Mnie zabrało sporo czasu, zanim zaczęłam to rozumieć. I nie poprzez czytanie, tylko przez obserwowanie siebie. Zaczęłam pytać po każdej sesji - co czuję, co się zmieniło, czy cokolwiek się zmieniło. Niekoniecznie szukałam odpowiedzi od razu. Ale samo pytanie zaczęło coś uruchamiać.
A czy to pytanie nie zmienia jednak samego rytuału? Bo jak zaczynasz go analizować zaraz po, to wchodzisz w inny tryb głowy niż kiedy po prostu go robisz i zostawiasz. Nie wiem czy analiza i praktyka dobrze ze sobą działają.
Właśnie siedzę i zastanawiam się nad czymś innym. Mówiliście o tym, kiedy zmienić, kiedy odpuścić, jak nie robić czegoś z przyzwyczajenia. Ale co jeśli ktoś w ogóle nie ma wyrobionego nawyku, tylko próbuje różnych rzeczy i żadne nie trwa wystarczająco długo żeby cokolwiek ocenić? Czy to jest w ogóle podobny problem?
Ale to wraca do pytania z tytułu - jeśli każdorazowo próbujesz czegoś innego, to czy w ogóle przygotowujesz przestrzeń, czy za każdym razem startujeszod zera? Bo ja rozumiem ten tytuł właśnie jako - czy musisz coś zrobić zanim zaczniesz, czy możesz po prostu zacząć.
I to jest chyba najważniejsze pytanie, które z tego wychodzi. Czy przygotowanie jest warunkiem, czy pomocą. Przez długi czas myślałam, że bez konkretnego przygotowania nic się nie wydarzy. Dopiero z czasem zaczęłam to testować - i okazało się, że przestrzeń "nieczysta" też może być przestrzenią, jeśli jesteś w odpowiednim miejscu w głowie. Tylko że wtedy to ty jesteś tym przygotowaniem.
No dobra, ale jak mówisz że przestrzeń "nastrojona" inaczej niż myślałaś - to co to właściwie znaczy? Że poczułaś coś mimo braku przygotowania, czy że efekt był porównywalny, czy coś jeszcze innego? Bo to jest dość duże zdanie i chciałbym zrozumieć co za nim stoi.
Ale czy to nie może być też tak, że po prostu przyzwyczaiłaś się do praktyki na tyle, że przygotowanie przestrzeni jest już niejako w tobie, a nie przed tobą? Trochę jak ten kierowca, który nie myśli o każdym ruchu - ale nadal robi wszystko prawidłowo, bo to już jest w ciele.
Ja bym to nazwał intencją operacyjną - to znaczy nie wielką deklaracją co chcę osiągnąć, ale konkretnym nastawieniem w momencie działania. I to jest coś, co przygotowanie przestrzeni może budować albo nie budować, w zależności od tego co dla danej osoby oznacza.
Siedziałam cicho ale to pytanie mnie zatrzymało. Bo jeśli przygotowanie może być jednym gestem albo jedną myślą - to czy w ogóle można powiedzieć że ktoś "nie przygotował" przestrzeni? Może każdy w jakimś minimalnym stopniu to robi, nawet o tym nie wiedząc.
To by sugerowało że pytanie z tytułu jest właściwie pytaniem o intencję, a nie o przestrzeń. Czy magia domowa wymagała przygotowania przestrzeni - może odpowiedź brzmi: nie, wymagała przygotowania siebie, a przestrzeń to było tylko sposób do tego. Ale nie wiem, czy to nie upraszcza za bardzo.
Mam pytanie może głupie ale - czy ktoś z was kiedykolwiek próbował celowo zrobić coś w nieodpowiednim miejscu albo czasie, żeby sprawdzić czy to robi różnicę? Nie mówię o sabotowaniu się na złość, tylko o świadomym eksperymencie.
I to jest właściwie jeden z problemów tej całej dyskusji - rozmawiamy o czymś, czego nie można przetestować w sposób, który dałby jednoznaczną odpowiedź. Więc zostajemy przy doświadczeniu subiektywnym i przy tym co komu służy. Co niekoniecznie jest złe, ale warto mieć tego świadomość.
Ale to chyba jest okej? Nie każda praktyka musi być falsyfikowalna. Pytanie jest inne - czy mi służy, czy mi nie służy, i jak to zauważam.
To "powinnam czuć" jest naprawdę problematyczne i wracamy do tego co było wcześniej w tej rozmowie. Skąd w ogóle bierze się przekonanie że coś powinnaś czuć? Ktoś ci to powiedział, przeczytałaś gdzieś, czy to twoje własne oczekiwanie?
Myślę że najczęściej to jest mix - coś przeczytasz, coś usłyszysz, i zaczynasz budować obraz tego jak "prawidłowe" doświadczenie wygląda. A potem nie wiesz już co jest twoje a co zapożyczone. I to chyba jest ten moment, kiedy warto zapytać siebie czy w ogóle przygotowujesz przestrzeń dla siebie, czy dla jakiegoś wyobrażenia o tym co powinna być magia.
No to właśnie o to chodzi - że nie wiadomo co jest "twoje". Ale mnie zastanawia coś innego: skąd w ogóle wiesz, że coś zapożyczyłaś? Czy to jest takie oczywiste w odczuciu, że to nie pasuje, czy dopiero po czasie to widać?
Ale żeby to stwierdzić, że "nic nie czujesz" - to musisz mieć jakiś punkt odniesienia z kiedy coś czułaś. Czy to nie jest tak, że w ogóle kwestionujemy przygotowanie przestrzeni dopiero gdy przestaje działać tak jak wcześniej? Jakby ten temat w tytule pojawia się dopiero jako pytanie wsteczne?
Ale to może być też po prostu dojrzewanie podejścia, nie koniecznie sygnał że coś nie gra. Pytanie "czy muszę" nie jest przecież złe samo w sobie. Chyba że zaczyna towarzyszyć mu jakiś opór albo znużenie - wtedy to jest inna rozmowa.
Myślę że różnica jest w tym, co zostaje. Przy dojrzewaniu zostaje jakiś rdzeń, coś co jest naprawdę twoje i na czym budujesz. Przy znużeniu zostaje pustka i obowiązek. Ale to jest trudne do ocenienia z zewnątrz, bo nikt inny nie wejdzie w twoje odczucie.
To jest w ogóle pytanie czy można się tu okłamywać nie zauważając tego. Intuicyjnie powiedziałabym że raczej tak, ale nie wiem jak to sprawdzić bez tego że ktoś z zewnątrz ci powie.
I tu wracamy do tego co Szeptun pytał wcześniej - eksperyment. Tylko że eksperyment z samym sobą jest może jeszcze trudniejszy niż ze zmianą miejsca. Bo jesteś jednocześnie badaczem i materią badaną. Wydaje mi się że jedynym sposobem jest celowe robienie czegoś inaczej i obserwowanie co się zmienia - nie w efektach, ale w tym jak ty się czujesz w trakcie.
No właśnie dlatego to pytałem. Bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie że wszyscy kręcą się wokół tego samego problemu - jak ocenić coś co nie ma zewnętrznego miernika. I nie mówię że miernik jest potrzebny, ale bez niego trudno mówić o sygnałach zmiany, bo każdy sygnał można interpretować w dwie strony.
No tak, ale "coś z tego wynoszą" to jednak jest jakieś kryterium. Tylko że kryterium efektu zewnętrznego, nie stanu wewnętrznego. A w tej rozmowie chodzi chyba bardziej o to drugie - jak wiesz że twoje podejście do przygotowania jest jeszcze autentyczne, a kiedy jest już tylko nawykiem.
Nawyk niekoniecznie jest zły chyba? Mam na myśli że nawyk może być wyćwiczoną formą obecności, nie tylko automatyzmem. Herbaciarze mają nawyki i to nie oznacza że są nieobecni w tym co robią. Może przygotowanie przestrzeni, które jest nawykiem, jest ok jeśli nawyk jest osadzony w czymś świadomym?
O, to jest dobre pytanie i trochę się zdziwiłam że dopiero teraz padło. Cel w magii domowej może być bardzo różny - ochrona, skupienie, coś w stylu ustanowienia granicy między codziennym a czymś innym. I w zależności od tego czemu ma służyć, inne będzie kryterium autentyczności.
A co jeśli cel jest właśnie tym samym co przygotowanie - to znaczy samo wejście w inny tryb jest celem? Nie ma nic "po", jest tylko ten stan?
To jest ciekawy punkt, ale trochę za szybko idzie w stronę "wszystko jest wszystkim" i wtedy dyskusja się rozmywa. Myślę że jednak istnieje jakaś praktyczna różnica między momentem kiedy wchodzisz w coś świadomie a momentem kiedy po prostu jesteś w tym z rozpędu. I ta różnica jest właśnie o przygotowaniu - nie o przestrzeni, ale o tym przełączniku w sobie.
