Ale to samo w sobie nie jest argument za robieniem rytuałów rano po złych snach. To jest argument za tym, żeby wiedzieć, po co się w ogóle robi rytuał. Jeśli chcesz się skonfrontować z tym, co jest, to może ten moment progu ma sens. Jeśli chcesz ustawić konkretną intencję i żeby zadziałała tak, jak planujesz, to chyba jednak lepiej poczekać, aż cokolwiek się ustabilizuje.
Michasia, tu mnie trafiasz, bo ja wtedy nie byłam pewna po co robię ten rytuał. Znaczy, miałam intencję sformułowaną, ale czy naprawdę chciałam tej konkretnej zmiany w tym konkretnym momencie? Teraz nie jestem pewna. I może właśnie to jest odpowiedź na całe moje pytanie z pierwszego posta. Nie pora dnia zawiodła, nie symbol zawiodał, tylko ja sama nie byłam jednoznaczna w tym, czego chcę.
To, co teraz powiedziałaś, wydaje mi się ważniejsze niż cała reszta tej dyskusji. W wielu tradycjach, które znam z praktyki, mówi się o tym, że rytuał amplifikuje stan wewnętrzny, a nie tworzy nowy. Jeśli stan wewnętrzny był wieloznaczny, rytuał wzmocnił tę wieloznaczność, a nie intencję.
Ale chwila, bo tu jest coś, o czym jeszcze nie mówiłyśmy. Jeśli podświadomość amplifikuje to, co ma 'na powierzchni', to co z rytualami odprawianymi w grupie? Tam każda osoba wnosi swój stan wewnętrzny. Jak to wtedy działa? Czy to się sumuje, czy po prostu wytwarzają się zakłócenia?
Dobra, wróćmy do Nefrytki i do tej wieloznaczności intencji. Mam pytanie: czy ta wieloznaczność wyszła na wierzch dopiero po tym, jak efekty były takie, a nie inne? Czy miałaś to przeczucie jeszcze w trakcie rytuału?
A ten dyskomfort fizyczny, który czułaś podczas rytuału, to był dyskomfort w sensie dosłownym, w ciele, czy bardziej takie poczucie, że coś jest nie w porządku z samym procesem?
Oba naraz, chyba. Byłam po prostu niewyspana i napięta. Ale do tego dochodziło coś trudniejszego do opisu, taki brak spójności między tym, co robiłam, a tym, co czułam. Jakbym recytowała coś na pamięć, nie rozumiejąc słów. Choć znałam je doskonale.
Czyli dysocjacja. Tak to wygląda, kiedy ciało robi jedno, a gdzieś głębiej coś jest wyłączone albo ciągnie w inną stronę. W snach też tak bywa, kiedy śnisz o czymś znajomym, ale czujesz, że to nie jest to, czym udaje, że jest. I zazwyczaj ten sygnał jest ważniejszy niż sama treść snu.
Czyli de facto najlepszy wskaźnik tego, czy rytuał może pójść w nieplanowanym kierunku, to nie pora ani symbol, tylko właśnie ta spójność albo jej brak? I to jest coś, co czujesz w środku, nie coś, co możesz zaplanować?
I chyba dlatego tak trudno jest mieć jasne reguły w magii. Bo te reguły zawsze muszą przejść przez człowieka, który je stosuje. I ten człowiek jest za każdym razem trochę inny.
To jest właściwie bardzo precyzyjne podsumowanie, ale nie kończy sprawy, bo zostaje pytanie praktyczne: co robić, kiedy masz rytuał zaplanowany, czujesz tę niespójność, ale coś cię pcha do działania? Nefrytka, co zrobiłabyś teraz, wiedząc to, co wiesz? Odpuściła? Przesunęła? Weszła z inną intencją?
Wioletka, to jest chyba najtrudniejsze pytanie, które mogłaś mi zadać. I myślę, że uczciwa odpowiedź jest taka: nie wiem. Naprawdę nie wiem, czy odpuściłabym. Jest w tym coś bardzo irracjonalnego, że gdy coś zaplanowałaś i masz wszystko gotowe, ten moment nacisku jest silniejszy niż sygnały, które płyną ze środka. Chyba musiałabym dojść do punktu, w którym dyskomfort byłby na tyle wyraźny, że niemożliwy do zignorowania. Ale właśnie to jest problem, bo w tamtym momencie byłam przekonana, że daje radę mimo zmęczenia. Że 'przetrwam' rytuał. I to chyba był błąd myślenia, że rytuał to coś, co się przetrwa.
To 'przetrwam rytuał' to jest zdanie, które mnie zatrzymuje. Jakbyś opisała coś, co się robi wbrew sobie. Czy tak to wtedy czułaś, że idziesz pod prąd własnych sygnałów, czy dopiero teraz to tak brzmi?
Ale to 'zdeterminowana' to jest czerwona flaga sama w sobie, nie? Determinacja jest potrzebna przy planowaniu, ale w samym momencie rytuału? Jeśli potrzebujesz determinacji, żeby zacząć, to może coś mówi: jeszcze nie teraz.
Hmm. Raczej zatrzymania. Ale teraz nie jestem pewna, bo nigdy tak tego nie analizowałam.
Mam wrażenie, że weszłyśmy w obszar, który jest naprawdę centralny dla tego, co Nefrytka opisała. To pytanie o różnicę między stanem gotowości a stanem oporu jest bardzo konkretne i myślę, że każda praktyka odpowie na nie inaczej. Ale jest jedna wspólna rzecz: ciało wie wcześniej niż głowa. Napięcie szczęki, spłycony oddech, takie drobiazgi. Czy ktoś w ogóle sprawdza te sygnały przed rytuałem?
To jest ciekawe w kontekście tradycji, gdzie przygotowanie fizyczne jest traktowane tak samo poważnie jak symboliczne. W praktyce z runami są całe sekwencje oddechowe, które poprzedzają właściwą pracę, ale nie dlatego, że są rytuałem samym w sobie, tylko właśnie dlatego, że regulują stan ciała. Jeśli idziesz w rytuał ze spłyconym oddechem i napiętymi ramionami, to wchodzisz w stan aktywacji układu nerwowego, który raczej reaguje na zagrożenie niż otwiera się na cokolwiek.
To co piszesz Wioletka ma sens, ale mam pytanie praktyczne: co robić, jak już jesteś w połowie rytuału i dopiero wtedy czujesz, że coś się sypie? Przerywasz? Dokańczasz? Bo gdzieś czytałam, że przerywanie w środku jest gorsze niż dokończenie nawet w złym stanie.
To jest akurat coś, o czym mam zdanie oparte na własnym doświadczeniu. Przerywanie w środku nie jest automatycznie złe. Zostawianie otwartego rytuału bez zamknięcia może być bardziej problematyczne niż samo przerwanie, bo intencja wisi bez formy. Ale dokańczanie za wszelką cenę, kiedy wiesz, że coś jest nie tak, to trochę jak doczytywanie umowy, o której wiesz, że jej nie podpiszesz.
Czyli mówisz, że lepiej zamknąć niż dokończyć?
Zgadzam się z tym rozróżnieniem. I warto dodać, że takie zamknięcie bez realizacji intencji nie jest porażką. To jest też informacja o tym, że coś wymagało innego momentu albo innej formy. Niekoniecznie wcale.
Ale skąd wiadomo w trakcie, że to jest właśnie ten moment, kiedy należy zamknąć, a nie po prostu chwilowy dyskomfort, który minie? Jak to odróżnić?
Gosiunia ma rację, że dyskomfort sam w sobie nic nie przesądza. Ale ten, o którym mówiłam, miał inną jakość niż zwykłe skupienie albo napięcie towarzyszące ważnemu momentowi. To było bardziej jak sprzeczność niż jak wyzwanie. Chociaż nie wiem, czy da się to opisać tak, żeby każdy wiedział, czego szukać. To jest coś, co rozpoznajesz dopiero po kilku takich doświadczeniach.
To 'sprzeczność zamiast wyzwania' które napisała Nefrytka siedzi mi w głowie. Bo właśnie próbuję sobie przypomnieć, czy to, co czułam przy swoim nieudanym rytuale, to było bardziej jedno czy drugie. I szczerze, nie jestem pewna. Może dlatego, że wtedy nie miałam w ogóle takich kategorii żeby to nazwać.
No ale to jest problem w ogóle, że większość z nas nie ma języka do opisania tych stanów. Więc potem jest 'coś było nie tak' i tyle. A co konkretnie, to trudno odtworzyć po fakcie.
To brzmi trochę jak budowanie słownika, tylko że nie słów, a odczuć. Czy tak?
To jest jeden z powodów, dla których w tradycjach runicznych tak dużo jest pracy z dziennikiem. Nie po to, żeby dokumentować wyniki, ale żeby właśnie budować ten słownik. Czytasz po kilku miesiącach i zaczynasz widzieć wzorce w swoich opisach, których w danej chwili nie byłaś świadoma.
