Tylko że to nie jest zarzut wobec tradycji jako takiej, tylko wobec konkretnego sposobu jej popularyzacji. Grimoiry i traktaty rytualne nigdy nie były pisane jako podręczniki akademickie. Miały inne cele. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś traktuje je jakby były.
No właśnie, bo mnie zaczyna irytować to, że ta rozmowa coraz bardziej wygląda jak 'zrób doktorat i wtedy możesz praktykować'. Część ludzi podchodzi do tego intuicyjnie i też coś z tego wynosi.
Ta różnica między 'działa na mnie' a 'jest tym, za co się podaje' to chyba centralny punkt całej tej dyskusji. I mam wrażenie, że dużo nieporozumień bierze się z tego, że te dwie rzeczy są traktowane jako jedno.
Słucham tej rozmowy i myślę, że może ten podział na stare i nowe w ogóle mało mówi. Może lepszym pytaniem jest: czy tekst jest wewnętrznie spójny i czy autor rozumie to, o czym pisze. Bo to można ocenić nawet bez wiedzy historycznej.
Wewnętrzna spójność to dobry filtr, choć niewystarczający. Można napisać spójny tekst oparty na błędnych założeniach. Widziałam systemy, które są logicznie zbudowane od pierwszej do ostatniej strony, a opierają się na czymś, co autor po prostu wymyślił i podał jako fakt. Spójność formy nie mówi nic o tym, skąd wzięła się treść.
To jest właśnie mój problem z częścią współczesnej numerologii. Są autorzy, którzy budują bardzo szczegółowe, rozbudowane systemy - przypisania, tabele, interpretacje. Wszystko elegancko poukładane. I nie ma żadnej informacji o tym, na jakiej podstawie te przypisania w ogóle powstały. Skąd wiadomo, że siódemka oznacza akurat to, a nie coś innego?
Czyli każdy system jest w jakimś stopniu wymyślony przez kogoś w określonym czasie? To jest dezorientujące jeśli człowiek zaczyna od przekonania, że sięga po coś starego i sprawdzonego.
Jak rozpoznać ten trzeci typ bez dużej wiedzy? Bo to jest moje pytanie od początku tej rozmowy i nadal nie mam dobrej odpowiedzi.
Mogę dodać coś z innej strony? Przy wyborze starszych tekstów pomaga czasem sprawdzenie, kto je wydał i kiedy. Reprint XIX-wiecznego autora zrobiony przez poważne wydawnictwo z historycznym wstępem to inny obiekt niż ten sam tekst wydany bez żadnego kontekstu przez małą oficynę. Nie to jest jedyna miara, ale daje jakiś punkt odniesienia.
Dobra uwaga, ale mam kontrprzykład. Aleister Crowley był wydawany przez poważne wydawnictwa i wiele jego tekstów ma akademickie opracowania. A poziom faktycznych twierdzeń historycznych w jego pracach jest różny. Więc wydawca też nie jest gwarancją.
Crowley to akurat skomplikowany przypadek, bo on sam nie udawał, że odtwarza starożytność - tworzył otwarcie własny system i to zaznaczał. Problem z nim jest inny, mianowicie jego uczniowie i kontynuatorzy nie zawsze zachowywali tę samą przejrzystość co do tego, co jest Crowleyem, a co jest ich własną interpretacją Crowleya. I tak nawarstwiają się warstwy.
Masz rację, że to się rozjechało. Grant na przykład poszedł w kierunku, który sam Crowley by pewnie odrzucił, i jednocześnie Grant powoływał się na jego autorytet. Ale wracając do tego, o czym mówiła Martusia - to jest właśnie jeden z tych sygnałów, które można wychwycić bez dużego przygotowania historycznego. Jeśli tekst powołuje się na mistrza, a jednocześnie idzie w zupełnie innym kierunku bez zaznaczenia tej różnicy, to coś tu nie gra. Nie trzeba znać całej historii okultyzmu żeby zauważyć, że coś w tym łańcuchu autorytetu jest naciągane.
