Dobra, to wszystko jest spójne, rozumiem. Ale wracam do tytułowego pytania bo cały czas kręcimy się wokół materiałów i ekologii, a mnie interesuje to czy WYMAGA. Czy ktoś może mi powiedzieć wprost: czy da się zrobić coś sensownego w magii bez tego całego kontekstu, zbierania, wiedzy o materiale? Bo mam wrażenie że ta dyskusja mówi "nie" ale nikt tego wprost nie powiedział.
Arkania dotknęła czegoś co mnie od początku tej rozmowy chodzi po głowie. Ten tytuł - "absolutna koncentracja" - zakłada jeden wzorzec. Ale z tego co tu wynika, skupienie ma chyba teksturę, nie tylko intensywność. I różne praktyki wymagają różnej tekstury skupienia, nie koniecznie różnego stopnia.
To co Irenka opisuje to jest coś co widzę często u osób które mają bardzo silną praktykę medytacyjną zanim zaczynają pracę z materiałem. Medytacja zwykle trenuje to "pionowe", jednokanałowe skupienie. I potem wejście w coś wielowarstwowego jest kontraintuicyjne, bo czujesz jakbyś się rozpraszał kiedy faktycznie poszerzasz uwagę. Czy to brzmi znajomo komuś tu?
Dobra, to teraz zadam pytanie które pewnie wyjdzie naiwnie, ale muszę. Czy jeśli ktoś nie ma żadnego tła medytacyjnego i zacznnie od pracy z materiałem, to ten problem w ogóle występuje? Czy on pojawia się dlatego że mamy ten nawyk z medytacji?
To jest chyba jedno z bardziej precyzyjnych ujęć tego wątku jakie tu padło. Bo przez ostatnie kilkanaście postów kręciliśmy się wokół ekologii jakby to był temat poboczny, a okazuje się że to nie jest kwestia obok magii - to jest kwestia w środku magii, jeśli dobrze rozumiem co Seid mówi.
Mam pytanie do Seida albo Irenki - czy to oznacza że tradycje które historycznie pracowały z lokalnym środowiskiem, jak różne nurty szamanistyczne czy europejskie tradycje ziołowe, miały wbudowaną tę wielokierunkowość przez sam fakt lokalności? Że nie musieli tego "ćwiczyć" osobno bo środowisko samo w to wciągało?
To co Rasphul opisuje - że lokalność tworzyła kontekst angażujący więcej kanałów uwagi - jest moim zdaniem trafne, ale chciałbym to doprecyzować, bo "automatycznie" może być mylące. Lokalność dawała materiał do wielokierunkowości, ale to nie znaczy że każdy kto żył lokalnie automatycznie ją osiągał. Myślę że tradycje które przetrwały właśnie dlatego przetrwały - bo wypracowały sposoby na to żeby ta wielokierunkowość była ustrukturyzowana, a nie chaotyczna. Czyli nie tyle "darmowa" wielokierunkowość z lokalności, ile lokalność jako punkt wyjścia do budowania czegoś konkretnego.
To mi daje do myślenia o czymś innym. Jeśli ta mapa powstawała przez pokolenia, to osoba żyjąca w tej tradycji odziedziczyła ją gotową. My jej nie mamy. Współcześnie budujemy ją od zera, albo klejemy z kawałków różnych tradycji. I to może być właśnie ta przepaść którą czuć kiedy coś nie działa - nie brakuje skupienia, brakuje mapy.
Elfin pyta o coś co jest bardzo praktyczne i myślę że warto tu zejść z poziomu teoretycznego. Bo tak, można budować własną mapę, ale to wymaga lat pracy z konkretnym miejscem, nie z ideą miejsca. Znam osoby które przez kilka lat chodziły w to samo miejsce w lesie o tych samych porach roku i zaczęły budować coś co działało jak ta odziedziczona mapa - nie dlatego że przeczytały jak to robić, ale dlatego że robiły to powtarzalnie i uważnie.
Irenka mówi o powtarzalności i miejscu, i to mi się zgadza z doświadczeniem. Ale mam pytanie - czy to musi być miejsce fizyczne? Bo nie każdy ma dostęp do lasu albo rzeki, niektórzy mieszkają w dużych miastach. Czy praca z parkiem miejskim, z konkretnymi drzewami na rogu ulicy, może dawać to samo?
Czekam na odpowiedź na pytanie Kamilki bo sam jestem z dużego miasta i to jest bardzo konkretny problem. Zawsze zakładałem że praca z naturą wymaga wyjazdu za miasto, ale może po prostu szukałem wymówki żeby nie zaczynać.
Arkania powiedziała coś co mnie zatrzymało. "Złe pytanie" - ale w jakim sensie złe? Że zakładało że ekologia to ograniczenie praktyki, a nie jej część? Bo mi się wydaje że właśnie na tym polega zmiana perspektywy którą ta rozmowa nam przyniosła.
To zależy też od tego co rozumiemy przez "ekologicznie". Jeśli to znaczy "bez szkody dla środowiska" - to jest pytanie o etykę. Jeśli to znaczy "w relacji ze środowiskiem jako uczestnikiem" - to jest pytanie o metodologię. Przez ostatnie kilkadziesiąt postów rozmawialiśmy głównie o tym drugim, ale to pierwsze też nie jest trywialne. I chyba te dwa pytania mają różne odpowiedzi.
To jest coś nad czym się zatrzymuję. Czyli jest różnica między tym jak dana kultura definiuje "brak szkody" a tym jak my to definiujemy współcześnie - i te definicje mogą być sprzeczne. Jak w takim razie współczesna praktykująca osoba, która chce czerpać z tych tradycji, ma to nawigować?
Jest, ale wymaga uczciwości z samą sobą. Można pracować z tradycją selektywnie i wiedzieć że się to robi - nie udawać że jest się częścią czegoś czym się nie jest, ale też nie odcinać się od inspiracji tylko dlatego że nie można jej przejąć w całości. To jest pozycja współczesna i ma swoje koszty, ale nie jest z gruntu nieuczciwa. Koszt jest taki że tracisz tę dziedziczoną mapę i musisz budować własną - ale wracamy do tego co mówiliśmy wcześniej.
I wracamy też do tytułowego pytania, bo o tym chyba nie powiedzieliśmy wszystkiego. Jeśli koncentracja ma "teksturę" jak Pytia to ujęła, i jeśli ta tekstura zależy od materialnego kontekstu i mapy relacji ze środowiskiem, to absolutna koncentracja w tradycji z dziedziczoną mapą to co innego niż absolutna koncentracja osoby która tę mapę dopiero buduje. To nie jest pytanie o intensywność skupienia. To jest pytanie o to do czego masz skupienie przyczepiać.
Prokop pyta o to co chyba każdy kiedyś sobie zadaje i nigdy nie dostaje odpowiedzi wprost. Mam wrażenie że mapa nie jest warunkiem wstępnym żeby cokolwiek działało - jest raczej czymś co buduje się przez próby, w tym przez te które nie działają. Ale chętnie usłyszę inne zdanie.
Klimcia mówi o próbach które nie działają jako części budowania mapy - ale mam wrażenie że to może być też pułapka. Można latami próbować i za każdym razem tłumaczyć sobie że "mapa jeszcze nie gotowa", zamiast przyznać że coś fundamentalnie nie działa. Jak odróżnić cierpliwą pracę od zwykłego trwania w błędzie?
To jest bardzo dobre pytanie i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Ale może kryterium jest to, czy kolejne próby dają ci nowe informacje, czy powtarzasz dokładnie to samo i czekasz że tym razem wyjdzie. Mapa buduje się przez obserwację - co się zmieniło, co zareagowało, co zostało bez echa. Jeśli nie prowadzisz żadnej obserwacji, to nie budujesz mapy, tylko chodzisz w kółko.
Czekajcie, bo trochę zgubiłem wątek. Mówimy o koncentracji rozciągniętej w czasie jako o warunku obserwacji - ale czy to nie jest po prostu uważność w potocznym sensie? Czym to się różni od zwykłej praktyki uważności, którą można znaleźć w każdej aplikacji do medytacji?
Elfin pyta o coś co mnie też zatrzymuje. Bo z jednej strony mogłabym powiedzieć "to zupełnie inne rzeczy" - ale szczerze, nie jestem pewna czy umiałabym to przekonująco uzasadnić. Seid, Rasphul - czy wy widzicie tę różnicę jako jakościową, czy raczej kontekstową?
Podoba mi się ten obraz, ale mam do niego wątpliwość. Latarnia morska świeci zawsze w tym samym kierunku - czy koncentracja w rytuałach też powinna być tak stała, czy może być zmienna w zależności od tego co robisz? Bo mi się zdarza że w połowie pracy coś się przesuwa i zmieniam kierunek, i zastanawiam się czy to błąd czy po prostu odpowiedź na coś co się dzieje.
Kamilka dotyka czegoś istotnego. Ta sztywna koncentracja, zawsze w jednym punkcie, jest bardziej wyobrażeniem o magii niż samą magią. W praktyce - przynajmniej mojej - zdarzają się momenty kiedy coś w procesie wskazuje że trzeba zmienić zamiar albo nawet zakończyć zanim się skończy. Ignorowanie tego na rzecz "trzymania koncentracji" to nie jest zaleta, to jest głuchota.
Czyli koncentracja to nie jest wbicie się w jeden punkt i trwanie, tylko jakiś ciągły dialog z tym co się dzieje? Jeśli tak, to brzmi zupełnie inaczej niż to co się zazwyczaj czyta w poradnikach. Tam zawsze jest coś w stylu - wyobraź sobie cel, trzymaj obraz, nie pozwól mu zniknąć. A wy mówicie coś niemal odwrotnego.
Bo tytuł wątku jest trochę mylący - albo prowokujący, co może było zamiarem. "Absolutna" koncentracja sugeruje jeden standard, a tymczasem każda tradycja ma swój rodzaj skupienia. Wspólny mianownik to może być właśnie to że nie można robić pracy magicznej bez jakiegoś specyficznego stanu uwagi - ale czym ten stan jest, to już zależy od systemu.
Dobra, ale to brzmi jakby odpowiedź na pytanie z tytułu była po prostu "to zależy" - co jest prawdziwe, ale trochę frustrujące. Czy da się powiedzieć coś bardziej konkretnego? Na przykład: są rzeczy które prawie zawsze przeszkadzają, niezależnie od systemu?
A co z rozkojarzeniem które nie jest ze strachu, tylko po prostu głowa się błąka? Bo u mnie najczęstszy problem to nie lęk tylko zwykłe myśli o czymś kompletnie innym, i nie wiem co z tym robić. Przerywam i zaczynam od nowa, ale to trwa w kółko.
