A czy to w ogóle musi być pisanie? Bo ja bardzo nie lubię pisać, zatrzymuję się na tym i potem nie robię żadnych notatek. Mogłoby być inaczej?
Ale wróćmy do tego, od czego ta rozmowa poszła głębiej, bo mam pytanie do Nefrytki. Mówiłaś o momencie, w którym wiesz, że coś idzie źle. Czy to jest zawsze podczas rytuału, czy zdarzało ci się też wiedzieć to jeszcze przed, i mimo to zaczynać?
Zdarzało się. I to jest może nawet częstsze niż rozpoznanie w trakcie. Jest taki moment przed, kiedy wiesz, że nie jesteś w dobrym miejscu, ale masz już wszystko przygotowane, jest dobry czas astralny, świece stoją, i myślisz 'no to może się ułoży'. I to jest właśnie ta determinacja, o której Tamarka mówiła wcześniej jako czerwonej fladze. Ja to teraz nazywam rytuałem z inercji.
Rytuał z inercji. To jest dobre określenie. Bo to nie jest nawet decyzja, to jest kontynuowanie czegoś, co już się zaczęło logistycznie.
O, to mi się teraz skojarzyło z czymś zupełnie innym, ale podobnym mechanizmem. Jak gotujesz obiad, który już jest w połowie zrobiony, chociaż nie masz na to w ogóle ochoty. Kończysz, bo składniki są pokrojone. I obiad wychodzi nijaki.
Ale czy pusty rytuał jest gorszy niż żaden? Bo jeśli chodzi o cel, to przynajmniej coś zrobiłaś, nie?
To trochę jak z modlitwą, którą się mówi mechanicznie. Słowa są, ale nie ma za nimi nic.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie, może trochę z boku, ale powiązane. Czy ten stan przed rytuałem, ten 'nie jestem gotowa', to może być też blokada w czakrach? Pytam, bo ostatnio czytałem, że stan splotu słonecznego wpływa na gotowość do działania i zastanawiam się, czy to nie jest właśnie to samo od innej strony.
To, co powiedziałaś o czakrach, Edmund, jest ciekawe, bo pytanie jest właściwie o to, czy to co czujemy przed rytuałem jako 'nie teraz' jest sygnałem ciała, umysłu, czy czegoś zewnętrznego. I myślę, że to naprawdę nie jest łatwe do rozróżnienia. Sama czasem nie wiem, czy to mój własny opór, czy coś faktycznie mówi 'stop'.
Ale jak wy w ogóle odróżniacie jedno od drugiego? Bo to brzmi jak coś, co można uzasadnić w obie strony w zależności od tego, co akurat chcemy usłyszeć.
A co jeśli ktoś nie ma jeszcze tych wzorców, bo robi relatywnie mało rytuałów? To po prostu trzeba czekać, aż się zbierze wystarczająco dużo doświadczeń? Pytam wprost, bo rozumiem, że nie ma skrótu, ale chciałbym wiedzieć, czy coś można przyspieszyć.
A co robicie, kiedy rytuał już ruszył i w połowie czujecie, że idzie nie w tę stronę? Bo tu mamy dwie opcje, które słyszałam, i nie wiem, która jest lepsza: przerywasz i kończysz świadomie, albo kończysz do końca, żeby nie zostawiać czegoś niedokończonego. I te dwie szkoły są zupełnie sprzeczne.
O, to jest bardzo dobre pytanie. Bo ja słyszałam oba podejścia i rzeczywiście nie ma zgody. Jedni mówią, że niedokończony rytuał jest gorszy niż pusty, bo zostawia otwarte coś, co zaczęłaś. Inni mówią, że kontynuowanie czegoś, w co już nie wierzysz w połowie, jest bez sensu.
A da się wrócić do rytuału po przerwie? Jak go przerwiesz w połowie, to możesz go dokończyć następnego dnia czy to już nie to samo?
Słyszałam kiedyś, że przerwany rytuał jest jak niedokończone zdanie, że gdzieś zostaje i czeka. Czy to ma jakieś oparcie, czy to jest po prostu obrazowe?
Ale chyba nie możemy sprowadzić całej magii do psychologii, bo to by oznaczało, że to wszystko jest tylko w głowie. Ja nie do końca w to wierzę.
Wracając do tego, co mówiła Nefrytka wcześniej, o robieniu rytuału z inercji, czyli wtedy, kiedy już wszystko jest przygotowane i czas astralny jest dobry. Czy dobry czas astralny w ogóle może wystarczyć, żeby coś uratować, jeśli ty jesteś nie w pełni tam? Bo z jednej strony słyszę, że stan wewnętrzny decyduje, z drugiej, że odpowiedni moment ma znaczenie.
To jest pytanie, które zadawałam sobie wiele razy. I moja odpowiedź brzmi: czas astralny to coś w rodzaju korzystnych warunków atmosferycznych. Możesz jechać po dobrej drodze w słoneczny dzień i tak skończyć w rowie, jeśli prowadzisz z zamkniętymi oczami. Czas sprzyja, ale nie zastąpi intencji. Przynajmniej w moim doświadczeniu.
I to jest właściwie odpowiedź na to, od czego zaczął się ten wątek, bo pierwsze pytanie dotyczyło tego, dlaczego magiczne działanie idzie w złym kierunku. I wychodzi na to, że czas może być fałszywym alibi. Zrobiłam o właściwej porze, więc zrobiłam dobrze. A tymczasem to tylko jeden element z kilku.
Tamarka, to jest naprawdę dobre podsumowanie. Zrobiłam o właściwej porze, więc zrobiłam dobrze - to jest chyba najczęstszy błąd myślenia, jaki robię. Ale mam pytanie: jak odróżnić sytuację, gdzie czas rzeczywiście pomógł, od sytuacji, gdzie byłaś przy tym w odpowiednim stanie i po prostu czas był przy okazji dobry?
To pytanie jest trudniejsze, niż wygląda. Szczerze? W pojedynczym rytuale nie odróżnisz. Dopiero gdy masz kilka podobnych doświadczeń i zaczniesz je zestawiać, zaczyna być widać, co tak naprawdę robiło różnicę. Ja przez dość długi czas myślałam, że kluczowy jest dobór dnia księżycowego, ale potem zobaczyłam, że moje najlepiej działające rytuały były wykonywane w różnych fazach, za to w stanach bardzo podobnych do siebie pod względem skupienia. I dopiero wtedy zaczęłam to kwestionować.
Ale Nefrytka, jak ty w ogóle mierzysz 'stan skupienia'? To jest subiektywne, bo każdy może powiedzieć, że był skupiony, a potem racjonalizować wynik.
A co notujesz dokładnie? Pytam, bo mam poczucie, że mógłbym zapełniać zeszyty i nadal nie wiedzieć, na co zwracać uwagę.
To 'dojrzewanie intencji w trakcie' to coś, z czym się bardzo utożsamiam. Miałam rytuały, gdzie na początku myślałam o jednym, a w połowie orientowałam się, że właściwie chodzi mi o coś zupełnie innego. I to nie jest złe samo w sobie, ale jeśli rytuał jest zbudowany pod pierwszą wersję, to masz problem. Skończyłaś coś, co technicznie odpowiada staremu zamówieniu.
To 'ostyganie' brzmi metaforycznie, ale jest w tym coś sensownego jeśli patrzeć na to od strony stanu wewnętrznego. Jeśli kończysz rytuał z poczuciem, że coś poszło nie tak, jesteś w stanie emocjonalnym, który nie jest neutralny. Wchodzenie od razu w kolejny rytuał z tym bagażem to nie jest świeży start. Jak długo czekasz zazwyczaj?
Ja mam inne doświadczenie. Raz robiłam rytuał dwa razy z rzędu, bo za pierwszym razem miałam pewność, że intencja była zła, i drugi raz wyszedł mi lepiej. Ale może miałam po prostu szczęście, nie wiem.
No właściwie to miałam poczucie ulgi po pierwszym, że go w ogóle zakończyłam, i coś jakby klarowność. To może być to, o czym mówisz.
