To jest ciekawe spojrzenie, bo odwraca winę z uwagi na przygotowanie. Ale mam pytanie - jak wygląda to "dokończone przygotowanie" w praktyce? Bo u mnie problem jest często taki że nie wiem co jeszcze miałabym zrobić przed, żeby głowa była naprawdę na miejscu.
Nie ma jednej listy, to by było za łatwe. Ale coś co mi pomaga - zanim zacznę cokolwiek, siadam i przez chwilę sprawdzam czy wiem po co to robię tego dnia, nie jako abstrakcję, ale konkretnie dzisiaj. Czasem okazuje się że nie wiem. Albo że powód który miałam tydzień temu już nie jest aktualny. I wtedy odkładam. Praca zrobiona bez powodu albo z przeterminowanym powodem nigdy mi dobrze nie wychodziła.
Irenka mówi o sprawdzaniu powodu bezpośrednio przed - i to mi się łączy z całym wątkiem o środowisku i mapie relacji. Jeśli twój powód jest zakorzeniony w konkretnej relacji z miejscem, z porą roku, z tym co teraz się dzieje w przyrodzie wokół ciebie, to sprawdzenie powodu jest jednocześnie sprawdzeniem czy jesteś w tym kontekście. Może dlatego te tradycje które miały silne osadzenie w naturze miały też to skupienie jakby bardziej organiczne - bo powód i kontekst były jedno.
Dobra, wchodzę z boku bo mam pytanie praktyczne. Mówicie o zakorzenienie w miejscu, w porze roku, w przyrodzie - ale co jeśli ktoś mieszka w bloku na czwartym piętrze i jego jedyna relacja z przyrodą to doniczka z paprotką? Serio pytam, bo to jest moja sytuacja i trochę czuję że ta rozmowa jest pisana dla kogoś kto ma ogród albo las za oknem.
Mnie zastanawia co powiedział Seid o zbyt wielu bodźcach. Bo u mnie jest coś takiego że jak jestem na zewnątrz, w parku albo gdzieś z drzewami, to paradoksalnie gorzej mi się skupia niż w zamkniętym pomieszczeniu. Głowa zaczyna chodzić za każdym dźwiękiem, każdym ruchem. Wewnątrz jakoś łatwiej. Czy to znaczy że mam problem z tym zakorzenienie w środowisku o którym mówicie?
Arkania pyta jak rozróżnić nawyk od naturalnego rytmu - i szczerze nie wiem czy da się to zrobić czysto. Ale jest jedna rzecz którą robiłam i która trochę pomaga: celowe przestawienie warunków. Jeśli zawsze pracujesz w środku, zrób coś małego na zewnątrz. Nie rytuał, nie coś ważnego - po prostu wyjdź z jakimś zamiarem i poobserwuj co się z twoją uwagą dzieje. Nie oceniaj jakości, tylko notuj co się zmienia. Po kilku takich próbach zaczyna być widać wzorzec.
Irenka mówi o eksperymentowaniu z warunkami i to mi się wydaje rozsądne, ale mam pytanie które mnie trochę gryzie od kilku postów. Mówimy dużo o środowisku fizycznym - czy zamknięte, czy na dworze, czy doniczka czy las. A co ze środowiskiem wewnętrznym? Czy stan ciała - niedobór snu, głód, choroba - wpływa na koncentrację w taki sam sposób jak bodźce zewnętrzne, czy to jest osobna kategoria?
Zaraz, celowy dyskomfort jako czynnik skupiający? To rozumiem przy ekstremalnych praktykach, ale jak to ma sens na co dzień? Budzę się niewyspany, nie skupiam się na niczym. To w jaki sposób niedobór snu mógłby pomagać?
Okej, ale teraz wracam do tego co powiedziała Klimcia - o środowisku wewnętrznym. Bo u mnie wędrująca myśl którą opisałem wcześniej jest chyba właśnie z tej kategorii. Głowa ucieka nie dlatego że coś na zewnątrz ją ciągnie, tylko dlatego że jestem zmęczony albo mam niedokończone sprawy w głowie. I teraz nie wiem - czy to jest coś do naprawienia przez lepsze przygotowanie ciała, czy przez to sprawdzanie powodu o którym mówiła Irenka, czy jedno i drugie jednocześnie?
A to jest coś co chciałam zapytać od dawna w tym wątku. Koncentracja jako temat zakłada że jej brak to problem do rozwiązania. Ale czy może być tak że kiedy uwaga odchodzi, to jest informacja, a nie błąd? Tzn. nie "skoncentruj się mocniej" tylko "zatrzymaj się i sprawdź co ci ten brak skupienia mówi"?
Arkania trafia w coś co dla mnie jest kluczowe. Brak koncentracji jako komunikat, nie jako porażka - tak właśnie to rozumiem po latach. Ale jest jedno zastrzeżenie: żeby to działało, trzeba umieć odróżnić rozproszenie które coś sygnalizuje od zwykłego wanderingu umysłu który nic nie znaczy. I to jest naprawdę trudne, bo na początku każde odejście uwagi chce się interpretować jako głęboki znak, a czasem myśl o tym co na obiad to po prostu myśl o tym co na obiad.
Irenka mówi o odróżnieniu sygnału od szumu i to jest problem który widzę u wielu osób - nie tylko w magii, ale w każdej praktyce wymagającej samoobserwacji. Nie mam dobrego przepisu jak to rozróżniać inaczej niż przez doświadczenie i przez prowadzenie jakichś notatek w czasie. Czy ktoś ma inny sposób?
To jest chyba jeden z ważniejszych problemów w całym tym wątku. Praca bez jasno określonego celu to nie jest margines - wiele tradycji wręcz zakłada że intencja formuje się w trakcie, nie przed. Ale to wymaga innego rodzaju uwagi niż praca celowa. Klimcia mówi o powracaniu jako kryterium, Rasphul też - i to ma sens, ale tylko jeśli jesteś w stanie odróżnić powracanie związane z pracą od powracania związanego z czymś zupełnie niezwiązanym. Prokop, czy ten impuls który opisujesz ma jakieś stałe cechy? Pojawia się o konkretnych porach, po konkretnych sytuacjach?
Prokop i Seid poruszają coś co mnie osobiście zajęło sporo czasu żeby zrozumieć. Ten impuls bez celu - ja to teraz traktuję jako rodzaj zaproszenia do eksploracji, a nie jako gotowy punkt startowy pracy. Ale żeby to dobrze działało, trzeba być uważnym na to co pojawia się w trakcie, bo właśnie tam czasem formuje się to co na początku było mgłą. Koncentracja w takim trybie jest zupełnie inna niż przy pracy z konkretnym zamiarem - bardziej otwarta, mniej punktowa. I paradoksalnie trudniejsza, bo nie ma osi.
"bardziej otwarta, mniej punktowa" - to mi się łączy z czymś co Japończycy nazywają w kontekście praktyk zen mushin, co w uproszczeniu tłumaczy się jako "umysł bez umysłu", ale to przekłamuje trochę sens. Chodzi bardziej o stan gdzie uwaga jest w pełni obecna, ale nie przytwierdzona do żadnego obiektu. To jest aktywna gotowość, nie pasywne dryfowanie. Myślę że rozróżnienie które opisujesz - otwarta uwaga kontra punktowa - jest blisko tego. Ale mam pytanie: czy ta otwarta forma pracy nie jest u ciebie bardziej podatna na rozproszenie właśnie dlatego że nie ma osi?
Wracam do tego co powiedziała Irenka o pracy bez osi - że jest trudniejsza. Mnie to trochę niepokoi bo większość tego co robię jest właśnie bez osi w sensie dosłownym, tzn. nie mam zawsze z góry ustalonego celu, bardziej działam na wyczucie. I teraz myślę że może właśnie dlatego tak często tracę wątek w połowie. Pytanie do Irenki albo Rasphula - czy ta trudność jest do oswojenia, czy to jest po prostu inny typ pracy który po prostu wymaga innego rodzaju treningu uwagi?
To co Irenka mówi o szukaniu punktu przytrzymania - dokładnie tak. Ja to rozpoznałam u siebie w pracy z kartami. Kiedy czytam bez konkretnego pytania, przez długi czas szukałam jakiegoś "haczyka" w każdej karcie żeby mieć punkt wyjścia. I to właśnie to szukanie mnie rozpraszało, nie brak skupienia. Może to jest ten sam mechanizm co przy pracy bez osi? Rasphul, czy to ma odpowiednik w jakiejś tradycji, ta potrzeba haczyka?
Haczyk jako proteza na brak zaufania - to jest zdanie które chcę zatrzymać. Bo to pasuje nie tylko do kart. Jak robię rytuał z bardzo dokładnie rozpisanym scenariuszem krok po kroku, to czy to też jest rodzaj haczyka? Tzn. czy precyzyjny scenariusz jest sposóbm skupienia, czy ucieczką od konieczności bycia w pracy bez mapy?
Elfin zadaje dobre pytanie. Dla mnie kryterium jest ciało - nie w sensie odczuć fizycznych jako cel sam w sobie, ale jako wskaźnik. Kiedy jestem naprawdę obecna, jest pewien rodzaj fizycznego zakotwiczenia, nawet przy bardzo subtelnej pracy. Kiedy tylko wykonuję, to jest bardziej w głowie, bardziej mechaniczne. Ale to jest bardzo subiektywne i nie wiem czy działa tak samo u każdego. Kamilka, ty jak to rozróżniasz?
To z tym czasem i obecnością brzmi jakby sprowadzało się do tego czy uwaga jest czynna czy bierna. Tylko że przy magii nie wiem gdzie leży ta granica - bo czasem mam wrażenie że najlepiej działa coś co robię bez myślenia, jak na autopilocie, i nie wiem czy to jest właśnie obecność czy jej brak.
Ja też mam ten problem z rozróżnieniem i zawsze nie wiem po fakcie czy robiłem dobrze. Ale wracając do tego co Pytia mówiła o obecności kontra skupieniu - czy można celowo ćwiczyć tę obecność bez skupiania się na niczym konkretnym? Bo brzmi jakby to wymagało zupełnie innego podejścia niż to co zwykle się radzi.
Więc struktura rytuału może być właśnie tym co umożliwia obecność zamiast ją blokować? Bo wcześniej Seid mówił że scenariusz może być różną rzeczą, ale teraz to mi się układa inaczej - jakby cel struktury nie był kontrola przebiegu, tylko właśnie uwolnienie uwagi.
Wracam do tego co Irenka mówiła o ciele jako wskaźniku obecności. Mnie to trochę niepokoi w kontekście pracy z rytuałami gdzie celowo stajesz się mniej świadoma ciała, np. przy głębszej pracy medytacyjnej albo przy transie lekkim. Czy wtedy brak zakotwiczenia w ciele jest sygnałem nieobecności, czy może innej jakości obecności?
"zmienia adres" - to ciekawie ujęte. W opisach szamańskich technik ekstatycznych, np. w tym co Eliade zbierał, jest właśnie ten wątek że trans to nie utrata orientacji, tylko zmiana punktu odniesienia. Ale to zazwyczaj wymagało bardzo długiego treningu zanim ktoś umiał utrzymać ten nowy punkt zamiast po prostu dryfować.
Eliade chyba pisał dużo o technikach szamańskich z całego świata, prawda? Zastanawiam się czy te różne tradycje miały jakieś wspólne podejście do tego czy koncentracja jest konieczna, czy może to jest coś co różniło szkoły albo kultury.
Ten wątek o tradycjach kontra praca własna mnie trochę zastanawia w kontekście całej tej dyskusji. Bo my tu rozmawiamy o obecności, transie, skupieniu, jakby szukając czegoś ogólnego, a może tego czegoś ogólnego po prostu nie ma i każda osoba musi znaleźć swój wskaźnik?
Arkania i Pytia dotykają czegoś co mi się wydaje sednem całego tematu wątku. Koncentracja absolutna jako pojęcie jest trochę skonstruowana - zakłada jakiś pułap do osiągnięcia, a praca rytualna jest chyba bardziej dynamiczna. Bardziej jak uczenie się rozpoznawać własny stan niż wspinanie się na jeden właściwy poziom skupienia.
