Ale skąd wiesz, kiedy mapa nie pasuje do terenu, jeśli nigdy nie widziałaś terenu? Szczerze, bo to mnie blokuje w tym temacie - jeśli nie mam dostępu do oryginalnych tekstów, a tłumaczenia są warstwą na warstwie, to jak w ogóle weryfikuję cokolwiek?
To uczciwa odpowiedź, ale mam wrażenie, że dla większości osób, które sięgają po takie książki, ten odruch weryfikacji po prostu nie istnieje. Nie dlatego, że są leniwi - po prostu nikt ich nie uczył czytać tego rodzaju tekstów krytycznie. Sama okładka z piramidą i złotym napisem robi robotę.
To jest dla mnie trochę przytłaczające, bo sama zaczęłam od Kybalionu i myślałam, że to jest solidna podstawa. Teraz zastanawiam się, co z tej lektury ma w ogóle wartość, a co jest po prostu zmyślone przez tych panów z Chicago. Czy ktoś może powiedzieć, które zasady z tej książki mają jakieś oparcie w rzeczywistych tekstach hermetycznych, a które są autorskim wynalazkiem?
Przy okazji Hanegraaffa warto wiedzieć, że on napisał 'Esotericism and the Academy' i tam właśnie analizuje, jak ezoteryka nowożytna konstruuje własną historię - i to jest ten mechanizm, o którym tu mówimy. Określa to jako 'rejected knowledge' - wiedza odrzucona przez mainstream staje się automatycznie podejrzana, więc jej obrońcy muszą budować alternatywną narrację o jej starożytności i autentyczności. Kybalion jest podręcznikowym przykładem.
I tu dochodzimy do sedna pytania Chryzoprazki z początku wątku - bo ten mechanizm dotyczy zarówno starych jak i nowych tekstów. Stare teksty też budowały narrację o swoim starożytnym pochodzeniu. Hermes Trismegistos jako autor Hermetica był przyjmowany za dobrą monetę przez renesansowych humanistów - dopiero Casaubon w 1614 roku udowodnił na podstawie analizy językowej, że te teksty są znacznie późniejsze niż sądzono. Więc 'stare' nie chroni przed tym samym problemem.
Właśnie o to chodziło mi od początku i cieszę się, że Serenity to powiedziała wprost. Argument o starszości tekstów jako gwarancji autentyczności jest mylący, bo stare teksty też kłamały o sobie - świadomie lub przez błędne przypisania. Casaubon to świetny przykład, bo przez ponad tysiąc lat Hermetica były przyjmowane jako egipska starożytność. Nie były. To nie znaczy, że nie mają wartości - mają, ale inną niż zakładano.
Okej, ale jak Casaubon to udowodnił? Bo mówisz 'analiza językowa' i to brzmi sensownie, ale nie mam pojęcia jak to działa w praktyce. Czy to coś, co można jako laik sprawdzić, czy to wymaga naprawdę specjalistycznej wiedzy?
No to właśnie wracamy do tego co mówiłam - musimy ufać jakimś ekspertom, bo sami nie mamy narzędzi. I tu mam problem, bo w jednej chwili mówimy, że nie ufać popularnym autorom ezoterycznym, a w drugiej - że ufać akademickim filologom. Skąd wiedzieć, że ci drudzy nie mają swojej agendy?
Mnie w tej całej dyskusji zastanawia jedno - rozmawiamy o autentyczności i pochodzeniu, ale czy ktoś tu praktykuje z tekstów, które uznaje za naprawdę dobrze udokumentowane? Bo mam wrażenie, że dużo łatwiej jest krytykować Kybalion niż powiedzieć wprost: a ja pracuję z tym i tamtym, bo mam powody żeby je traktować poważnie.
Czekaj, PGM to jest coś, o czym słyszałam ale nigdy nie weszłam głębiej. Czy te teksty są dostępne po angielsku czy tylko w oryginale? I jak się w ogóle pracuje z czymś, co jest dosłownie instrukcją z tamtych czasów - bo zakładam, że część materiałów potrzebnych do rytuałów jest teraz po prostu niedostępna.
Właśnie pracuję sobie z PGM i mam pytanie do Serenity - wspomniałaś o problematyce materiałów, których część wymaga rzeczy trudnych do zdobycia. Jak ty to obchodzisz w praktyce? Bo ja zazwyczaj szukam substytutów opisanych w literaturze naukowej jako funkcjonalnie podobne w kontekście kulturowym - ale nie wiem, czy to podejście jest spójne metodologicznie, czy po prostu sobie racjonalizuję kompromisy.
Poczekajcie, bo trochę się zgubiłam. Mówicie o PGM jak o czymś, z czego można po prostu pracować - ale to są teksty sprzed prawie dwóch tysięcy lat. Nie ma tam jakiegoś fundamentalnego problemu z kontekstem? Znaczy, te rytuały były pisane dla konkretnych ludzi, w konkretnej kulturze, do konkretnych bóstw. Czy praktykowanie tego teraz nie jest trochę jak... odgrywanie scenariusza bez znajomości reguł gry?
Okej ale Martusia ma rację - ja też mam ten problem z kontekstem. Wrócę do naszego głównego tematu, bo mi się wydaje, że właśnie tu jest odpowiedź na pytanie Chryzoprazki. Może kwestia 'starsze kontra nowsze' jest zupełnie źle postawiona. Bardziej trafne pytanie byłoby: czy masz kontekst do pracy z danym tekstem, czy nie. I wtedy stary tekst bez kontekstu jest gorszy niż nowy tekst pisany przez kogoś, kto ten kontekst odrobił.
To jest dobry punkt, ale upraszcza jeden element - kontekst można odbudować. Nie w całości, ale częściowo. Właśnie to robią historycy religii i magii antycznej. Więc pytanie nie brzmi 'czy masz kontekst', tylko 'ile jesteś gotów zainwestować w jego zrozumienie'. I tu stare teksty mają tę przewagę, że wokół nich narosło dużo pracy akademickiej. Wokół nowych bestsellerów ezoterycznych tej pracy zazwyczaj nie ma wcale.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale właśnie doczytałam cały wątek od początku i mam poczucie, że mówimy cały czas o autentyczności historycznej, ale nikt nie powiedział nic o tym, czy to w ogóle działa. Znaczy - Kybalion może być z 1908 roku i zmyślony, ale jeśli ktoś z nim pracuje i ma efekty, to co to mówi o autentyczności? Pytam szczerze, bo sama nie wiem jak to połączyć.
Ale właśnie ta separacja autentyczności od przydatności jest trochę wygodna, nie? Bo jeśli powiem, że mój system jest starożytny i pochodzi od wtajemniczonych mistrzów, a on nim nie jest, to kłamię - nawet jeśli system 'działa'. I chyba o to Chryzoprazce chodziło od początku - że ta narracja o starszości ma konkretny cel marketingowy i buduje fałszywe poczucie legitimizacji.
Właśnie to miałam na myśli. I tu wracam do czegoś, co Dionizy powiedział kilka postów wyżej - że wokół starych tekstów narosło więcej pracy akademickiej. To jest prawda, ale ta praca akademicka często jest krytyczna wobec tych tekstów, a ezoteryczne środowisko tę krytykę ignoruje. Bierze się tekst, bierze się aurę starożytności, a zostawia się krytyczny aparat. To jest najgorszy wariant z możliwych.
To co mówi Chryzoprazka to właściwie można by przetestować na numerologii, bo to moje pole. Numerologia powołuje się na Pitagorasa - ale Pitagoras nie zostawił żadnych pism, a to co mu przypisujemy to rekonstrukcje z kilku wieków po jego śmierci. Kabalistyczna gematria jest inna. Chaldejska numerologia jest inna. Te systemy nie są kompatybilne, mają inne podstawy, inne metody. Ale wszystkie sprzedają się pod hasłem 'starożytna wiedza liczb'. W praktyce - każda z nich działa na innych zasadach i dawanie im jednej legitymizacji jest błędem.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam inne pytanie - czy ktoś tu brał pod uwagę, że może być odwrotna korelacja między autentycznością historyczną a użytecznością dla współczesnego praktykującego? Im tekst starszy i bardziej oryginalny, tym bardziej wymaga znajomości realiów kulturowych, językowych, materialnych, które po prostu nie istnieją. Pracuję z numerologią od lat i widzę, że systemy skonstruowane w XX wieku, nawet jeśli mają luźniejsze podstawy historyczne, są po prostu bardziej przystępne jako metoda pracy z psychiką.
To jest naprawdę ciekawy kierunek, ale wróćmy na chwilę do czegoś, bo mi umknęło - Chalcedonka wspomniała o substytutach materialnych w PGM. Ja rozwiązuję to inaczej: wybieram rytuały, w których materiały są osiągalne, i nie zmieniam receptury. To ogranicza wybór, ale za to mam pewność, że pracuję z czymś, co ma jakiś sens w oryginalnym kontekście. Jak ktoś zaczyna modyfikować PGM pod siebie bez głębokiej znajomości tradycji, to już jest nowa praktyka, nie praca ze starym tekstem - i nie ma w tym nic złego, ale nie można tego nazywać PGM.
To co Serenity mówi - żeby wybierać tylko dostępne rytuały i nie modyfikować - brzmi bardzo restrykcyjnie. Ale rozumiem logikę. Tylko że to mnie zastanawia: ile rytuałów z PGM można w ogóle odtworzyć bez modyfikacji w dzisiejszych warunkach? Czy to jest realnie duży korpus tekstów, czy w praktyce zostają jednostki?
Właśnie - i to wraca do meritum dyskusji o starych versus nowych tekstach. Może ważniejsze od wieku jest to, czy autor jest uczciwy wobec własnych źródeł i procesów? Nowa książka, która mówi 'to jest moja adaptacja, opieram się na tym i tamtym, oto co zmieniłam i dlaczego' - jest mi bliżej jako praktykującej niż stara książka, która twierdzi, że przekazuje niezmienioną wiedzę przekazaną przez mistrzów, a tak naprawdę jest kompilacją z trzech innych tekstów z poprzedniego wieku.
I tu mamy chyba najbardziej konkretne kryterium z całego wątku - nie pytaj, ile ma lat tekst, tylko pytaj, jak autor dokumentuje swoją wiedzę. Stary tekst bez dokumentacji - słaby. Nowy tekst z przejrzystymi źródłami - silniejszy. To jest coś, co można sprawdzić bez znajomości greki, bez dostępu do archiwów. Po prostu: przypisy, bibliografie, uczciwość wobec poprzedników. I tu jest między innymi różnica między Crowleyem, który mimo wszystkich swoich wad podawał swoje źródła, a autorami samopomocy ezoterycznej, którzy powołują się na 'starożytną mądrość' bez jednego przypisu.
Właśnie to mnie gryzie w tej dyskusji. Znaczy, brzmi to sensownie, że wiek nie jest wyznacznikiem jakości, ale jak mam oceniać książkę, jeśli nie znam kontekstu? Pytam serio, bo stałam ostatnio w księgarni i miałam w rękach dwie pozycje - jedna z lat osiemdziesiątych i jakaś nowa, i zupełnie nie wiedziałam, na co patrzeć.
Tylko że to też nie jest idealne kryterium. Widziałem książki naszpikowane przypisami, które cytują wyłącznie same siebie albo inne książki popularne tego samego środowiska. Taka samoodniesiona bańka. Przypisy są, ale nie prowadzą nigdzie poza obiegiem New Age. Więc samo 'czy są źródła' to za mało - trzeba by wiedzieć, czy te źródła cokolwiek znaczą.
Chryzoprazka poruszyła ważną rzecz - nowicjusz nie odróżni dobrej dokumentacji od złej. Ale to problem dotyczy każdej dziedziny, nie tylko ezoteryki. Jak ktoś zaczyna interesować się medycyną naturalną, też nie wie od razu, które źródła są sensowne. Pytanie, czy ezoteryka ma swój odpowiednik peer review - czyli mechanizm weryfikacji przez innych znających się na rzeczy. Bo akademickie badania nad historią magii istnieją, ale prawie nikt w środowisku ezoterycznym ich nie czyta.
Dokładnie, Chalcedonka mówi o czymś realnym. Skinner to dobry przykład - jego prace o grimoires są historycznie solidne i jednocześnie napisane z perspektywy kogoś, kto rozumie, po co te teksty w ogóle powstały. Ale mam pytanie do całej grupy: czy naprawdę chodzi nam o to, żeby oceniać książki, czy o to, żeby oceniać systemy? Bo mogę mieć świetnie udokumentowaną książkę opisującą system, który w praktyce jest wewnętrznie niespójny.
