Nie wiem czy to tylko u mnie, ale za każdym razem kiedy robię cokolwiek z zamiarem - nieważne czy to proste ognisko czy bardziej rozbudowany rytuał - czuję fizyczne rzeczy, których nie umiem do końca wytłumaczyć. Najczęściej to ciepło w dłoniach, czasem coś jakby mrowienie przechodzące przez ramiona. Raz miałem tak silne uczucie nacisku na klatce piersiowej, że musiałem przerwać. Zastanawiam się czy inni to czują i czy w ogóle przywiązujecie do tego uwagę, czy raczej traktujecie te sygnały jako coś normalnego i idziecie dalej.
Ciepło w dłoniach to jedno z bardziej powszechnych odczuć i ma swoje uzasadnienie w kilku tradycjach. W hermetyzmie mówi się o 'telestic work' - pracy, która angażuje ciało fizyczne jako medium dla wyższych prądów. Ale mrowienie w ramionach to inna sprawa. Czy to się pojawia na początku rytuału, w trakcie, czy dopiero po? Bo to dość istotne z punktu widzenia tego, co się dzieje energetycznie.
Mnie to od dawna zastanawia. Czuję podobne rzeczy - to mrowienie, które opisujesz. U mnie zaczyna się zwykle w okolicach nadgarstków i idzie w górę. Swiatowid91 masz rację że moment wystąpienia ma znaczenie, bo ja to czuję głównie na etapie 'ładowania' intencji, zanim jeszcze cokolwiek fizycznie zacznę robić. Jakby ciało wyprzedzało działanie.
Nacisk na klatce piersiowej to coś, czego bym nie bagatelizowała. Nie dlatego, że to złe - ale dlatego, że może sygnalizować przeciążenie. W niektórych systemach ceremonialnych mówi się wprost, że jeśli ciało 'protestuje' w taki sposób, to znaczy że albo tempo jest zbyt wysokie, albo pracujesz z czymś, na co nie jesteś w tamtym momencie gotowy. Nie twierdzę, że tak było w twoim przypadku, ale warto to obserwować w czasie, a nie jednorazowo.
To co opisujecie z tym mrowieniem i ciepłem jest opisane dość precyzyjnie w kontekście propriocepcji rytualnej - nasz układ nerwowy reaguje na skupienie uwagi i zmianę oddechu, które towarzyszą każdej praktyce. Ale to nie znaczy, że to 'tylko' fizjologia. Obydwa wyjaśnienia mogą być jednocześnie prawdziwe. Mnie bardziej ciekawi ten nacisk na klatce piersiowej. Kacperek.x, czy przed tym rytuałem byłeś zmęczony, niewyspany, może chory?
Ja podchodziłem do tego przez pryzmat czakr i szczerze mówiąc ta perspektywa coś mi wyjaśniła - przynajmniej w moim przypadku. To ciepło w dłoniach koreluje mi z aktywacją czakry serca i dłoniowej (są tradycje które uznają dłonie za drobne centra energetyczne). A mrowienie wzdłuż kręgosłupa to klasyczny opis tego, co w jodze kundalini nazywa się kriyas - mimowolne reakcje ciała na przepływ prany. Pytanie czy to się sprawdza u kogoś poza kontekstem jogicznym.
Właśnie to co mówi Hilek.pl brzmi podobnie do tego co czuję czasem podczas medytacji. Ale ja nie robię żadnych rytuałów, więc nie wiem czy można to porównywać. To mrowienie pojawia się u mnie głównie przy pewnym rodzaju skupienia, nie przy żadnej konkretnej technice. Czy to znaczy że to ta sama rzecz co wy opisujecie?
Czytam to wszystko i zastanawiam się - czy te odczucia są zawsze pozytywne, czy macie też takie nieprzyjemne? Bo ja mam raz na jakiś czas coś co mogę opisać tylko jako 'zimny wiatr' przechodzący przez plecy, ale bez żadnego zewnętrznego źródła. I nie jest to przyjemne. Pojawia się najczęściej kiedy coś idzie 'nie tak' z rytmem praktyki - jakbym wchodziła w złą fazę.
Ja mam swoje trzy grosze do tego. Kiedyś podczas dłuższego rytuału dostałem tak silnych zawrotów głowy, że musiałem usiąść. I to nie było pierwsze tego typu doświadczenie. Potem ktoś mi powiedział że to może być kwestia hiperwentylacji bo nieświadomie zmieniamy oddech podczas skupienia. No i sprawdziłem - rzeczywiście, zacząłem kontrolować oddech i zawroty prawie znikły. Ale zostało coś innego - taki stan jakby bycia troche poza ciałem. Nie wiem jak to nazvać.
To co mówi Marianka70 jest ciekawe, bo ja też traktuję te fizyczne odczucia jako coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego, nie jako efekty uboczne. Tyle że muszę się nauczyć je czytać. Bo na początku wszystko jest nowe i nie wiadomo co co znaczy. Teraz po dłuższym czasie zaczynam rozróżniać - to ciepło i mrowienie to jedno, a takie nagłe poczucie pustki albo ciężkości to zupełnie inna kategoria. Ktoś jeszcze to czuje, to nagłe ciężkie odczucie?
Ten ciężar to tak. U mnie pojawia się przy pewnym rodzaju pracy, trudno to inaczej nazwać. Ale mam pytanie do was - czy te odczucia są silniejsze przy rytuałach grupowych? Bo ja mam wrażenie że solo to co innego niż w grupie, i nie wiem czy to tylko kwestia atmosfery czy czegoś więcej.
Na temat pracy grupowej jest sporo w tradycji theurgy i w tekstach Golden Dawn. Mówi się tam o 'group mind' albo 'egregore' - zbiorowej strukturze którą buduje wspólna intencja. I ta struktura ma realny wpływ na odczucia fizyczne uczestników, bo ciągnie więcej energii z każdego z osobna. To może tłumaczyć dlaczego solo jest łagodniej. Ale też solo masz pełną kontrolę i wiesz skąd co pochodzi - w grupie jest trudniej to rozróżnić.
Czytam od początku i mam jedno pytanie bo sam nigdy czegoś takiego nie czułem w sposób wyraźny - czy te odczucia w ogóle da się ćwiczyć, żeby być na nie bardziej wrażliwym? Czy po prostu albo się je czuje albo nie i to jest kwestia predyspozycji?
To pytanie Bonifacego jest chyba jedno z ważniejszych w tym wątku. Bo problem z 'uczeniem się czuć' jest taki, że przez pierwsze jakiś czas nie wiadomo czy to co się czuje to efekt praktyki, czy po prostu normalna praca ciała - krążenie, napięcie mięśni, temperatura pokoju. Skąd wiedzieć co czytać a co ignorować?
Dziennik ciała to dobry pomysł ale mam pytanie - czy uwzględniacie w tym co dzieje się dzień po? Bo u mnie bywa tak, że w trakcie rytuału nic specjalnego, a następnego ranka budzę się z dziwnym uczuciem ciężkości w ramionach albo lekkości w głowie. I nie wiem czy to echo poprzedniego dnia czy po prostu zły sen.
Ja się zastanawiam czy ktoś oprucz mnie miał kiedyś coś fizycznego w sensie dosłownym - nie mrowienie, nie ciepło, ale na przykłąd nagłe drżenie rąk. Mnie to zdarzało się kilka razy i za każdym razem nie wiedziałem co z tym zrobić, bo to nie było nieprzyjemne ale też nie do końca pod kontrolą.
To drżenie które opisuje Leszek81 i Kacperek.x - w somatics mówi się o tym jako o naturalnej odpowiedzi układu nerwowego na rozładowanie napięcia. TRE, czyli tension releasing exercises, bazuje na dokładnie tym mechanizmie. Ciało dosłownie drży żeby uwolnić zgromadzone napięcie. Nie mówię że to 'to samo', ale mechanizm fizyczny może być identyczny.
To pytanie Drakony jest fundamentalne i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Ale postawiłbym to inaczej - co by się zmieniło w twojej praktyce gdybyś wiedziała że te odczucia są 'tylko' fizjologią? Dla mnie odpowiedź brzmi: nic. Bo fizjologia nie wyklucza czegoś więcej, a skupianie się na tym rozróżnieniu to strata energii.
Właśnie, ta regularność. Mam wrażenie że to jest klucz do całej rozmowy. Jednorazowe odczucie to może być wszystko. Powtarzający się wzorzec powiązany z konkretną praktyką to już coś innego. Czy ktoś z was ma na tyle długą historię żeby powiedzieć, że te wzorce się utrzymują przez lata czy zmieniają się z czasem?
u mnie to drżenie pojawiało się bez wyraźnego momentu, gdzieś w środku kiedy coś jakby kulminowało. Nie na początku nie na końcu. I po nim rzeczywiście przychodził spokój jak piszesz. Może to jest ta sama sekwencja tylko rozciągnięta inaczej w czasie. Ciekawe że obaj mamy to drżenie jako przesuniecie do spokoju, nie jako zakłócenie.
Wracając do tego co mówiła Marianka70 o oddechu przed praktyką - co konkretnie zmieniacie w oddechu? Bo to brzmi jak coś prostego do wypróbowania i jednocześnie nie wiem czy chodzi o spowolnienie, pogłębienie, konkretną technikę.
To co Ewunia mówi o obserwowaniu oddechu zamiast regulowania - ja długo nie rozumiałam tej różnicy praktycznie. Dopiero jak przestałam próbować oddychać 'poprawnie' przed rytuałem, to zauważyłam że ciało samo zaczyna się kalibrować. Jakby wiedziało co mu potrzebne. I fizycznie to czuć - najpierw trochę szybszy oddech, potem sam się wydłuża. Czy wy też macie taki moment kiedy ciało jakby przejmuje inicjatywę?
To co Drakona pisze o kontrolowaniu - właśnie to mnie ostatnio chodzi po głowie. Bo z jednej strony chcę żeby ciało samo wiedziało, z drugiej strony jak trochę odpuszczę kontrolę to nie zawsze wiem gdzie jestem w rytuале. Jakby granica między skupieniem a dryfowaniem jest za cienka.
Zakotwiczenie to dla mnie zawsze jakiś punkt fizyczny. Nacisk stóp na podłogę, oddech w konkretnym miejscu ciała, ciężar rąk. Coś co możesz sprawdzić w każdej chwili nie przerywając praktyki. Działam z tym od dawna i to jedyna rzecz która mi naprawdę pomaga kiedy stan się pogłębia za szybko.
A jak to jest z tym stanem - czy wy miewacie momenty kiedy nie jesteście pewni czy byliście w transie czy nie? Bo mi się zdarza że kończę rytuał i nie pamiętam dokładnie środkowej części, ale jednoczeście nie mam wrażenia że byłem nieprzytomny. To trochę dezorientujące.
Wracając do pytania Drakony o to czy automatyczne wchodzenie w stan może być problemem - ja miałam przez pewien czas coś takiego że zaczynałam wchodzić w podobny stan też poza praktyką, np. przy monotonnej czynności. Na początku myślałam że to fajne, potem trochę mniej. Zaczęłam wtedy bardziej pilnować żeby rytuał miał wyraźny koniec.
U mnie koniec zawsze ma jakiś element fizyczny. Najczęściej myję ręce zimną wodą, ewentualnie robię kilka spokojnych kroków. To trochę mechaniczne ale działa - coś przestawia się jakby. Nie mam pojęcia czy to jest 'prawidłowe' w jakimś sensie, po prostu wyszło z praktyki.
