Ja wracam, ale nie regularnie - raczej wtedy, gdy coś mnie zatrzymuje. Ostatnio szukałam w zapiskach, czy rok temu był podobny układ numerologiczny i chciałam zobaczyć, co wtedy notowałam. I zauważyłam, że tamte zapisy były bardzo dokładne co do szczegółów rytuału, ale zupełnie pozbawione tego, co czułam. Same fakty: zapalona świeca, użyte kamienie, godzina. Zero stanu wewnętrznego. Teraz piszę odwrotnie i nie wiem, które podejście jest lepsze.
Ojej, Heliosa, a ja mam dokładnie odwrotnie - same emocje, zero faktów. Wracam do notatki sprzed pół roku i widzę: 'czułam się bardzo spokojnie, karta była o zakończeniu' i koniec. Ale nie napisałam, którą kartę wyciągnęłam, ani nawet jakiego spreadu użyłam. Teraz to jest dla mnie zupełnie bezużyteczne, bo nie wiem co dokładnie się wtedy działo. Czy ktoś znalazł jakiś złoty środek między faktami a emocjami?
Ten konflikt między byciem w rytuale a dokumentowaniem go to chyba najczęstszy powód, dla którego ludzie albo dokumentują powierzchownie, albo w ogóle przestają. Ja przez długi czas robiłam jedno albo drugie, nigdy obu naraz. W końcu rozdzieliłam to fizycznie w czasie - najpierw rytuał do końca, potem pięć minut ciszy, potem zapis. Ale nadal nie jestem pewna, czy te pięć minut to wystarczający bufor, czy za mało.
To co mówi Tatarak o proporcjach mi uświadomiło, że ja chyba nigdy nie zastanawiałam się nad tym w ten sposób. Po prostu siadałam i pisałam, kiedy miałam ochotę - albo zaraz, albo następnego dnia, albo w ogóle. Nie miałam żadnego systemu. I teraz patrzę na swoje zdjęcia ołtarzyka z ostatnich miesięcy i nie wiem, które były robione z intencją dokumentowania, a które zrobiłam przypadkowo, bo mi się podobał kadr.
Jest w tym coś, o czym mało kto mówi wprost - dokumentacja rytuału siłą rzeczy tworzy meta-rytuał. Moment 'teraz dokumentuję' staje się częścią praktyki, czy chcemy tego, czy nie. W tradycjach ceremonialnych, szczególnie w tradycji Golden Dawn, prowadzenie magicznego pamiętnika, czyli magical diary, nie było opcjonalnym dodatkiem, ale elementem systemu. Regardie, który opisywał to dość szczegółowo, zaznaczał, że wartość nie leży w tym, co zapisujesz, tylko w samym akcie regularnego stawania naprzeciw własnej praktyki. To zupełnie odwraca perspektywę - zapis nie jest opisem rytuału, jest osobnym działaniem.
Gnostyk ma rację w tej kwestii - to jest jeden z tych kontekstów, które często pomijamy przy cytowaniu historycznych systemów. Regardie sam zresztą pisał o tym napięciu, bo publikował materiały GD bez zgody i właśnie dlatego zerwał z tamtą logiką tajemnicy. Ale to co mówił o wartości regularności - to chyba działa niezależnie od kontekstu społecznego, w którym piszesz.
Słucham tej rozmowy o Golden Dawn i mam pytanie z innej strony - czy ktoś z was miał kiedyś poczucie, że skupienie na dokumentowaniu jednego konkretnego rytuału albo jednej metody zamknęło go na inne rzeczy? Pytam, bo mi się zdarzyło, że przez kilka miesięcy tak bardzo chciałem 'domknąć' jeden wątek w zapiskach, że nie próbowałem niczego nowego.
To jest bardzo konkretne pytanie i mam na nie bardzo konkretną odpowiedź - tak, i to był jeden z powodów, dla których zaczęłam w ogóle myśleć o tym, jak dokumentuję. Miałam serię zapisków z numerologią przez jakieś cztery miesiące i tak bardzo zależało mi na tym, żeby zobaczyć jakiś wzorzec, że dosłownie nie robiłam nic innego. A jak już 'zobaczyłam wzorzec', to okazało się, że go sobie trochę ułożyłam. Dokumentacja stała się projektem, a projekt zaczął kierować praktyką zamiast odwrotnie.
i co z tym zrobiłaś? Zostawiłaś te zapisy, zaczęłaś od nowa, czy jakoś inaczej to rozwiązałaś? Bo brzmi znajomo - mam podobne okresy z horoskopami, gdzie czekam na 'potwierdzenie' czegoś, co już gdzieś z tyłu głowy zdecydowałem.
No i tu właśnie jest to, o czym mówiłem z tymi horoskopami - czekanie na potwierdzenie to jest pułapka, bo zawsze możesz znaleźć kolejny układ, który 'jeszcze nie jest gotowy'. Ale mnie zastanawia jedno: jak w ogóle zorientowałaś się, że to jest właśnie ten moment, żeby odłożyć te zapisy? Czy to było świadome, czy po prostu w pewnym momencie miałaś dość?
To jest bardzo podobne do tego, co opisywała Tatarak z tą pauzą po rytuale - tylko że tu ta pauza trwała tygodnie, nie minuty. Zastanawiam się, czy to nie jest jakiś naturalny mechanizm, który działa niezależnie od tego, czy mamy system, czy nie. Że ciało albo głowa po prostu mówią 'stop' zanim my to sobie racjonalnie przetłumaczymy.
Ja się chyba bardziej utożsamiam z Benedykiem w tym - mnie nikt nie zatrzymał przy tej mojej oberży z emocjami bez faktów, po prostu tak prowadziłam notatki przez rok i dopiero ta rozmowa mi pokazuje, że coś tam może nie grać. Więc ten 'naturalny mechanizm' chyba u mnie nie działa 🙂
Zresztą warto rozróżnić dwie rzeczy, bo mi się wydaje, że tu trochę mieszamy wątki. Jedno to jest styl dokumentowania - jak piszesz, co uwzględniasz, co pomijasz. Drugie to jest to, co Benedyk zapytał wcześniej, czyli czy skupienie na jednym rytuale albo metodzie blokuje inne możliwości. To są powiązane, ale jednak odrębne problemy. Bo możesz mieć perfekcyjny system notatek i jednocześnie utknąć w jednym miejscu - i odwrotnie.
Jest jeszcze jeden aspekt, który mnie tu uderza - mamy tendencję do mówienia o dokumentacji jakby jej wartość była neutralna, niezależna od tego, co dokumentujemy. Ale jeśli przez cztery miesiące dokumentujesz obsesję, to masz po prostu dobrze udokumentowaną obsesję. Arcymagus Crowley prowadził szczegółowe dzienniki magiczne przez dekady i część z nich to kroniki tego, jak coraz głębiej wchodził w destrukcyjne wzorce. Dokładność zapisu nie równa się jego użyteczności.
To jest dokładnie to, co mi się przydarzyło z tą numerologią - zaczęłam nieświadomie pisać tylko o rzeczach, które pasowały do mojego oczekiwania. A kiedy coś nie pasowało, to albo tego nie zapisywałam, albo robiłam jakieś wyjaśnienie, czemu 'to był wyjątek'. I widziałam to dopiero po czasie, z zewnątrz.
To co mówi Heliosa o wyjątkach - ja to rozpoznaję, ale u siebie przy kamieniach. Jak coś czułam, to zapisywałam szczegółowo. Jak nie czułam nic albo czułam coś innego niż oczekiwałam, to pisałam 'może dziś nie byłam skupiona' i przechodziłam dalej. Przez kilka miesięcy miałam zeszyty pełne 'działało' i ani jednego 'nie działało'.
Jest różnica między tym, że 'ludzkie' a tym, że zdrowe dla praktyki. Confirmation bias istnieje, jasne, ale system dokumentacji może albo go wzmocnić, albo go trochę osłabiać - właśnie dlatego warto mieć jakiś format, który wymusza zapisanie też 'nic', 'nie wiem', 'sprzecznie z oczekiwaniem'. Nie eliminujesz tego mechanizmu, ale dajesz sobie szansę go zobaczyć.
Dokładnie na tym polegał jeden z sensowniejszych elementów systemu z Arbatel de Magia Veterum - prowadzący praktykę miał notować nie tylko przebieg rytuału, ale też własny stan i odchylenia od oczekiwanego efektu. Nie jako porażkę, tylko jako dane. Samo słowo 'odchylenie' zamiast 'porażka' zmienia sposób, w jaki to czytasz po czasie. Pytanie do tych, którzy prowadzą regularne notatki - czy macie w swoim systemie jakiś sposób na zapisywanie rzeczy, które nie wyszły tak jak zakładaliście?
Ale wracając do tego, co powiedział Gnostyk wcześniej - czy to w ogóle jest problem dokumentacji, czy problem tego, jak formułujemy intencję przed rytuałem? Bo jeśli wchodzisz z bardzo sztywnym oczekiwaniem 'ma być tak i tak', to notatki siłą rzeczy będą to odzwierciedlać. Jak wchodzisz z pytaniem otwartym, to i zapis będzie inny. Może cały ten confirmation bias zaczyna się nie przy notatniku, tylko wcześniej.
To jest chyba kluczowe pytanie w całej tej rozmowie - czy problem leży w tym, jak dokumentujemy, czy w tym, z czym w ogóle wchodzimy do praktyki. Bo jeśli intencja jest sztywna, to żaden format notatek tego nie naprawi, prawda?
A co w ogóle znaczy 'elastyczna intencja'? Jak idziesz do rytuału bez konkretnego celu, to po co go w ogóle robisz? Pytam serio, bo to mi nie gra.
Nie chodzi chyba o brak celu, tylko o to, żeby nie przyklejać się do jednej konkretnej formy, w jakiej efekt ma wyglądać. Ja z tą numerologią chciałam potwierdzenia - i to był problem. Nie sama numerologia, nie samo dokumentowanie, tylko to, że miałam gotową odpowiedź i szukałam danych, które ją pokryją.
a jak to w praktyce wyglądało - miałaś jakieś konkretne zdanie, które chciałaś potwierdzić, czy to był bardziej taki ogólny nastrój przekonania?
To co opisuje Heliosa ma nawet swoją nazwę w epistemologii - myside bias, czyli tendencja do szukania argumentów po swojej stronie bez aktywnego poszukiwania kontrargumentów. Co ciekawe, badania Hugo Merciera i Dana Sperbera sugerują, że ten mechanizm mógł ewoluować właśnie dlatego, że argumentacja między ludźmi bywa bardziej efektywna niż solilokwium. Problem zaczyna się, gdy jesteś sam ze swoimi notatkami i nie ma nikogo, kto ci odpowie.
Właśnie przez to zastanawiam się, czy nie powinnam jakoś inaczej prowadzić tych swoich zapisów o kamieniach. Bo u mnie jest właśnie ten problem - piszę, co czuję, ale nigdy nie piszę wprost 'nic nie czułam, mimo że miałam oczekiwanie'. To mi jakoś umknęło w tym co mówił Aurelek o tych odchyleniach.
Ale jest tu pewien haczyk, bo 'nic się nie wydarzyło' to też interpretacja. Można mieć sesję, gdzie obiektywnie nic się nie dzieje, ale za trzy tygodnie coś się zmienia i nie masz jak połączyć tego z tamtym momentem, bo zapisałaś tylko 'brak efektu'. Więc nawet null result wymaga jakiegoś opisu - co dokładnie robiłaś, jaki był kontekst, co obserwowałaś w trakcie.
A właśnie - czy ktoś tu w ogóle analizuje swoje notatki pod kątem takich wzorców? Nie chodzi mi o samo pisanie, tylko o regularne przeglądanie i szukanie powtórzeń. Bo mam wrażenie, że większość z nas pisze, ale mało kto potem siada i to czyta jak dane.
