Okej ale jak ten przełacznik wygląda w praktyce? Bo rozumiem co mówisz o świadomym wejściu, ale mnie nadal jest trudno to zastosować. Robię coś, nie wiem czy to było z rozpędu czy nie, i nie mam jak tego odróżnić w czasie rzeczywistym.
No dobra, ale to jest chyba właśnie ten problem - że nie ma jak odróżnić w czasie rzeczywistym. I nie sądzę że to jest kwestia ćwiczenia uwagi, bo można być bardzo uważnym i nadal nie wiedzieć czy wchodzisz w coś świadomie czy nie. Może to jest zły trop w ogóle, to szukanie granicy między "z rozpędu" a "z intencją"?
To jest coś co mnie od dawna siedzi w głowie przy tym temacie. Działanie może być nośnikiem intencji, nie jej efektem. Czyli nie przygotowujesz przestrzeni dlatego że masz intencję - przygotowujesz i przez to intencja się formuje. Ale to znów zmienia pytanie o autentyczność.
Nie, z tego nie wynika. Działanie może uruchamiać proces albo nie - zależy od tego co wniosłeś do niego wcześniej, w szerszym sensie. Ale przyznam że nie wiem jak to opisać inaczej niż właśnie tak mgliście.
No to ja dam konkret. Przez długi czas paliłam świecę przed każdym czymkolwiek, bo tak zaczęłam i tak mi zostało. W pewnym momencie świeca się skończyła, nie miałam pod ręką nowej i zrobiłam wszystko bez niej. I było dokładnie tak samo. To mnie bardziej nauczyło o tym czym jest przygotowanie przestrzeni niż rok wcześniejszej praktyki.
To jest właśnie to co miałam na myśli wcześniej z tym nawykiem. Świeca nie przestała być dobra przez to że okazała się nieobowiązkowa. Stała się czymś innym - świadomym wyborem zamiast warunkiem koniecznym.
Dobra, bo to jest szczere pytanie i myślę że warto przy nim zostać chwilę. Jak w ogóle możemy odróżnić refleksję od post-racjonalizacji we własnej praktyce? Czy jest jakiś test na to?
Mnie się wydaje że jednym sygnałem jest to czy refleksja coś zmienia. Jeżeli dochodzisz do wniosku i nic się nie przesuwa - ani praktyka, ani sposób myślenia o niej - to może być właśnie ta racjonalizacja żeby zostawić jak było.
I tu wracamy do tego co Hania mówiła o eksperymencie z samym sobą. Serio, nie ma dobrego wyjścia z tej pułapki jeśli szukamy obiektywnego kryterium. Może kryterium musi być subiektywne i tyle.
Subiektywne nie musi znaczyć dowolne. Ja mam jedno nieformalne kryterium - czy po skończeniu mam poczucie że byłam tam gdzie byłam, czy że gdzieś przepłynęłam nie wiedząc gdzie. To jest wewnętrzne, ale nie jest rozmyte.
Mam wrażenie że to co opisuje Anusia jest po prostu tym co w innych kontekstach nazywa się uwagą skupioną. I tutaj wychodzi ciekawy problem - bo jeśli przygotowanie przestrzeni ma budować skupienie, to może równie dobrze można je zastąpić czymkolwiek co skupienie buduje. Siedzenie w ciszy, mycie rąk, cokolwiek.
No i tu jest chyba ten fundament pytania z tytułu tego wątku, do którego wracamy bez przerwy. Czy przygotowanie przestrzeni wymagało czegoś - to może być pytanie o mechanizm. Jeśli mechanizm jest tylko psychologiczny, to nie "wymaga" niczego konkretnego. Jeśli jest inny, to może wymaga. I każdy z nas pewnie ma inne przeczucie co do tego - i dlatego ta rozmowa kręci się w kółko, ale to nie jest złe kręcenie.
To co Hania napisała na końcu to jest chyba najuczciwsze postawienie sprawy w całym tym wątku. Jeżeli mechanizm jest tylko psychologiczny, to przygotowanie przestrzeni nie "wymaga" niczego - wystarczy cokolwiek co spełnia tę samą funkcję. Ale jeżeli jest coś poza psychologią, to pytanie o wymagania wraca z całą siłą. I problem polega na tym że nie wiem jak to rozstrzygnąć nie zakładając z góry odpowiedzi.
Tylko że w praktyce to zawieszenie coś robi. Jeśli traktujesz przygotowanie jako czysto psychologiczne, to inaczej do niego podchodzisz niż jeśli uważasz że jest w tym coś więcej. I te dwa podejścia mogą dawać różne efekty - nie dlatego że jedno jest prawdziwe a drugie nie, ale dlatego że nastawienie zmienia samo wykonanie.
Mnie to przestało uwierać jakiś czas temu i nie pamiętam dokładnie kiedy. Chyba w momencie gdy przestałam próbować udowodnić sobie że to działa "naprawdę" i zaczęłam patrzeć na to co faktycznie się zmienia. A zmienia się. Czy to przez głowę czy nie - zmiana jest realna.
Że moje skupienie było wyraźnie inne. Z przygotowaniem - wolniejsze wejście, ale bardziej stabilne. Bez - szybciej "startowałam", ale gdzieś w połowie gubiłam wątek. Nie wiem czy to mówi coś o przestrzeni czy tylko o mnie.
To co opisujesz to jest dla mnie argument że przygotowanie przestrzeni robi coś z czasem wejścia w stan, nie z samą przestrzenią. Jakbyś budowała rampę zamiast skoku z miejsca. Ale to znów sprowadza to do mechanizmu uwagi, o którym Szeptun mówił wcześniej.
Mam pytanie które może być głupie, ale. Czy ktoś z was miał tak że przygotowanie przestrzeni działało odwrotnie - że zamiast pomagać, blokowało? Że za dużo uwagi w rytuał a za mało w to co potem?
I to jest sygnał o którym chyba nie mówiliśmy wprost, a powinniśmy. Jeden z tych sygnałów że coś przestało działać dla ciebie to właśnie to - że rytuał zaczął być cięższy niż to co po nim. Jak biurokracja przed rozmową.
Dobra ale wtedy pytanie jest o to czy upraszczasz przygotowanie czy rezygnujesz z niego całkiem. Bo te dwie odpowiedzi to są różne rzeczy i mam wrażenie że wcześniej w wątku mieszaliśmy je jakby były tym samym.
A jak to rozpoznajesz? Że tym razem trzeba uprościć a nie zrezygnować? Bo mam wrazenie że to jest właśnie ten moment który najlątwie jest przegapić.
I tu wracamy do tego czego ten wątek nigdy do końca nie zamknął - skąd wiemy że kierunek się przeżył a nie że mamy gorszy okres. Bo to też może być po prostu zmęczenie, nie sygnał że czas zmienić podejście. Jak wy to odróżniacie?
To pytanie mnie zatrzymuje, bo sama się z nim mierzę. U mnie wygląda to tak że jak jestem naprawdę zmęczona - nie magią, tylko życiem - to wszystko staje się ciężkie. I wtedy nie wiem czy to sygnał żeby zmienić podejście czy po prostu dać sobie spokój na tydzień i wrócić.
Ale to jest chyba różnica między "nie mam teraz zasobów" a "ten konkretny sposób mi się wyczerpał". Tylko jak to rozróżnić od środka, w trakcie?
To jest dobry sposób, ale ma jedno ryzyko. Jeśli za długo czekasz na "ochotę", możesz wyjść z praktyki całkowicie i potem stwierdzić że to był ten sygnał, podczas gdy to było po prostu rozleniwianie się. Mnie się to zdarzyło raz i nie byłam z siebie dumna.
a jak ty to w końcu odróżniłaś? Że to było rozleniwianie a nie prawdziwy sygnał? Bo to brzmi jak coś co jest łatwo powiedzieć w retrospekcji, a trudno ocenić kiedy jesteś w środku.
Szczerze? Przez jakiś czas nie odróżniałam. Dopiero gdy zaczęłam robić coś nowego i poczułam wyraźną ulgę - nie ekscytację, tylko ulgę - to do mnie dotarło że tamto było zmęczeniem formą, nie brakiem energii w ogóle. Ale to nie jest metoda którą polecę na zimno.
