I tu jest ciekawy wątek, bo przy numerologii, którą prowadzę, mam podobny problem - liczby są bardziej sztywne niż karty, więc łatwiej stwierdzić coś konkretnego. Ale i tak okazuje się, że moje notatki pełne są 'to mogło oznaczać X albo Y'. Może dokumentacja z natury jest subiektywna i jedyne, co możemy zrobić, to być szczerymi co do tej subiektywności?
to jest bliskie temu, jak John Dee prowadził swoje zapisy przy sesjach z Kelleyem - skryba notował dosłownie to, co mówił Kelley, ale sam Dee opatrywał to komentarzami interpretacyjnymi w osobnych marginaliach. W efekcie mamy dwie warstwy w tych samych dokumentach: relacja i interpretacja. Może to jest właśnie model, który minimalizuje mieszanie tych dwóch rzeczy.
Ja tego Dee w życiu nie czytałam, ale to co piszecie sprawia, że zaczynam myśleć o moich zdjęciach ołtarzyka zupełnie inaczej. Mam właściwie tylko warstwę obserwacji - co stało na ołtarzyku, jakie świece, jakie kamienie. Żadnej warstwy interpretacyjnej. Może dlatego moje 'dokumentowanie' nic nie daje - brakuje tej drugiej warstwy?
Przy runach staram się robić właśnie tak jak mówi Gnostyk o Dee - najpierw suchy rzut oka: które runy wyciągnąłem, w jakiej kolejności, jaka była pozycja odwrócona czy nie. To idzie do jednej kolumny. A dopiero potem piszę, co mi to mówi, jakie skojarzenie przyszło pierwsze. Ale przyznam szczerze, że ta granica się rozmywa, jak jestem zmęczony albo spieszę się z zapisem.
To co opisuje Telesfor to jest bliskie metodzie, którą czasem poleca się przy prowadzeniu dziennika w terapii poznawczej - oddzielona kolumna na fakty i na interpretacje. Ciekawe, że magicy i terapeuci wpadli na podobne rozwiązanie z zupełnie innych powodów. Choć tutaj jest jeden haczyk: przy notatniku z dwiema kolumnami nadal siedzisz przy obu jednocześnie, a pytanie, które postawił Aurelek wcześniej było o to, czy pamięć intencji w ogóle da się wyłączyć. Kolumny tego nie rozwiązują - tylko porządkują bałagan.
To zestawienie terapia poznawcza vs. magia jest dla mnie bardziej niż przypadkowe. W CBT chodzi o to, żeby zobaczyć, kiedy interpretacja zastępuje opis rzeczywistości - i dokładnie o to samo chodzi przy prowadzeniu każdego poważniejszego dziennika praktyki. Nie wiem, czy to wymaga filozofowania o genezie tej metody, ale podejrzewam, że oba środowiska doszły do tego niezależnie, bo problem jest ten sam: ludzie naturalnie skaczą od 'co się stało' do 'co to znaczy' bez zatrzymania.
Mam wrażenie, że ta granica jest jeszcze trudniejsza do wychwycenia, kiedy pracujesz z systemem, który sam w sobie daje gotowe znaczenia. Przy numerologii mam listę znaczeń każdej liczby - więc kiedy piszę 'wylosowałam 7', to zanim skończę zdanie, moja głowa już mówi 'duchowość, samotność, głębia'. Nie da się tak naprawdę zanotować samej siódemki bez natychmiastowego kontekstu znaczeniowego.
przy tarocie to samo - karta nie istnieje bez narracji, przynajmniej w mojej głowie. Zastanawiam się, czy w ogóle da się prowadzić 'czystą obserwację' przy systemach symbolicznych. Bo co miałoby być tą obserwacją? Numer karty? Kolor? Pozycja?
To jest trafna obserwacja i właściwie wskazuje na coś, co robił sam Dee - on nie dokumentował kart ani systemu, bo scryer mówił mu konkretne słowa, wizje, sekwencje liter. To był 'surowy materiał' w miarę obserwowalny. Problem z tarotem polega na tym, że karta jest już nośnikiem znaczenia - nie ma 'przed' interpretacją, bo obraz jest interpretacją. Może dlatego dzienniki tarota bardziej przypominają literaturę niż protokół.
Moje zdjęcia ołtarzyka chyba właśnie dlatego są takie użyteczne dla mnie - bo na zdjęciu jest to co jest, bez historii. Ale właśnie przyszło mi do głowy: czy same zdjęcia bez żadnych notatek to nie jest trochę za mało? Patrzę na zdjęcie z sprzed kilku miesięcy i widzę układ, ale nie mam pojęcia co wtedy czułam ani po co ten konkretny układ.
A jak minimalny? Bo to mnie ciekawi praktycznie - ile potrzeba dopisać, żeby zdjęcie miało sens za rok, ale żeby nie zacząć pisać powieści? Przy horoskopach mam tendencję do przesadzania w drugą stronę, kończę z trzema stronami kontekstu do jednego transitu.
Zatrzymałam się na tym 'stanie przed rytuałem jednym zdaniem' - to chyba coś, czego mi brakuje we własnych zapiskach. Notuję co robiłam, ale rzadko kiedy jak się czułam zanim zaczęłam. A potem wracam i nie wiem, czy wynik był taki, bo rytuał zadziałał, czy dlatego, że zaczynałam w konkretnym nastroju.
To jest klasyczny problem z kontrolą zmiennych, który oczywiście przy magii jest nie do rozwiązania w sposób naukowy, ale warto go przynajmniej odnotowywać. W badaniach nad modlitwą i intencją - np. tych prowadzonych przez Spindrifta w latach osiemdziesiątych - zwracano uwagę właśnie na stan wewnętrzny jako zmienną. Nie mówię, że ich metodologia była bez zarzutu, ale intencja intencji dotyczy zawsze kogoś w konkretnym stanie. Bez tego zapisu gubimy połowę obrazu.
Dobrze, że to padło, bo mam wrażenie, że w tej rozmowie coraz bardziej kręcimy się wokół pytania, czy dokumentacja magii w ogóle jest możliwa bez wchodzenia w metodologię bliską nauce. I nie wiem, czy to jest dobre pytanie - bo może magia nie potrzebuje być mierzalna, żeby warto ją dokumentować?
I tu wracamy do sedna tytułu tego wątku - dokumentujesz dla siebie. Nie dla posterności, nie jako dowód. Tylko że 'dla siebie' to nie znaczy 'byle jak', bo za dwa lata ty będziesz dla siebie kimś obcym czytającym cudze notatki. Pytanie, ile temu przyszłemu sobie zostawić, żeby nie stracił wątku.
To, co napisałaś o 'kimś obcym czytającym cudze notatki' - to jest chyba najlepsze ujęcie tego problemu, jakie tu padło. Mam dokładnie to samo z moimi zapiskami sprzed trzech lat. Czytam i rozumiem słowa, ale nie rozumiem kontekstu. Wiem, że robiłam rytuał ochronny, wiem jakich użyłam składników, ale zupełnie nie wiem, co się wtedy działo w moim życiu, co mnie do tego skłoniło. I to jest ten brakujący wymiar - nie stan emocjonalny przed, bo o tym mówiła Heliosa, ale po prostu: dlaczego w ogóle.
No właśnie, i to jest ten moment, w którym dokumentacja przestaje być dokumentacją, a staje się dziennikiem planów. Mam na to osobną kolumnę w arkuszu - brzmi absurdalnie, ale naprawdę pomaga. 'Co zamierzałam' kontra 'co zrobiłam' kontra 'co się stało'. Bez tej trzeciej kolumny nie ma jak ocenić czegokolwiek.
zazwyczaj dwa wpisy - jeden dzień po i jeden po mniej więcej miesiącu. Jeden dzień po to jeszcze emocje, ale łapię przynajmniej pierwszą reakcję. Po miesiącu staram się pisać chłodniej, bo dystans zmienia perspektywę. Chociaż przyznam, że ta miesięczna adnotacja jest najtrudniej mi zachować systematycznie.
O, dwa wpisy do jednego zdarzenia - to jest pomysł, który mnie kompletnie nie przyszedł do głowy, a wydaje się oczywisty jak to powiedziałaś. Ja zawsze pisałam raz, zaraz po, i to był ten 'końcowy' zapis. Ale przecież interpretacja karty może wyglądać zupełnie inaczej po kilku tygodniach, kiedy już wiesz, co się w życiu wydarzyło.
To jest pytanie, które dotyka czegoś starszego niż psychologia poznawcza. Już w tradycji hermetycznej - i tu wracam do Dee, bo on jest chyba najlepiej udokumentowanym przykładem - problem polegał na tym, że nawet przy dwóch osobach w sesji każda wnosiła własną narrację. Dee pisał, Kelley mówił, ale Dee filtrował to, co zapisywał. Mamy jego diariusze, ale nigdy nie wiadomo, co zostało pominięte, bo wydawało mu się nieważne albo niezrozumiałe.
Mam trochę inne doświadczenie z dokumentowaniem przez kogoś drugiego - raz prosiłem partnerkę, żeby notowała to, co mówię podczas rzutu run, bo chciałem mieć surowy zapis bez własnej korekty. I ona napisała słowo w słowo, bez żadnych dodatków. Jak potem czytałem, to nie rozumiałem połowy tego, co mówiłem. Mój własny tok skojarzeniowy był dla mnie obcy na papierze.
Dlatego chyba zdjęcia dają mi tę iluzję surowości, o której mówicie - bo zdjęcie ołtarzyka nie interpretuję, ono po prostu jest. Ale słucham tej rozmowy i myślę, że może ta surowość to złudzenie, bo przecież ja sama wybrałam kadr, kąt, oświetlenie. Zdjęcie też jest zinterpretowane, zanim je zrobiłam.
Wrócę do tego hindsight bias, który poruszył Ambrozy, bo to jest może najpoważniejsza przeszkoda przy dokumentowaniu czegokolwiek po czasie. W badaniach nad snami - szczególnie w pracach Gary'ego Dobbinsa nad lucid dreaming journaling z lat dziewięćdziesiątych - wyszło, że najdokładniejsze są zapisy robione w ciągu pięciu minut po przebudzeniu, a po dwudziestu minutach ludzie mimowolnie 'dopowiadają' narrację, żeby sen miał sens. Przy magii jest podobnie. Pięć minut po rytuale i pięć minut przed snem to dwa różne relacje tego samego zdarzenia. Pytanie, czy ta wtórna narracja jest błędem, czy częścią procesu.
Myślę, że Heliosa ma rację co do tej różnicy. Przy snach tracisz treść, przy rytuale tracisz kontekst emocjonalny i kolejność znaczeń - co przyszło pierwsze, co było reakcją na co. To inny rodzaj zniekształcenia, ale tak samo prowadzi do spójnej narracji, której może nie było w trakcie.
Wychodzi na to, że idealny zapis rytuału powinien być robiony w trakcie, ale to chyba rozbija sam rytuał, nie? Trudno mi sobie wyobrazić, że co dwie minuty przerywam i piszę, co teraz czuję.
Wracając do tego dyktafonu - mam znajomego, który robi dokładnie to samo, i powiedział mi, że pierwszą rzeczą, którą zauważył przy przesłuchaniu, było to, że jego głos brzmiał inaczej niż 'głos w głowie'. Miał wrażenie, że słucha kogoś obcego. I to go rozbiło bardziej niż sama treść. Mówił, że przestał słyszeć rytuał, a zaczął słyszeć siebie. Nie wiem, czy to pomaga w dokumentowaniu, czy tylko dodaje kolejną warstwę.
A czy ktoś w ogóle wraca do starych zapisów w jakimś celu, czy to raczej archiwum na wszelki wypadek? Bo ja mam zeszyty z horoskopami z kilku lat i właściwie ich nie otwieram, chyba że szukam konkretnej daty. Zastanawiam się, czy w ogóle jest sens tworzyć te archiwa, jeśli się do nich nie wraca.
