A może to po prostu zależy od dnia i tego co się ze sobą przynosi? Bo to co opisuje Edek brzmi jak sytuacja, gdzie nie przestrzeń decyduje, tylko stan w jakim się do niej przychodzi.
to jest ciekawe rozróżnienie, ale chcę zapytać - czy to zmienia cokolwiek w praktyce? Bo czy robię coś dlatego, że "przestrzeń działa", czy dlatego że "ja to robię dla siebie" - efekt końcowy może być identyczny.
To co mówi Anusia jest dla mnie trochę przytłaczające szczerze mówiąc. Bo jeśli "wszystko jest we mnie", to dlaczego czegokolwiek szukam na zewnątrz? Nie mówię, że to nieprawda, tylko że takie sformułowanie sprawia, że trochę nie wiem co z tym zrobić.
Ten przykład z instrumentem mi się podoba, bo wraca do tego o czym rozmawiałam z Hanią wcześniej. Kiedy okadzanie przestało robić wrażenie, to było tak jakby instrument był sprawny technicznie, ale coś z samym graniem było nie tak. Czyli nie problem z zewnętrznym narzęd... znaczy z zewnętrzną rzeczą, tylko z tym co do niej przynosiłam.
Mam pytanie może trochę z boku, ale wydaje mi się że pasuje. Czy jak ktoś zaczynał przygotowanie przestrzeni, to miał jakoś z góry wytyczne co do tego jak to robić, czy to wychodziło intuicyjnie? Bo zastanawiam sie skąd ludzie wiedzą co do tej przestrrzeni dodać a co pominąć.
U mnie było coś pomiędzy. Czytałam dużo, ale szybko zauważyłam, że czyjeś schematy na mnie nie działają tak samo. Więc zaczęłam traktować to co przeczytałam jako punkt startowy, a nie instrukcję. I przez długi czas eksperymentowałam - co zostaje, co odpada, co zostaje ale w innej formie.
Tylko to "eksperymentowanie" to jest ładne słowo na coś, co w praktyce może oznaczać lata prób i błędów, i nigdy nie wiesz czy idziesz w dobrą stronę. Nie mówię że tak jest, bo może ja po prostu jestem niecierpliwy, ale ta perspektywa mnie trochę frustruje.
Tu się po raz kolejny kręcimy wokół tego samego pytania - czy w magii jest jakaś obiektywna skuteczność, czy zawsze jest to indywidualne i nieporównywalne? Bo jeśli to drugie, to cała wymiana doświadczeń na tym forum ma trochę inne znaczenie niż się wydaje.
Wróciłam, ale inaczej. Nie robię tego regularnie, tylko kiedy mam poczucie że mam po co. I to "po co" musiało być konkretne, a nie "bo tak robię przed każdym rytuałem". Zmiana była właśnie taka - od nawyku do świadomego wyboru, kiedy to ma dla mnie sens. I teraz gdy to robię, to ma inną jakość niż kiedykolwiek wcześniej. Choć nie wiem czy to dlatego, że rzadziej, czy dlatego że coś innego we mnie się zmieniło.
Ta ostatnia rzecz którą mówi Hania - że nie wie skąd ta zmiana - to jest chyba uczciwa odpowiedź na całą tę dyskusję. Może nie da się oddzielić "przestrzeń się zmieniła" od "ja się zmieniłam", bo to nigdy nie dzieje się osobno.
To co mówi Romcia na końcu, że nie da się oddzielić zmiany w sobie od zmiany przestrzeni - to mnie trochę zatrzymało. Bo jak o tym myślę, to właśnie chyba to jest powód, dla którego nie da się nikomu powiedzieć "zrób tak i tak, żeby przygotowanie znowu działało". Zmienne są zbyt powiązane.
Ale to jest trochę wymówka, nie? Jeśli wszystko jest ze sobą powiązane i nierozdzielne, to w zasadzie nie można nic powiedzieć konkretnego o tym, co działa, a co nie.
To jest ciekawy punkt bo teraz pytanie staje się inne - czy przygotowanie przestrzeni to jest coś, co w ogóle można opisać jako "działające" albo "niedziałające", czy to bardziej pytanie o stan, który osiągasz? Bo jeśli to drugie, to kryteria oceny są zupełnie inne.
A jak rozróżnić kiedy coś robi się automatyczne w złym sensie, a kiedy po prostu weszło w nawyk bo dobrze działa? Bo chyba nie każdy nawyk jest zły, nie?
Ale co jeśli ktoś nie jest w stanie powiedzieć czego oczekuje? Nie pytam złośliwie - mnie samej zdarza się robić rzeczy trochę... na ślepo. Że niby coś przygotowuję, a właściwie nie wiem do czego.
Dobra ale wracam do czegoś, co mnie ciągnie od początku tej rozmowy. Mówiliśmy dużo o tym, kiedy coś przestaje działać, jak to rozpoznać, co wtedy zmienić. A nikt nie powiedział wprost - co konkretnie mogło sprawić, że to w ogóle działało na początku? Czy to był entuzjazm nowości? Koncentracja? Wiara?
U mnie to było dokładnie tak. Pierwsze kilka razy zapach kadzidła był dla mnie nowym bodźcem, który sam w sobie coś "robił" z moją głową. Potem przestał być nowy. Pytanie czy to znaczy, że sam zapach jest bez znaczenia, czy że powinnam była zmienić podejście zanim stał się tłem.
To jest interesujące, bo w sumie nie mówicie o magii, tylko o tym jak działa uwaga i przyzwyczajenie. Mózg ignoruje bodźce, które się powtarzają bez zmiany. To jest zjawisko habituacji, opisane w neuropsychologii. Czy to nie jest przypadkiem czysto psychologiczne wyjaśnienie tego, o czym tutaj rozmawiamy?
Mnie się podoba to co mówi Edek, bo to jest chyba najuczciwsza odpowiedź jaka padła - że nie trzeba wiedzieć dlaczego coś działa, żeby nie dopuścić do tego żeby przestało. Tylko... jak ktoś nie ma dużego doświadczenia to skąd wie kiedy zmienić bodziec, a kiedy jest po prostu zły dzień?
I tu wracamy właściwie do początku, tylko okrężną drogą. Pytanie w tytule brzmiało, czy przygotowanie przestrzeni wymagało przygotowania. Ale może lepsze pytanie jest - kiedy przygotowanie w ogóle jest potrzebne, a kiedy staje się rytuałem dla rytuału. I to chyba każdy musi sobie odpowiedzieć sam, nie raz, tylko co jakiś czas od nowa.
Dobra, Hania postawiła to pytanie i chyba mnie w końcu wciągnęła. Bo faktycznie - co to znaczy, że przygotowanie staje się rytuałem dla rytuału? Jak to wygląda od środka? Masz uczucie, że coś robisz mechanicznie, czy raczej czujesz że czegoś brakuje, ale nie wiesz czego?
Mnie to pytanie kręci inaczej. Bo jestem ciekawa czy to nie jest tak, że "rytuał dla rytuału" brzmi źle tylko z zewnątrz. Może ktoś, kto robi to automatycznie, czuje po tym spokój i tyle mu potrzeba? Niekoniecznie musi być wielkie skupienie za każdym razem.
I tu wchodzi pytanie, które chyba nie padło jeszcze wprost - czy przestrzeń przygotowana automatycznie cokolwiek różni się od nieprzygotowanej? Jeśli ktoś pali świecę, czyści kryształy, rozkłada tkaniny, ale robi to bez żadnego skupienia - to co właściwie dostaje? Ten sam efekt co przy uważnym przygotowaniu, czy po prostu zero?
A co jesli ktos po prostu nie jest w stanie być uważny za każdym razem? Nie każdy dzień jest taki sam, nie zawsze mam głowę do tego żeby się skupić. Czy to znaczy że w takie dni po prostu odpuszczam, czy robię to co mogę i tyle?
Ten przykład z myciem zębów jest dobry i jednocześnie pokazuje, dlaczego porównania do higieny kuleje. Bo mycie zębów ma wymierne efekty niezależnie od twojej uwagi. Przygotowanie przestrzeni - już niekoniecznie. Chyba że przyjmiesz, że liczy się samo zachowanie ciągłości, niezależnie od jakości.
To jest naprawdę dobre pytanie. I nie ma na nie dobrej odpowiedzi dopóki nie wiesz co tak naprawdę liczysz. Jeśli liczysz czas spędzony z praktyką - rok. Jeśli liczysz aktywne zaangażowanie - pewnie mniej.
Ale skąd mam wiedzieć co "powinnam" liczyć? Nikt mi tego nie powiedział zanim zaczęłam. I chyba nie chodzi o zasady, bo każdy ma inne - tylko jak dojść do tego samemu?
