Ten przykład ze świeczkami jest akurat bardzo trafny, bo to jest coś, z czym się sama zmierzyłam. Szukałam kiedyś informacji o kolorach i w jednej książce zielona to Venus i miłość, w drugiej to Saturn i pieniądze, a w trzeciej to już Merkury i komunikacja. I wszystkie podają to z takim samym przekonaniem, bez żadnego wyjaśnienia skąd to pochodzi. Jak mam wiedzieć, którą wersją się kierować?
To co Michasia opisuje z kolorami to jest dokładna analogia do tego, o czym mówiłam przy numerologii. Różne systemy, różne przypisania, brak transparentności co do źródła. W numerologii mam przynajmniej tyle, że gematria hebrajska ma ciągłość tekstualną, którą można śledzić. Przy kolorystyce rytualnej nawet tego nie masz - większość przypisań w popularnych książkach XX-wiecznych pochodzi od autorów, którzy po prostu coś postanowili i tyle.
Przepraszam, że znowu wchodzę z boku, bo może to głupie pytanie, ale - jeśli ktoś używa zielonej świeczki z przekonaniem, że to Venus, a ktoś inny używa z przekonaniem, że to Saturn, i obu to 'działa', to co to mówi o systemie? Że systemy są wymienne? Że liczy się tylko intencja i skupienie? Naprawdę pytam, bo nie wiem co o tym myśleć.
I to jest chyba najlepszy argument za tym, żeby sięgać do starszych tekstów - nie dlatego, że są 'prawdziwsze', ale dlatego, że zmuszają do wyboru. Jeśli bierzesz PGM albo Picatrix, to nie możesz sobie łatwo wymieszać systemów, bo one mają swoje własne, wewnętrzne reguły. Adaptacja wymaga świadomej decyzji. Przy współczesnych książkach miks jest już gotowy i niewidoczny, więc nigdy nie wiesz, czym tak naprawdę pracujesz.
Ale Chryzoprazka - to zakłada, że chcę pracować z jakimś jednym, czystym systemem. A co jeśli po prostu chcę zrobić jeden konkretny rytuał i nie planuję zgłębiać teorii? Czy naprawdę muszę przejść przez całą tę krytykę źródeł, żeby, nie wiem, zapalić świeczkę z intencją?
No dobrze, ale skąd ma wziąć ten fałszywy autorytet, skoro kupuje książkę, która go sugeruje? Martusia nie wymyśliła, że coś jest 'starożytne' - powiedział jej to ktoś, kto napisał tę książkę. Mam wrażenie, że winę zrzucamy na czytelnika, a nie na autora.
Gencjana ma tu punkt. I to jest jeden z powodów, dla których pytanie z tytułu wątku jest w pewnym sensie odwrócone - nie chodzi o to, czy starsze książki są bardziej wiarygodne, tylko o to, kto i po co buduje narrację o wiarygodności. Współczesna książka, która twierdzi, że przekazuje wiedzę starożytną, używa tego twierdzenia marketingowo. Stary tekst nie miał powodu tego robić - on był po prostu współczesny swoim autorom.
I tym pytaniem możemy chyba zamknąć koło - wracamy do punktu startowego Chryzoprazki, ale z innej strony. Nie 'czy stare jest lepsze', tylko 'kto i dlaczego każe ci wierzyć, że coś jest stare'. A odpowiedź na to drugie jest o wiele bardziej konkretna i możliwa do sprawdzenia niż jakakolwiek próba porównania wieku tekstów.
No to Sylwek.ka ładnie to zamknął, ale ja mam wrażenie, że cały wątek okrążał jedno pytanie, którego nikt wprost nie zadał: jak w praktyce odróżnić, kiedy autor mówi 'to jest starożytna wiedza', bo faktycznie ma ku temu podstawy, a kiedy mówi to, żeby książka lepiej się sprzedała? Szczerze - nie wiem, jak to sprawdzić, jeśli nie znam się na historii tradycji.
Ale Chalcedonka, to brzmi jak sporo roboty na każdą książkę. Mam pół regału i teraz miałabym weryfikować każdą pozycję osobno? Serio pytam, bo nie wiem, czy to jest w ogóle realne dla kogoś, kto nie siedzi w tym zawodowo.
Ja to rozumiem, ale mnie bardziej zastanawia, co z tekstami, które w ogóle nie powołują się na żadną wcześniejszą tradycję - piszą po prostu 'ten rytuał działa' i tyle. Nie ma żadnego 'starożytnego', nie ma żadnych przypisów, tylko opis metody. Czy takie rzeczy można w ogóle oceniać według tych samych kryteriów?
O, to jest coś, co mnie bardzo interesuje, bo ostatnio właśnie trafiłam na taką książkę - zero przypisów, zero tradycji, ale opis rytuałów był bardzo konkretny i szczegółowy. I nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle. Dionizy - mówisz, że to może być uczciwe podejście, ale jak wtedy w ogóle ocenić, czy ten autor wie, o czym pisze, skoro nie ma się punktu odniesienia?
To jest moment, w którym wracamy do sedna - wiarygodność to nie to samo co skuteczność i nie to samo co autentyczność historyczna. Można mieć autor bez żadnych przypisów, który opisuje metodę, którą sam rozwinął i rozumie, i to może być bardziej wartościowe niż ktoś, kto przytacza łaciński tytuł, ale tekstu nigdy nie czytał. Problem polega na tym, że po samej formie książki trudno to odróżnić.
Serenity dotyka czegoś, co mnie od początku tego wątku chodzi po głowie. Wróciliśmy do pytania z tytułu, ale z innej strony - bo teraz nie pytamy 'stare czy nowe', tylko 'jak rozpoznać, że ktokolwiek wie, co robi'. I tu jest problem: w tradycjach z długą historią tekstualną masz przynajmniej ślad transmisji - coś przeszło przez kolejne ręce i kolejne korekty. W książce bez osadzenia nie ma nic, co pełniłoby tę funkcję.
Transmisja to klucz, tak. W numerologii widzę to bardzo wyraźnie - systemy, które mają realną ciągłość, zachowały wewnętrzne sprzeczności, które były omawiane i rozstrzygane przez kolejnych autorów. To znaczy, że ktoś z tym naprawdę siedział. Systemy 'nowe' często są gładkie i niesprzeczne, bo nikt ich jeszcze nie przetestował na twardych przypadkach. Ta gładkość jest podejrzana.
Czyli de facto mówicie, że brak sprzeczności to zły znak? To trochę odwrotnie niż bym intuicyjnie myślała. Zawsze mi się wydawało, że dobra książka powinna być spójna.
Dobra, ale ja chyba potrzebuję tego jeszcze bardziej praktycznie. Powiedzmy, że mam konkretną książkę o magii runicznej. Jak sprawdzam, czy to co pisze ma jakikolwiek związek z realną tradycją skandynawską, a co jest wymysłem autora z lat 80.? Dosłownie - od czego zaczynam?
I tu wychodzi różnica między tradycją a rekonstrukcją. Przy runach mamy do czynienia głównie z rekonstrukcją - i to nie jest zarzut, bo w wielu przypadkach to uczciwa i wartościowa praca. Problem zaczyna się, kiedy rekonstrukcja jest prezentowana jako bezpośrednia transmisja. Edred Thorsson jest tu ciekawym przypadkiem - jego prace to bardzo świadoma syntetyczna budowa systemu, ale on to mówi wprost w przedmowach. Czytałeś go, Tadek?
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie robimy tutaj trochę z siebie sędziów gatekeeperów - kto może, kto nie może, co jest prawdziwe, co nie. Bo w sumie ktoś taki jak Martusia, który chce zrobić konkretny rytuał i nie interesuje się krytyką źródeł, ma chyba prawo to zrobić bez całego tego aparatu weryfikacyjnego, nie?
Michasia ma rację, że to prawo istnieje. Ale gatekeeperstwo to zupełnie inna rzecz niż umiejętność czytania ze zrozumieniem. Nikt tu nie mówi, że Martusia nie może palić świeczek - pytanie brzmiało, jak odróżniać dobre źródła od złych, i to jest pytanie otwarte dla każdego. Mnie denerwuje raczej, kiedy te kategorie się miesza i wychodzi, że krytyczne myślenie o źródłach to atak na praktykę. To nie jest atak, to jest po prostu inne zagadnienie.
okej, ale ja ciągle wracam do tego praktycznego pytania - skoro rozmawiamy o tym, jak rozpoznać dobre źródło, to co w praktyce robisz, kiedy masz przed sobą coś, co nie ma ani przypisów, ani tradycji, ani akademickiego autora? Pytam serio, bo to jest sytuacja, w której ja najczęściej ląduję. Większość tego, co dostaję polecone, jest właśnie bez zaplecza.
Ja przy takiej książce zaczynam od sprawdzenia, czy autor rozróżnia między różnymi technikami i kiedy stosować którą. Jeśli ktoś pisze 'zawsze rób tak', bez żadnych warunków kontekstowych - to dla mnie sygnał, że albo skraca, albo nie wie, że warunki w ogóle istnieją. Dobra metoda zawsze ma jakiś zakres stosowalności.
Ale ile czasu macie na analizowanie każdej książki z takim poziomem szczegółowości? Serio pytam, bo ja zazwyczaj kupuję coś, przekartkowuję i albo mi pasuje, albo nie. Nie robię systematycznej weryfikacji. Może powinnam, ale realistycznie - skąd brać na to czas?
To co mówi Tadek jest moim zdaniem ważne - ten punkt odniesienia nie bierze się z powietrza. Mnie zajęło naprawdę sporo czasu, zanim zaczęłam zauważać, że pewne zdania brzmią jak żywcem przepisane z innych tekstów, tylko inaczej poskładane. Wcześniej każda książka wyglądała mi tak samo wiarygodnie.
Wracając do pytania Martusi - jest jeszcze jeden praktyczny sposób. Jeśli autor opisuje konkretny rytuał, to sprawdź, czy podaje jakikolwiek powód, dla którego akurat taki kształt, taka ilość, taki materiał. Nieważne, czy powód jest historyczny, czy autorski - ważne, żeby w ogóle był. Brak uzasadnienia to często znak, że autor sam go nie zna.
Martusia dotknęła tu czegoś, o czym mało kto mówi wprost - wewnętrzna spójność narracji nie jest dowodem na prawdziwość. Można zbudować system, który jest wewnętrznie logiczny i brzmi poważnie, a jest zbudowany od zera przez jedną osobę bez żadnego rzeczywistego oparcia. W ezoteryce jest tego pełno i to jest właśnie miejsce, gdzie stare-nowe przestaje być prostym kryterium.
Ja bym tu weszła z innej strony - w numerologii mam kilka systemów, które brzmią kompletnie przekonująco i są wewnętrznie spójne, a wzajemnie się wykluczają. Pytanie nie brzmi wtedy 'który jest prawdziwy', tylko 'który jest oparty na czymkolwiek wcześniejszym i który jest produktem lat 90.'. I to drugie pytanie jest zaskakująco trudne, bo literatura często to ukrywa.
