Ulga to ciekawy sygnał. Ja częściej słyszę o entuzjazmie jako wyznacznik, ale ulga ma sens - jakbyś zdejmowała coś co na ciebie ciążyło. Tylko czy ta ulga nie mogła być też po prostu odpoczynkiem od wysiłku? Nie koniecznie sygnałem że forma była zła.
Myślę że wy oboje macie rację i one nie wykluczają się. Ulga po odpoczynku i ulga po zmianie formy smakują inaczej, ale żeby to poczuć trzeba mieć wcześniej jakiś punkt odniesienia. To nie jest coś co działa przy pierwszej zmianie.
I tu wchodzimy w coś co mnie od początku tego wątku kręci. Mówimy dużo o sygnałach, o rozpoznawaniu, o tym co czujemy - ale to wszystko zakłada że mamy już jakiś zasób obserwacji własnej praktyki. Co z sytuacją kiedy ktoś jest na początku i jeszcze nie ma tej bazy?
Mam wrażenie że my przez cały wątek zakładamy że przygotowanie przestrzeni to jest coś stałego co się ma albo nie ma. A może to jest coś co się zmienia razem z tobą i w ogóle nie ma sensu pytanie czy "działało" - bo to co działało rok temu po prostu nie jest tym samym co teraz potrzebujesz.
Nie codziennie, ale może co kilka miesięcy warto się zatrzymać i zapytać siebie czy ta forma nadal jest moja. Nie z powodu zmiany kalendarza, tylko kiedy zaczyna coś iskrzyć - albo właśnie przestaje iskrzyć.
To co mówisz o iskrzeniu - czy wy w ogóle czujecie różnicę między momentem wejścia w przestrzeń przygotowaną a wejściem w przestrzeń zwykłą? Bo mam wrażenie że ja czasem nie czuję różnicy i potem się zastanawiam czy mój rytuał przygotowania w ogóle cos robi.
Czuję, ale nie zawsze. I nie sądzę żeby brak odczucia był złym znakiem sam w sobie. Zdarzało mi się robić przygotowanie mechanicznie, bez żadnego wyraźnego efektu w odczuciu, a potem praca szła zaskakująco dobrze. I odwrotnie - mocne wejście, słaba praca.
Może odczucie przy wejściu nie jest miernikiem jakości, ale miernikiem gotowości. I to są dwie różne rzeczy. Gotowość nie gwarantuje jakości, ale jej brak może ją utrudniać. Tyle że to znów wraca do mechanizmu uwagi a nie do samej przestrzeni.
I tu jest ten sam okrąg co na początku wątku. Wracamy do przygotowania przestrzeni - czy to przestrzeń się przygotowuje, czy my się przygotowujemy przez ten rytuał. I myślę że to pytanie jest w istocie bez odpowiedzi, przynajmniej takiej którą dałoby się tu napisać bez naciągania.
Może i bez odpowiedzi, ale samo krążenie wokół tego pytania coś daje. Ja po tym wątku inaczej patrzę na to kiedy moje przygotowanie zaczęło być schematyczne - i mam wrażenie że to schematyzm był problemem, nie sam rytuał. Forma się nie przeżyła, ja ją przeżyłam w sensie że przestałam w niej być obecna.
To co Anusia67 napisała o schematyzmie - że forma się nie przeżyła, tylko ona ją przeżyła - to chyba najbardziej trafne zdanie w tym wątku. Tylko teraz mam pytanie: jak to wygląda od środka, zanim to do ciebie dotrze? Bo retrospektywnie zawsze to widać, ale w momencie kiedy to się dzieje, to chyba nie jest tak oczywiste.
Przyśpieszanie to ciekawy sygnał, bo można to łatwo przykryć racjonalizacją - że się jest bardziej doświadczonym, że nie trzeba już tyle czasu na wejście. Jak ty to odróżniłaś od zwykłego skracania czasu z wprawą?
To rozróżnienie między skracaniem a omijaniem jest naprawdę dobre. Ja dodałabym jeszcze jedno: przy wprawie skrócony etap nadal ma jakiś ślad w tobie - czujesz że go przeszłaś, nawet jeśli zajęło to chwilę. Przy omijaniu nie ma śladu, jest tylko przejście do następnego punktu.
Ale czy ten "ślad" to nie jest coś co można wytrenować tak żeby się pojawiał nawet kiedy omijasz? Tzn. ciało i głowa potrafią wytworzyć poczucie że coś się zrobiło, nawet jeśli się tylko odegrało rytuał. Nie mówię że tak jest zawsze, pytam czy to nie jest problem z tym kryterium.
Wracając do przygotowania przestrzeni jako takiego - bo mam wrażenie że trochę odpłynęliśmy. Czy wy kiedy mówicie o tym że forma się przeżyła, macie na myśli konkretne elementy przygotowania - co stało w którym miejscu, jak pachniało, jakie słowa - czy raczej całe podejście do tego wejścia?
A co z sytuacją kiedy mentalny protokół jest okej, ale fizyczne otoczenie jest do niczego? Bo ja mieszkam z innymi ludźmi i przygotowanie przestrzeni fizycznej jest u mnie zawsze połowiczne. I zastanawiam się czy to przeszkadza w tym mentalnym wejściu czy nie.
To co Szeptun pisze o przełączaniu trybu - to jest trochę jak te badania o środowisku pracy, że jak pracujesz w tym samym miejscu co odpoczywasz, to mózg nie umie sie przestawic. Czytałam o tym gdzieś w kontekście wyciszania. Czy to nie jest ten sam mechanizm?
I znowu wracamy do tego samego pytania co przez cały wątek - czy przygotowanie przestrzeni to jest coś co robisz z otoczeniem czy z sobą. I za każdym razem gdy dochodzimy do tej ściany, to dyskusja gdzieś odpływa. Może to nie jest wada tej rozmowy tylko jej clue - że to pytanie jest celowo nierozstrzygalne.
Albo że to fałszywy podział. Nie ma "siebie" i "przestrzeni" osobno - jak wchodzisz do miejsca które przygotowałaś, to jesteś częścią tej przestrzeni. Zmiana w otoczeniu zmienia ciebie, zmiana w tobie zmienia otoczenie. Może dlatego to pytanie się nie daje rozstrzygnąć - bo zakłada granicę której tam nie ma.
