Mam pytanie do całej rozmowy. My tu dużo mówimy o tym, jak rozpoznać, że idzie źle, w trakcie albo po. Ale co z sygnałami przed? Czy w ogóle można wiedzieć przed rozpoczęciem, że nie powinno się zaczynać? I jak to odróżnić od zwykłego strachu czy odkładania na później?
To jest coś, o czym rzadko się mówi wprost, a jest ważne. W różnych tradycjach magicznych istnieją pojęcia zbliżone do tego, co można by nazwać 'readiness check', sprawdzenie gotowości przed działaniem. W praktyce chaosmagicznej na przykład sporo mówi się o tym, że rytuał nie powinien być wykonywany w stanie, który Carroll określał jako 'lust for result', czyli kiedy twoja potrzeba wyniku jest tak duża, że zakłóca sam proces. To nie jest strach. To jest coś, co wygląda jak gotowość, a jest napięciem.
To brzmi jak medytacja przed rytuałem. Czy to nie jest właśnie ten rodzaj przygotowania, o którym tu mówicie? Że samo przygotowanie mentalne może być testem gotowości?
To, o czym mówi Wahadlarka, jest dla mnie jednym z bardziej sensownych podejść, jakie tu padły. Nie chodzi o to, żeby się uspokajać przed rytuałem, tylko żeby sprawdzić, czy ten rytuał w ogóle ma sens w tym momencie. Ale mam pytanie do Wahadlarki: czy to sprawdzenie robisz raz, zanim zaczniesz przygotowania, czy też w trakcie samych przygotowań też można to robić?
A co jeśli potrafisz to sobie wyobrazić, ale to wyobrażenie wywołuje w tobie coś, co jest prawie ulgą? Pytam, bo miałam tak raz i nie wiedziałam, jak to interpretować. Czy to znaczy, że podświadomie nie chcę tego, o co proszę, czy że po prostu jestem zmęczona i rytuał mnie przytłacza?
'Dziwne' to znaczy co dokładnie? Bo używasz tego słowa i każdy może to rozumieć inaczej. Efekt pojawił się, ale nie ten, którego oczekiwałaś? Czy coś się wydarzyło wokół, ale niezwiązanego z intencją?
To mnie trochę niepokoi, szczerze. Czyli rytuał może 'zadziałać' w sensie dosłownym, ale nie w sensie tego, o co nam naprawdę chodziło? I to jest właśnie ta sytuacja z tytułu wątku, czyli coś idzie w złym kierunku, ale niekoniecznie jest całkowitą porażką?
Ale czy to nie jest trochę błędne koło? Jeśli masz problem, który wywołuje w tobie napięcie, to właśnie dlatego chcesz zrobić rytuał w tej sprawie. A tu się okazuje, że napięcie sprawiia, że rytuał nie zadziała tak jak trzeba. Jak z tego wyjść?
Jak ty to robisz w praktyce, to oddzielenie? Pytam serio, bo dla mnie to jest najtrudniejsze. Mam sytuację, czuję napięcie, siadam do rytuału i to napięcie jest po prostu tam, nie znika, bo sobie powiem 'teraz nie boisz się'.
To jest zbliżone do technik kontenerowania emocji, które stosuje się w psychoterapii zorientowanej na ciało. Nie chodzi o to, żeby emocja znikła, tylko żeby miała swoje miejsce i nie rozlewała się na wszystko. Ciekawe, że w praktyce magicznej to działa podobnie. Zastanawiam się, czy to nie jest w gruncie rzeczy ta sama mechanika, tylko opisywana innym językiem.
Wróćmy może do tego, co mówiła Wahadlarka o sygnałach przed. Bo ja ciągle nie jestem pewna, jak to działa u mnie. Mam tendencję do odkładania rytuałów i potem tłumaczę sobie, że 'nie był dobry czas'. Ale może po prostu się boję albo lenię. Jak to rozróżnić, serio?
Czyli odkładanie z powodu lenistwa jest paradoksalnie łatwiejsze do rozpoznania, bo można to opisać? A to, co jest sygnałem, jest trudniejsze, bo jest niewyraźne i mgławicowe?
A co jeśli ten stały opór pojawia się przy prawie każdym rytuale? Czy to znaczy, że w ogóle nie powinienem tego robić, czy że mam jakiś głębszy problem z intencjonowaniem? Pytam, bo znam to uczucie i nie wiem, jak to traktować.
Edmund80 poruszył coś, o czym warto powiedzieć trochę więcej. Stały opór przy prawie każdym rytuale to nie jest koniecznie sygnał, że coś jest nie tak z tobą ani że w ogóle nie powinieneś tego robić. To może być też informacja o tym, że masz jakiś wzorzec w relacji z samą intencją - czyli że na poziomie, który trudno nazwać słowami, wierzysz, że proszenie o coś jest niebezpieczne albo że nie masz prawa prosić. Widziałam to u ludzi, którzy robią rytuały od lat i dalej czują ten opór, bo on nie jest o rytuale, on jest o czymś starszym. Pytanie do ciebie, Edmund: ten opór to jest bardziej strach przed tym, że zadziała, czy przed tym, że nie zadziała?
Szczerze? Nie wiem. Nigdy tak tego nie rozłożyłem. Wydaje mi się, że bardziej boję się, że nie zadziała, bo to by znaczyło, że jednak to wszystko jest bez sensu. Ale jak piszesz o tym 'nie mam prawa prosić', to też coś we mnie drga. Możliwe, że jest i jedno, i drugie.
To jest w sumie trochę przerażające, bo jak słucham tej rozmowy, to zaczynam myśleć, że sama mogę mieć podobny wzorzec. Jak w ogóle można to sprawdzić bez kogoś, kto powie ci to z zewnątrz?
Ale tu wchodzimy mocno w psychologię i mam wrażenie, że trochę tracimy z oczu samą magię. Czy naprawdę uważacie, że cały problem z rytuałami idącymi w złym kierunku leży w stanie emocjonalnym praktykującego? Nie ma tu żadnych innych czynników?
Zewnętrzne wyczucie czasu ma znaczenie, ale nie myślę, żeby był głównym powodem wypaczonych efektów. W tradycjach, które dobrze znam, czas zewnętrzny traktuje się raczej jako wzmocnienie albo ułatwienie, a nie jako warunek konieczny. Jeśli rytuał idzie w złą stronę, rzadko kiedy powodem jest to, że zrobiłaś go w złej fazie księżyca, a nie to, że intencja była wewnętrznie niespójna. Oczywiście można dyskutować, ale masz jakiś przykład, który sugerowałby zewnętrzne wyczucie czasu jako przyczynę?
Ja akurat myślę, że faza księżyca jest ważniejsza niż się tu sugeruje. Szczególnie przy pracy z zamiarem puszczenia czegoś, ubywający księżyc dosłownie wspiera ten proces energetycznie, a przybywający go blokuje. Robiłam rytuały 'puszczania' w złej fazie i efekty rzeczywiście były odwrotne do zamierzonych.
Myślę, że Thalia i Wahadlarka mówią o czymś, co można połączyć zamiast stawiać to naprzeciwko siebie. Jeśli przyjmiesz, że faza księżyca wpływa na coś w tobie, czyli na twój nastrój, poziom energii, gotowość do puszczenia lub trzymania, to wtedy zewnętrzne wyczucie czasu i stan wewnętrzny są tym samym zjawiskiem patrzone z różnych stron. Problem pojawia się wtedy, kiedy ktoś używa wyczucia czasu jako wymówki, żeby nie patrzeć na to, co jest w środku. I to się zdarza częściej, niż by się chciało przyznać.
To, co napisała Nefrytka, jakoś wszystko mi układa. Używałam księżyca jako kalendarza i myślałam, że jeśli zrobię rytuał w dobrej fazie, to niejako zabezpiecza mnie przed moimi własnymi błędami. A to nie tak działa, prawda?
To wychodzi na to, że zanim w ogóle podejdzie się do rytuału, trzeba zrobić dużo pracy, której nie widać. I to jest właśnie to, czego mi brakuje, bo ja zawsze chcę po prostu zacząć i coś zrobić. Siedzenie z własnym oporem przez tydzień zanim cokolwiek się zapali, to dla mnie dużo.
Zgadzam się z Amuletką, to jest frustrujące. Ale z drugiej strony, jak teraz patrzę na to, co tutaj czytam, to może właśnie to siedzenie z oporem jest częścią rytuału, a nie warunkiem wstępnym, który trzeba odfajkować i pójść dalej.
Edmund ma rację i to jest chyba pierwsze zdanie w tej rozmowie, przy którym wszyscy powinniśmy się zatrzymać. Bo to zmienia całe podejście do tego, kiedy rytuał się zaczyna.
Edmund trafił w coś, przy czym ja też muszę się zatrzymać. Bo ja naprawdę traktowałam tę pracę z intencją jako coś, co trzeba zaliczyć zanim się 'zacznie'. Ale jeśli to jest sam rytuał, to w takim razie kiedy właściwie rytuał się kończy? Czy to jest jakiś ciągły proces?
Ale to trochę wywraca do góry nogami cały sens planowania rytuału według faz księżyca, astrologicznych okien i tego wszystkiego, co jest w tym temacie od początku. Jeśli rytuał zaczyna się w momencie, kiedy zaczynam myśleć o intencji, to mogę zacząć w złej fazie bez żadnej świadomości, że już 'jestem w rytualne'.
