieniu. Mam na myśli konkretne, mierzalne różnice w tym, jak ciało reaguje w trakcie pracy magicznej w zależności od lokalizacji. Bo zauważyłam coś ciekawego: w lesie za miastem moje tętno podczas medytacji rytualnej zachowuje się inaczej niż w mieszkaniu - spokojniejsze, bardziej wyrównane, a pewne stany skupienia wchodzą szybciej. Ale nie wiem, czy to efekt miejsca, czy po prostu to, że las działa relaksacyjnie na każdego z biologicznego punktu widzenia. Ktoś z was w ogóle śledzi takie sygnały ciała przy pracy?
To ciekawe pytanie, bo ja akurat zawsze wykonuję rytuały w tym samym miejscu i nigdy nie próbowałam tego porównać. Ale masz rację, że coś takiego jak drżenie rąk albo nagłe uczucie zimna w kręgosłupie pojawia się u mnie w różnych momentach - i teraz zastanawiam się, czy nie ma to związku właśnie z miejscem, nie tylko z treścią rytuału. Słyszałaś kiedyś o koncepcji 'place memory' albo 'spirit of place' w kontekście nie psychologicznym, ale stricte magicznym? Bo mam wrażenie, że to może być klucz do tego, o czym mówisz.
Genius loci - to jest stare pojęcie, sięgające przynajmniej starożytnego Rzymu, i w tradycjach magicznych jest traktowane bardzo poważnie. Nie jako metafora, tylko jako coś dosłownego: każde miejsce ma swojego ducha, swoją 'osobowość' energetyczną, jeśli chcemy to tak nazwać. Ale wracając do fizjologii - to jest akurat obszar, który mnie od dawna interesuje, bo jest mierzalny. Variability rytmu serca, galwaniczna odpowiedź skóry, temperatura kończyn - to wszystko zmienia się w trakcie głębokiej pracy rytualnej i da się to udokumentować. Problem polega na tym, że bardzo trudno oddzielić efekt miejsca od efektu samego stanu skupienia.
Dorzucę coś z innej strony - w geomancji i feng shui jest coś, co można by nazwać mapowaniem energetycznym przestrzeni. Nie mówię, że to ta sama tradycja co magia rytualna, ale obie zakładają, że przestrzeń nie jest neutralna. W praktyce tybetańskiej jest pojęcie 'sa ché' - dosłownie zły grunt, czyli miejsca, które mają niekorzystny wpływ na działania, które tam podejmujesz. Zwraca się uwagę m.in. na ukształtowanie terenu, historię miejsca, przepływ wody podziemnej. I to nie jest tylko symbolika - te czynniki fizyczne naprawdę mogą wpływać na stan układu nerwowego. Pytanie Janeczki o sygnały fizjologiczne jest więc bardzo sensowna, bo te tradycje też na to wskazują, tyle że z innej strony.
Ojej, to ja też coś dodam, bo właśnie przypomniało mi się coś dziwnego. Kilka tygodni temu próbowałam medytować przy pewnych ruinach w okolicy i miałam bardzo silne uczucie ucisku w klatce piersiowej, które minęło dosłownie w chwili, gdy odeszłam kilkanaście metrów dalej. Myślałam, że to moja wyobraźnia, ale czytam was i zaczynam się zastanawiać, czy to nie było coś związanego właśnie z miejscem? Chociaż nie mam pojęcia, jak to sprawdzić.
Czekaj, Janeczka, infrasound przy ruinach? To ma sens w przypadku starych budynków, ale otwarta przestrzeń? Czy tam też to działa?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może głupie, ale - jeśli miejsce wpływa na rytuał przez takie fizyczne rzeczy jak dźwięki czy ukształtowanie terenu, to czy w takim razie magia kontekstowa to bardziej kwestia neurologii niż czegokolwiek 'magicznego'? Bo trochę tak to brzmi. Nie mówię że to źle, po prostu chcę zrozumieć.
Muszę przyznać, że jestem tu raczej sceptyczna wobec tłumaczeń czysto energetycznych, ale to co mówi Zengui o stanie świadomości - to już jest dla mnie do przyjęcia. Bo to empirycznie da się badać. Ale mam pytanie do Janeczki: te różnice tętna w lesie kontra mieszkanie - mierzyłaś to faktycznie, czy bardziej subiektywnie czułaś?
A ja mam takie pytanko bo może głupie ale - czy to nie jest też kwestia tego, co my sami wnosimy do miejsca? Bo rozumiem, że las działa inaczej, ale ja jak robię coś w piwnicy u mamy, to też mi wychodzi całkiem nieźle, chociaż to nie jest żadne specjalne miejsce. Może my tworzymy to 'pole' sami i miejsce potem jakby to 'trzyma'?
Czytam tę rozmowę od początku i jedno mi chodzi po głowie. Mój dziadek był leśnikiem i zawsze mówił, że w lesie są miejsca, gdzie zwierzęta nie chodzą, a inne, gdzie wszystko się zbiera. Nic magicznego, po prostu tak jest. I zastanawiam się, czy my jako ludzie nie reagujemy na te same sygnały - tylko nie wiemy, że reagujemy.
Ale czy w takim razie nie jest tak, że każde miejsce na ziemi ma jakiś 'poziom' tej energii i po prostu jedne są silniejsze od innych? Mówię o tym, bo słyszałam o liniach ley i że pewne miejsca kultu były zawsze budowane w tych samych punktach geograficznych właśnie dlatego.
Wracając do fizjologicznych sygnałów, bo to mnie najbardziej tu wciąga - mam jedno spostrzeżenie z własnej praktyki. Zauważyłam, że pewne miejsca wywołują u mnie coś, co mogę opisać jako 'ciarki bez zimna' - nie dreszcze z zimna, ale taką falę przebiegającą wzdłuż kręgosłupa w górę. I to się pojawia zanim zdążę cokolwiek pomyśleć, zanim wykonam jakikolwiek gest rytualny. Jakby ciało odpowiadało na miejsce zanim umysł zdąży się włączyć. Janeczko, ty masz coś podobnego?
To co opisujesz z tymi ciarkami bez zimna - mam dokładnie to samo i też nie umiem tego sklasyfikować. Zdarza mi się to w pewnych miejscach w lesie, ale też raz miałam tak w kościele, do którego weszłam zupełnie przypadkowo, bez żadnego nastawienia. Więc nie było tu mowy o sugestii miejsca, bo nawet nie wiedziałam, że jest stary. Potem okazało się, że ma kilkaset lat. Czy to cokolwiek dowodzi? Pewnie nie. Ale zastanawia mnie, czy ktoś jeszcze to testował - wchodził w nieznane sobie miejsce bez wiedzy o jego historii i dopiero potem sprawdzał?
Ale czy to nie jest trochę tak, że my wszyscy zakładamy, że te sygnały ciała są wiarygodnym wskaźnikiem? A co jeśli ciało po prostu reaguje na całą masę bodźców naraz i my dopasowujemy to potem do narracji o miejscu? Mam na myśli - skąd wiemy, że to 'ciarki od miejsca', a nie od temperatury, wilgotności, albo po prostu od tego, że weszłyśmy do cichego pomieszczenia po hałaśliwej ulicy?
Słucham i mam takie głupie pytanie - czy ktoś z was próbował robić rytuały w miejscach, które są z definicji 'neutralne'? Znaczy nie las, nie ruiny, nie stary kościół, ale na przykład zwykłe biuro albo centrum handlowe? Ciekawi mnie, czy wtedy te sygnały ciała w ogóle się pojawiają.
Leontyna, to jest dobry punkt i wpisuje się w coś, o czym myślę od jakiegoś czasu. W tradycji hermetycznej jest zasada 'as above, so below', ale mniej cytowana jest jej kontynuacja - 'as within, so without'. Miejsce jest zewnętrzem, a stan wewnętrzny jest tym 'within'. Obie te rzeczy są ze sobą sprzężone. Ale tu pojawia się pytanie praktyczne: czy możesz celowo wpłynąć na miejsce przez swoją praktykę, czy tylko wybierasz miejsca, które już sprzyjają? Bo to dwie zupełnie różne strategie pracy.
No własnie, bo ja jak już pisałam wcześniej, mi działa w piwnicy u mamy i ona to nie jest żadne specjalene miejsce, ale może właśnie TO jest moje przygotowywanie miejsca przez regularną praktykę? Tylko że ja tam robię różne rzeczy, nie tylko rytuały, tam też jest pralka 🙂 Więc chyba nie jest to takie proste
To pytanie Cynobryt o 'hierarchię intencji' w miejscu jest ciekawe, ale chcę wrócić do czegoś bardziej konkretnego. Henryka wspomniała o ciarce bez zimna i ja mam hipotezę, która może to tłumaczyć bez odwoływania się do energii - są dowody na to, że mózg przetwarza bodźce z przestrzeni zanim dotrą do świadomości. Coś w starym budynku - akustyka, specyficzne rozłożenie cienia, układ przestrzenny - może wywoływać pierwotny sygnał alarmowy, który odczuwamy właśnie jako 'ciarki'. To nie jest złudzenie, to jest realna reakcja. Czy to zmienia sposób, w jaki patrzysz na te doznania?
Ale Janeczko, jeśli mózg przetwarza to nieświadomie, to skąd wiemy, że nie przetwarza też czegoś, czego my w ogóle nie umiemy nazwać? Tzn. może właśnie ta nieświadoma percepcja jest tym, co ezoteryka nazywa 'odczytywaniem energii miejsca'. Różnica jest tylko w słowniku, nie w zjawisku?
Słucham tej rozmowy i muszę przyznać, że ta różnica między 'trenowaniem percepcji' a 'szukaniem energii' jest dla mnie kluczowa. Bo to zmienia to, co robimy w terenie. W jednym przypadku idziesz i ćwiczysz uważność. W drugim szukasz konkretnego miejsca. I pytanie jest takie - czy wyniki tych dwóch podejść się różnią?
A co z miejscami, które sami tworzymy? Mam na myśli np. ołtarz w domu. Czy stały ołtarz w jednym miejscu to jest właśnie to 'przygotowywanie miejsca' o którym mówiła Astrolożkaa? I czy po jakimś czasie ten kąt w pokoju zaczyna działać inaczej niż reszta?
Mam jeszcze jedno spostrzeżenie do tej dyskusji o fizjologicznych sygnałach. Kiedy zaczęłam świadomie śledzić swoje reakcje ciała podczas praktyki, zauważyłam coś, czego się nie spodziewałam - te sygnały są konsekwentne, ale nie zawsze pozytywne. Tzn. niektóre miejsca wywołują u mnie spokój i otwartość, inne - napięcie, które trudno zdefiniować. I te 'złe' miejsca - czy to oznacza, że są nieodpowiednie do pracy, czy że wymagają innego rodzaju pracy?
Dobra, ale jak się tego uczy? Tzn. skąd wiesz, Janeczka, że to co czujesz jako 'napięcie twórcze' to nie jest po prostu napięcie, które sobie interpretujesz po fakcie jako coś użytecznego? Mam wrażenie, że tu jest największa pułapka w całej tej magii kontekstowej - łatwo uzasadnić każde doświadczenie jako coś ważnego.
Cynobryt, to jest właśnie to pytanie, które powinno paść dużo wcześniej i dobrze, że je zadałaś wprost. Skąd wiem, że nie racjonalizuję po fakcie? Szczera odpowiedź: nie wiem na pewno. Ale mam kilka rzeczy, które mi pomagają to odróżnić. Po pierwsze - czas. Jeśli interpretacja pojawia się w trakcie lub tuż po doświadczeniu fizycznym, a nie kilka godzin później przy kawie, to jest dla mnie mocniejszy sygnał. Po drugie - powtarzalność w tym samym miejscu bez zmiany nastawienia. Byłam kiedyś w jednym miejscu w Bieszczadach trzykrotnie i za każdym razem, niezależnie od tego, z jakim nastawieniem przyjeżdżałam, dostawałam to samo uczucie w klatce piersiowej - takie zwężenie, nie ból, ale jakby ucisk. Przy pierwszej wizycie myślałam, że to zmęczenie. Przy trzeciej przestałam szukać innych wyjaśnień. Ale nadal nie mogę ci dać pewności, że to nie jest mózg budujący skojarzenie z miejscem po pierwszym razie.
No właśnie, to jest uczciwa odpowiedź. Ale mam jedno 'ale' - mózg jest bardzo dobry w budowaniu skojarzeń nawet po jednej ekspozycji. To się nazywa warunkowanie klasyczne i działa błyskawicznie. Więc twój przykład z Bieszczadami - trzy wizyty, ten sam efekt - to teoretycznie może być właśnie to. Po pierwszej wizycie mózg zapamiętał 'to miejsce, ucisk', po drugiej i trzeciej odtworzył to automatycznie. Nie mówię, że tak było, ale jak odróżnić jedno od drugiego?
Ale zaraz, bo tu chyba jest ważne rozróżnienie - warunkowanie klasyczne zakłada, że bodziec neutralny jest łączony z bodźcem, który już wywołuje reakcję. A co jeśli miejsce samo w sobie nie jest neutralne od początku? Tzn. co jeśli niektóre miejsca mają coś, co już przy pierwszym kontakcie wywołuje reakcję, zanim mózg zdąży cokolwiek skojarzyć?
Henryka, to z psem to jest naprawdę interesujące. Słyszałem podobne rzeczy od kilku osób. Tylko że psy są wyczulone na ultradzwięki, zapachy, zmiany ciśnienia - rzeczy, których my świadomie nie rejestrujemy. Więc może pies reaguje na coś fizycznego, czego ty nie czujesz świadomie, ale twoje ciało rejestruje nieświadomie. I obydwoje dajecie sygnały z tego samego źródła - tylko różnymi kanałami.
