Ostatnio trochę zgłębiałam temat kuchni jako przestrzeni rytualnej i myślę, że to jeden z tych obszarów, o których mało się mówi wprost, a działa. Chodzi mi o to, że każdy posiłek można przygotować mechanicznie albo z konkretną intencją. I nie mówię tu o żadnych skomplikowanych rytuałach, tylko o czymś tak prostym jak to, czym zajmujesz umysł podczas gotowania. Mieszasz zupę zgodnie z ruchem wskazówek zegara, myślisz o czymś konkretnym, dodajesz zioła, które mają swoją symbolikę. Różne tradycje to znają, chociażby hoodoo, gdzie gotowanie jest wprost częścią praktyki. Ale też słowiańskie zielarki robiły to samo, tylko nikt tego tak nie nazywał. Mnie interesuje czy ktoś tutaj świadomie pracuje z jedzeniem w ten sposób, bo chciałabym porównać podejścia.
Temat ciekawy, bo rzadko się go porusza osobno. Ja trochę o tym czytałem, głównie w kontekście kuchni rytualnej z tradycji zachodniej, ale też natrafiłem na opisy z Appalachów, gdzie gotowanie ziołowe było nieodłączne od magii ochronnej. Tam kobiety dosłownie śpiewały do garnków. Mam to zanotowane, ale nie testowałem osobiście. Zastanawia mnie jedna rzecz, bo chcę zapytać tych, którzy to praktykują, czy intencja działa tylko kiedy jesteś sam podczas gotowania, czy obecność innych osób w kuchni to zmienia?
Pytanie od Zenka jest dobre, bo to nie jest takie oczywiste. Z mojego doświadczenia obecność innych osób nie musi przeszkadzać, ale zależy co robią i jaki jest ich nastrój. Jeśli ktoś stoi obok i jest wyraźnie rozdrażniony albo nastawiony negatywnie, to faktycznie ciężej się skupić na tym, co chcesz wnieść do potrawy. Ale to nie jest kwestia magiczna per se, tylko koncentracji. Intencja wymaga skupienia, a skupienie wymaga spokoju. Gotowałam kilka razy przy dzieciach, które się kłóciły w tle i powiem szczerze, że te posiłki nie niosły nic szczególnego, chociaż składniki były te same.
Czytam i jestem trochę sceptyczna, bo jak to właściwie działa? Mówisz Azalia, że intencja wymaga skupienia, okay, ale to brzmi bardziej jak efekt placebo dla osoby jedzącej, nie? Jeśli osoba, która je, nie wie, że gotowałaś z intencją, to skąd ma poczuć jakikolwiek efekt? Nie atakuję, naprawdę pytam, bo może czegoś nie rozumiem w tym mechanizmie.
wtrącę się, bo mam pytanko do Turkusowej. Znaczy zioła ok, ale co z normalnym jedzeniem, bez ziół? Bo większośc moich posiłów to np. makaron, albo jajecznica i tam właściwie nie za bardzo jest co symbolicznie wcisnąć. Czy to w ogóle działa na zwykłych skłdnikach?
A co z solą? Bo gdzieś czytałam, że sól ogólnie oczyszcza i odpędza złe energie, ale jeśli jest w każdym posiłku, to chyba traci swoją moc po czasie? Albo właśnie może działa ciągłe, nie wiem. Pytam bo sama trochę pracuję z solą przy czakrach i ciekawi mnie jak to jest w kuchni.
Rozumiem Halkę, ale to pytanie o to, czym w ogóle jest rzeczywistość. Znaczy, jeśli przyjąć czysto materialistyczny pogląd, to każda symbolika jest ludzkim konstruktem, włącznie z flagami, walutą i językiem. A jednak te konstrukty mają realny wpływ na życie milionów. Więc pytanie nie brzmi czy sól to chlorek sodu, bo oczywiście że tak, tylko czy ludzka intencja i skupienie mogą modyfikować doświadczenie rzeczywistości. Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale odpowiedź nie jest automatycznie nie.
Przeczytałam cały wątek i mam wrażenie, że wszyscy skupiacie się na kwestii czy to działa, a mnie bardziej ciekawi jak to fizycznie wygląda w praktyce. To znaczy, czy ktoś robi coś konkretnego przed gotowaniem, np. oczyszcza kuchnię, zapala coś, czy to się po prostu odbywa w głowie podczas gotowania bez żadnych zewnętrznych gestów?
Ok ale żeby nie owijać w bawełnę, bo czytam to od początku. Czy można przez jedzenie wpłynąć na konkretną osobę? Np. żeby ktoś zmienił nastawienie albo podjął jakąś decyzję? Bo to jest chyba to, do czego to może być używane i chcę wiedzieć czy to realne.
Bronislawa ma rację, to etycznie skomplikowane. Ale ja się zastanawiam przy tej rozmowie nad czymś innym. Mówicie o intencji przy gotowaniu, ale jedzenie to też wymiana energii między osobą, która gotuje a osobą, która je. Widać to chociażby w tym jak smakuje jedzenie robione z miłością przez kogoś bliskiego a jedzenie z restauracji zrobione przez kogoś obojętnego. Tu nie trzeba wierzyć w magię, żeby poczuć róznicę. Czy ta codzienna wymiana też jest częścią tej praktyki, czy mówicie tylko o celowych rytuałach?
Czytałam o tym raz w kontekście japońskiej koncepcji kodawari, czyli takiego skrajnego poświęcenia uwagi procesowi. Kucharze, którzy to praktykują, dosłownie medytują nad składnikami. To nie jest opis magiczny, ale efekt jest opisywany przez jedzących jako coś więcej niż smak. Nie wiem czy to jest to samo co tu opisujecie, ale granica między głęboką uważnością a intencją rytualną chyba jest płynna.
Dobra, ale wróćmy do tego co napisałam wcześniej, bo Bronislawa powiedziała że to kwestia etyki i że większość tradycji to odrzuca. Tylko ja nie pytałam o wpływanie na wolę kogoś, pytałam o zmianę nastawienia. To nie jest to samo chyba? Nastawienie zmienia się ciągle pod wpływem stu różnych rzeczy, rozmowy, muzyki, pogody. Dlaczego jedzenie miałoby być jakimś szczególnym przekroczeniem?
Mam tu taką obserwację z moich notatek. Sprawdzałem kilka źródeł o kuchni rytualnej w różnych tradycjach i interesujące jest to, że praktycznie każda z nich rozróżnia gotowanie dla zdrowia i dobrostanu od gotowania z myślą o konkretnej osobie. To pierwsze jest traktowane jako forma dbania, to drugie już jako coś, co wymaga odpowiedzialności. Nie chodzi o zakaz, chodzi o świadomość co się robi.
Tu się muszę zatrzymać, bo to jest już trochę inny temat niż to o czym rozmawialiśmy. Magia przez jedzenie jako codzienna praktyka z intencją dla siebie albo ogólnie dla rodziny to jedno, ale gotowanie z konkretnym celem żeby zmienić coś w relacji między osobami, to jest zupełnie inny obszar i szczerze, to nie jest to z czym bym eksperymentowała bez bardzo solidnej wiedzy o konsekwencjach.
zgadzam się z Turkusową. I tu wchodzi jeszcze coś czego nie poruszalismy. Kiedy gotujesz z silną, ukierunkowaną intencją wobec kogoś, to nie tylko ta osoba jest w polu tej energii. Ty też. Pytanie czy jesteś gotowa na to co może wrócić jeśli wyślesz coś w kierunku czyjejś relacji.
Czytałam to i chcę tylko dodać że to o czym mówi Mandragora to chyba jednak inna kategoria niż magia przez jedzenie jako taka. Jedno to na przykład ugotowanie czegoś z myślą o zdrowiu i spokoju w domu, a drugie to konkretna praca na osobę trzecią. To są różne rzeczy.
a ja nie rozumiemdo końca co to znaczy że 'wroci'. Drozdzia piszesz że energia wraca, ale skąd wiadomo w jakiej formie? Czy to jest reguła we wszystkich tradycjach czy tylko w niektórych?
Mam pytanie do Azalii, bo wróciłam do jej wcześniejszego posta o tym że robi coś konkretnego fizycznie przed gotowaniem. Pisałaś o oczyszczaniu przestrzeni i skupieniu się na intencji. Czy to oczyszczanie działa w obie strony, to znaczy czy oczyszcza też ciebie z emocji, które nie powinny być w gotowaniu?
To ciekawe co mówi Azalia, bo to znaczy że to co czujemy podczas gotowania jest ważniejsze niż same składniki? Czy można to tak powiedzieć? Tzn. lepiej ugotować z pełnym spokojem bez żadnych ziół niż z rozmarynem i imbire ale w złym nastroju?
Ja bym powiedziała że i jedno i drugie ma znaczenie. Składniki to taka warstwa dodatkowa, ale bez dobrego stanu osoby gotującej to jakby wsadzić kamień do pieca bez rozpalenia. Przynajmniej tak mi to się układa. Przy czakrach to samo, możesz mieć najpiękniejszy kryształ ale jeśli wchodzisz z nim w kontakt zdenerwowana to blokujesz to co miał robić.
przepraszam jeśli to juz bylo, ale chce zapytac czy ten stan emocjonalny mozna jaos zmierzyc zanim sie zacznie gotowac? nie wiem, jakis sposob żeby sprawdzic czy jest sie wystarczajaco spokojnym żeby w ogole zaczynac?
Dobra ale wróćmy na chwilę do tego co powiedziała Mandragora, bo wydaje mi się że ten wątek trochę uciekł. Mówicie teraz o stanie emocjonalnym, co jest okay, ale nikt tak naprawdę nie odpowiedział na jej pytanie wprost. Czy gotowanie z intencją wobec kogoś kto jest pod wpływem innej osoby jest etycznie do obronienia czy nie?
Halka zadaje słuszne pytanie. Moja odpowiedź jest taka, że nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich przypadków, ale to o czym mówi Mandragora, czyli osoba pod wpływem kogoś innego, to jest sytuacja gdzie intencja łatwo się przesuwa z troski w coś, co już jest kształtowaniem czyjejś rzeczywistości bez zgody. I to nie jest dobry kierunek dla magii przez jedzenie, bo ta praktyka jest przede wszystkim o niesieniu czegoś dobrego, nie o rozwiązywaniu konfliktów relacyjnych.
Okej, rozumiem co mówi Turkusowa i co ma na myśli. Ale właśnie dlatego pytam, bo nie wiem gdzie przebiega ta granica. Mówisz 'troska przesuwa się w kontrolę' - ale jeśli ktoś bliski naprawdę jest pod wpływem osoby, która mu szkodzi, to czy chcenie żeby to się zmieniło to jest kontrola? To chyba jest po prostu opieka?
mam wrazenie ze wchodzimy coraz głębiej w etykę i to dobrze, ale warto jednak wrócic do kuchni bo to jednak wątek o gotowaniu. Powiedzmy ze ktos chce ugotowac cos z intencja ochronna dla siebie, nie dla żadnej konkretnej osoby. Jakie skladniki mają tu sens? Bo wcześniej rozmawialismy o rozmarynu i imbirze ale nie doszlismy do tego co konkretnie.
Dobrze że wracamy do meritum. Mam w notatkach kilka rzeczy z różnych źródeł. Rozmaryn jest bardzo powszechny w kontekście ochrony i oczyszczenia, pojawia się w kuchni rytualnej od Europy po Ameryki Łacińskie. Czosnek podobnie, ale co ciekawe w niektórych tradycjach jest przypisywany do odpychania, a w innych do wzmacniania granic, co to trochę inne zastosowanie. Sól jest chyba najbardziej uniwersalna jeśli chodzi o intencję oczyszczającą. Ale jak już mówiliśmy, to są warstwy dodatkowe, nie substytut stanu osoby gotującej.
czosnek mnie zaskoczył, nie myslałam o nim w kontekście granic. A co z ziołami słodszymi, takim jak bazylia albo lawenda? Czy one są raczej do celów, hmm, relaksacyjnych czy tez moga byc ochronne?
