Mieszkam w kawalerce i od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy w ogóle sensownie da się pracować magicznie bez dedykowanego miejsca. Nie mam możliwości urządzenia sobie kącika, który byłby tylko do tego, bo po prostu nie ma przestrzeni. Sypiam, jem i pracuję w tym samym pokoju. Próbowałam różnych rzeczy, ale ciągle mam wrażenie, że coś nie gra ze skupieniem. I tu mam pytanie do tych, którzy mają podobnie: czy to kwestia faktycznie przestrzeni, czy bardziej tego, co się dzieje w głowie zanim się zacznie?
To jest akurat temat, który mnie od dawna interesuje bardziej niż sama technika rytuałów. Stan świadomości przed pracą magiczną to dla mnie punkt numer jeden, przed przestrzenią, przed świeczkami, przed wszystkim. Znam osoby, które mają dedykowane pokoje, ołtarze na pół ściany, i nic z tego nie wychodzi, bo siadają do tego zdenerwowane albo rozkojarzeni. I znam kogoś, kto robi wszystko przy kuchennym stole, ale ta osoba potrafi się skupić w ciągu kilku minut tak, że naprawdę to czuć. Pytanie brzmi: jak ty dochodzisz do tego skupienia? Bo to chyba jest sedno.
To co opisujesz z biurkiem to bardzo prawdopodobne. Jest takie pojęcie w psychologii środowiskowej, że mózg kotwi aktywność do miejsca. Dosłownie uwarunkowanie przestrzenne. Dlatego np. specjaliści od produktywności mówią, żeby nie pracować w łóżku, bo potem nie możesz zasnąć. Ta sama zasada działa w drugą stronę. Ale nie oznacza to, że nie da się tego obejść. Pytanie, czy próbowałaś jakiegoś wyraźnego sygnału przejścia, czegoś, co by zaznaczało dla ciała i głowy: teraz zaczyna się coś innego?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, może naiwne, ale skąd w ogóle wiadomo, że stan skupienia cokolwiek zmienia? Pytam serio, bo nie rozumiem tej zależności. Czy ktoś ma jakieś konkretne obserwacje, że przy lepszym skupieniu coś poszło inaczej niż przy gorszym?
Moim zdaniem przestrzeń jest co najmniej tak samo ważna jak stan głowy, nie można tego rozdzielać. Polecam po prostu zasłony, które oddzielają kąt pokoju, to tworzy mikroprzestrzeń i psychicznie działa jak osobny pokój. Wiele tradycji pracuje z zasłoną jako granicą między światami, to nie jest przypadkowe.
Bardzo dziękuję za tę dyskusję, czytam z dużą uwagą. Mam podobną sytuację mieszkaniową. Chciałem tylko zapytać, czy ten 'sygnał przejścia', o którym pisała Eugenka, to może być cokolwiek? Jak na przykład zapalenie konkretnej świeczki albo zapach, który mam tylko do rytuałów? Czy to musi być jakaś szczególna procedura?
To jest bardzo konkretna odpowiedź, dziękuję. Mam pytanie do tej fizjologii, bo o tym nie myślałam. Czy podobnie działa muzyka albo dźwięk? Mam jedno nagranie z misy tybetańskiej, którego nie słucham w innych sytuacjach. Może to właśnie to?
Dźwięk działa, ale trochę inaczej. Muzyka i dźwięki też mogą kotwic stan, ale są bardziej angażujące poznawczo niż zapach, wiec mozna przez nie odpłynąć myślami w złą stronę. Znam osoby, które używają dzwonka jako otwarcia i zamknięcia pracy i twierdzą ze to im wystarczy. Natomiast słuchanie czegokolwiek przez cały rytuał to juz kwestia gustu i tego, czy to pomaga czy przeszkadza konkretnej osobie.
I tu dochodzimy do sedna pytania Blanki, czy to jest kwestia przestrzeni czy stanu. Moim zdaniem to są naczynia połączone, ale jeśli miałbym wskazać, co jest ważniejsze w sytuacji braku miejsca: stan wygra zawsze. Przestrzeń pomaga wejść w stan, ale nie zastępuje go. Pusty kąt za zasłoną z ołtarzem to tylko dekoracja, jeśli siadasz do tego z głową pełną rachunków i nieoddanych maili.
Chciałam zapytać o coś praktycznego. Piszecie o wchodzeniu w stan, ale ile to zajmuje? Bo jeśli to jest 20-30 minut samo przygotowanie, to przy krótszych pracach nie ma to za bardzo sensu, nie?
Dziękuję wszystkim za tę rozmowę, czytam od początku i dużo mi to daje! Mam pytanko, przepraszam ze wchodzę, ale czy ta kwestia stanu dotyczy też bezpieczeństwa? Gdzieś czytałam, że robienie pewnych rzeczy w złym stanie emocjonalnym może ściągnąć coś niepożądanego. Czy to realne, czy to tylko straszenie?
Czytam to od początku i szczerze, myślałem, że magia to bardziej o świeczkach i formułkach, a tu wychodzi, że to głównie psychologia. Nie krytykuję, po prostu zastanawiam się, gdzie jest granica między techniką skupienia umysłu a samą magią jako czymś więcej.
To co Jarek napisał o naczyniach połączonych dużo mi wyjaśniło, ale nadal mam wątpliwość. Mówisz, że stan wygra zawsze, ale co w sytuacji, gdy przestrzeń aktywnie przeszkadza? Nie chodzi mi o brak dedykowanego pokoju, tylko o to, że w tej samej przestrzeni dzień wcześniej był jakiś konflikt, kłótnia, coś nieprzyjemnego. Czy to zostawia cokolwiek w przestrzeni, czy to tylko moja głowa?
To jest dobre pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Z jednej strony masz rację, że coś zostaje, ale moim zdaniem zostaje przede wszystkim w tobie, nie w ścianach. Twoja głowa pamięta, że tu było napięcie, i to wpływa na skupienie. Ale nie wykluczam, że jest też coś więcej. Różne tradycje mówią o oczyszczaniu przestrzeni przed pracą i nie bez powodu.
A co z sytuacją odwrotną, jak ktoś jest w dobrym stanie, ale przestrzeń jest po prostu brzydka albo chaotyczna? Pytam, bo u mnie mieszkanie bywa naprawdę nieładne i zastanawiam się, czy to nie blokuje od razu na starcie.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chciałam zapytać o to okadzanie. Eugenka pisała, że resetuje skojarzenia miejsca. Ale co jeśli ktoś nie toleruje dymu? Mam alergię i klasyczne kadzidło to dla mnie wykluczone. Czy jest coś, co działa podobnie, ale bez spalania?
Bardzo dziękuję za tę informację o hydrolatch, bo też mam problem z dymem. Chciałem dopytać o te narożniki, bo spotkałem się z tym w różnych kontekstach. Czy to dosłownie chodzi o to, że dźwięk rozbija coś w powietrzu, czy to jest bardziej symboliczne?
Wracając do mojego pytania o kłótnię w przestrzeni, bo chyba nie powiedziałam wszystkiego. Chodzi mi nie tylko o atmosferę po fakcie, ale o to, że ta przestrzeń jest jednocześnie kuchnią, sypialnią, miejscem pracy i teraz też miałaby być miejscem rytuału. Czy to w ogóle jest do pogodzenia, czy w pewnym momencie trzeba odpuścić i czekać na lepsze warunki mieszkaniowe?
Odpuścić? Absolutnie nie. Większość praktykujących przez całe życie pracuje w zwykłych mieszkaniach. Ta idea, że do magii potrzeba specjalnego pomieszczenia, to mit, który bardziej blokuje niż pomaga. Sama pracuję w salonie, gdzie stoi telewizor i kanapę mam metr od miejsca rytuału.
A czy ktoś próbował robić rytuały późno w nocy, żeby po prostu unikać tego problemu? Że jak wszyscy śpią albo jest cisza, to i przestrzeń jest inna? Czytałam gdzieś, że północ to tradycyjnie czas przejścia i nie chodzi tylko o symbolikę, ale o to, że przestrzeń jest wtedy energetycznie spokojniejsza.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje. Wszyscy mówicie o wchodzeniu w stan jako o czymś, co można kontrolować. Ale co z osobami, które mają np. ADHD albo generalnie bardzo trudno im się skupić? Czy magia jest dla nich po prostu trudniejsza, czy są jakieś inne ścieżki?
Hej, wróciłem do wątku bo miałem pytanie na bazie tego, co Jarek napisał wcześniej o granicy między techniką a magią. Ale czytam teraz o tej magii przez ruch i zastanawiam się, czy to nie jest właśnie dowód, że technika i magia to jedno i to samo? Bo jeśli bęben wprowadza w trans, to jest to technika. Gdzie tu wchodzi coś nadprzyrodzonego?
I chyba właśnie o to mi chodziło od początku, żeby nie musieć wybierać między idealną przestrzenią a robieniem czegokolwiek. Zostaje mi teraz pytanie bardzo praktyczne: jak wyrobić w sobie ten sygnał przejścia w kawalerce, gdzie wszystko dzieje się w jednym miejscu? Misa tybetańska, hydrolat, cokolwiek, ale jak zbudować to skojarzenie od zera, żeby naprawdę działało, a nie tylko udawało?
Blanka00, to jest dobre pytanie i trochę się nad nim zastanawiam zanim odpiszę. Bo sygnał przejścia w kawalerce to nie jest problem techniczny, to jest problem neurologiczny. Twój mózg musi się nauczyć, że jedno konkretne działanie = inny tryb. Kluczowe jest, żeby to działanie było wyłącznie do tego. Jeśli zapalasz tę samą świecę przy kolacji, przy pracy i przy rytuale, to ona przestaje być sygnałem. Musi być coś, co robisz tylko wtedy.
Dokładnie to. I dodam, że ten sygnał może być bardzo prosty, nie musi być rozbudowany. Znam osoby, które używają konkretnych perfum tylko do pracy rytualnej, nic więcej. Węch jest silnie związany z pamięcią i emocjami, więc zapach, który pojawia się wyłącznie w jednym kontekście, bardzo szybko zaczyna ten kontekst przywoływać. Po kilku tygodniach samo otwarcie flakoniku zmienia stan. To nie magia, to warunkowanie, ale w magii to działa na korzyść.
z tego co obserwuję u siebie, wystarczy na wejściu. Chodzi o uruchomienie skojarzenia, nie o podtrzymywanie go. Kiedy już jesteś w tym stanie, ciało samo wie gdzie jest. Choć niektórzy zostawiają świeczkę zapachową przez cały czas, bo to daje ciągłość, ale to kwestia preferencji, nie konieczność.
Ja mam trochę inaczej i nie wiem czy to dziwne. Mój sygnał przejścia to konkretna muzyka. Jeden utwór, zawsze ten sam, zawsze przed. Nie słucham go w innych sytuacjach w ogóle, trzymam go tylko do tego. I to działa szybciej niż cokolwiek innego u mnie. Ale zastanawiam się, czy to nie jest za bardzo mechaniczne? Jarek, jak ty na to patrzysz?
