Ostatnio zrobiłam rytuał, który totalnie się posypał. Zły dzień księżyca, złe intencje, w połowie zapomniałam tekstu, świeca zgasła. I zamiast to przepracować, siedziałam przez tydzień z poczuciem, że jestem do niczego. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że traktuję magię jak egzamin, który trzeba zdać za pierwszym razem albo się oblało. Skąd to w ogóle się bierze, że tak bardzo karcimy się za błędy w praktyce? Mam wrażenie, że w innych dziedzinach życia jesteśmy dla siebie łagodniejsi.
To znam aż za dobrze. Ale zastanawiam się, czy to nie jest specyfika samej magii, bo ona jest mocno intymna, angażuje coś, co jest w nas głęboko, i jak coś idzie nie tak, to od razu boli bardziej niż przepalona kawa. Czy twój rytuał był na coś ważnego, czy bardziej eksperymentalny? Bo to chyba zmienia sposób, w jaki przeżywamy wpadkę.
Słucham was i mam jedno pytanie, zanim powiem coś od siebie: czy ktoś z was w ogóle zapisuje to, co robi? Bo z mojego doświadczenia wynika, że bez jakiegoś dziennika praktyki błąd znika razem z emocjami, a potem się go powtarza. I wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa frustracja.
Zapisuję, ale nie zawsze. I właśnie te przypadki, których nie zapisałam, najbardziej mnie prześladują, bo nie wiem nawet, co poszło nie tak. Mam gdzieś notatki z czterech lat, ale brakuje w nich właśnie tych chwil, gdy coś się posypało, bo wtedy nie miałam ochoty siadać z piórem. To trochę ironia, dokładnie te sytuacje, z których można by się nauczyć najwięcej, omijam szerokim łukiem w dokumentacji.
A ja mam odwrotny problem. Zapisuję wszystko skrupulatnie i przez to mam teraz kilka zeszytów pełnych błędów, które widzę za każdym razem, gdy sięgam po nową kartkę. Czasem zamiast mnie to uczyć, działa na mnie jak lista win. Może zapis jest dobry, ale sposób, w jaki się do niego wraca, to osobna sprawa.
Mam wrażenie, że problem, który opisujecie, ma dwa poziomy i często je mieszamy. Pierwszy to czysto techniczny, co poszło nie tak w rytuale. Drugi to emocjonalny, jak się z tym czujemy. I o ile ten pierwszy można przepracować przez analizę, o tyle drugi wymaga czegoś zupełnie innego. Widziałem ludzi, którzy mają perfekcyjne dzienniki, wszystko zapisane, i nadal przy każdym niepowodzeniu wpadają w dołek. Bo problem nie leży w braku danych.
No właśnie, ja mam znajomą, ktora praktykuje runy od lat i za każdym razem gdy coś nie wyjdzie mówi że to znaki, że nie pora, nie ona, nie jej sprawa. Kompletnie nie bierze odpowiedzialności. Nie wiem czy to zdrowe podejście, ale przynajmniej nie ma depresji po nieudanym rytuale 🙂 Może lekkie podejście czasem jest okej?
Czytam tę dyskusję i myślę o czymś trochę z boku, ale może pasuje. W tradycjach, gdzie magia była przekazywana przez mistrza uczniowi, błąd był wbudowany w system nauki. Uczeń robił coś źle, mistrz to korygował, i nie było w tym nic wstydliwego. Kiedy praktykujemy sami, tracimy ten zewnętrzny punkt odniesienia i stajemy się jednocześnie uczniem i sędzią. To jest naprawdę trudna pozycja.
A czy to w ogóle realistyczne, żeby kogoś takiego teraz znaleźć? Mam na myśli kogoś, kto by tak naprawdę tę rolę pełnił, a nie tylko sprzedawał kursy online. Pytam serio, bo widzę sporo kursów i warsztatów, ale nie wiem, jak odróżnić przekaz prawdziwy od marketingowego.
Może to głupie pytanie, ale jak wy w ogóle poznaejcie że rytuał się nie udał? Bo ja jak próbowałam różnych rzeczy to nigdy nie byłam pewna czy coś zadziałało czy nie. I dlatego może nie przeżywałam tak bardzo jak wy, bo nie umiałam ocenić wyniku.
Myślę, że pytanie Grazynki pokazuje coś istotnego dla całej tej dyskusji. Jeśli nie wiemy, po czym poznajemy sukces, to skąd wiemy, że doświadczamy niepowodzenia? Może część naszego poczucia porażki to po prostu brak kryteriów, a nie realny błąd. I wtedy ta depresja po rytuale jest reakcją na wyobrażenie, nie na fakt.
I to jest dokładnie to, o czym myślę od początku tej rozmowy. W numerologii mamy precyzyjne systemy oceny, czy coś harmonizuje, czy nie. W rytualnych systemach magicznych często tego brakuje albo każdy tworzy własne. I to jest wolność, ale też źródło chaosu oceniania. Jeśli własne kryteria są niejasne, to każdy wynik można zinterpretować jako błąd.
No i tu dochodzimy do sedna tego wątku moim zdaniem. Iteracyjne podejście, o którym jest mowa w temacie, wymaga właśnie jasnych kryteriów. Inaczej iterujesz w ciemno. Poprawiasz coś, nie wiesz co, nie wiesz dlaczego, i po kolejnym rytuale znowu siedzisz z poczuciem, że coś nie tak. Pytanie do was: jak wy to praktycznie rozwiązujecie? Czy macie jakieś własne metody ustalania, co właściwie chcecie osiągnąć i po czym to rozpoznać?
Ja zaczęłam pisać przed rytuałem, nie po. Opisuję, czego chcę, jak wyobrażam sobie, że to wygląda, gdy się spełni, i co mógłby być znak, że coś ruszyło. To trochę zmienia perspektywę, bo mam punkt wyjścia do porównania, a nie tylko mgliste poczucie. Nie zawsze to działa idealnie, bo intencje potrafią się zmieniać w trakcie, ale przynajmniej mam z czym wracać po kilku tygodniach.
Zorka, to co opisujesz, że piszesz przed rytuałem, a nie po, to jest coś, o czym wcześniej nie słyszałam. Czy to nie jest tak, że jak za dużo opisujesz oczekiwania, to potem się do nich przywiązujesz i jeszcze gorzej przeżywasz jak nie wyjdzie?
Dobre pytanie, ale myślę, że to zależy od tego, jak traktujesz te zapiski. Jeśli opis przed rytuałem to kontrakt z wszechświatem, to tak, możesz się przywiązać. Ale jeśli traktujesz to jako punkt odniesienia do analizy, to działa inaczej. Chociaż rozgraniczenie bywa naprawdę trudne w praktyce.
Grazynka, to ryzyko jest realne. Miałam tak parę razy, że opis stał się rodzajem scenariusza i potem czułam się jakby przedstawienie nie wyszło. Ale z czasem zaczęłam pisać to inaczej, bez konkretnego obrazu końcowego, bardziej kierunek niż cel. Trochę jak różnica między powiedzeniem 'chcę być zdrowa' a 'chcę, żeby bolało mnie to konkretne miejsce mniej i żebym przespała noc'. Mniej szczegółów, mniej rozczarowań.
To, o czym mówi Zorka, przypomina mi coś, co w ceremoniałach zachodniej tradycji nazywa się niekiedy lust of result. Chodzi o to, że zbyt silne skupienie na efekcie końcowym może działać kontrproduktywnie. Spare pisał o tym dość jasno, że intencja działa najlepiej, gdy jest wystrzelona i zapomniana. Ale zgadzam się z Sebą, że w teorii to ładnie brzmi, a w praktyce jest to jeden z trudniejszych elementów.
Ciekawe że mówimy o zapomnieniu intencji jako czymś dobrym, bo w runach jest trochę odwrotnie. Tam powtarzanie, śpiewanie galdr, wracanie do intencji to część pracy. Może to kwestia systemu, a nie jakiejś ogólnej zasady magii?
Tylko że my tu rozmawiamy o błędach i uczeniu się z nich, a ta dygresja o Spare'ie i runach, choć naprawdę dobra, trochę nas oddala od sedna. Bo mnie interesuje konkretne pytanie: czy błąd w systemie z powtarzaniem wygląda inaczej niż błąd w systemie z odpuszczaniem? Intuicja mówi mi, że tak, ale nie mam przykładu.
Debugowania, świetne słowo dla tego procesu. Serio. Ale wracając do pytania Onyksowej, bo to ważne, myślę że w systemach opartych na powtarzaniu błąd jest bardziej lokalizowalny właśnie dlatego, że masz kroczyste działanie do przeanalizowania. W systemach intuicyjnych błąd jest bardziej jak mgła, czujesz że coś nie zagrało, ale nie wiesz gdzie.
Słucham tego i mam pytanie może naiwne, ale czemu właściwie zakładacie, że jak coś nie zadziałało, to był błąd wasz, a nie po prostu że magia nie działa tak jak myślicie? Przepraszam, że tak stawiam sprawę, ale w kontekście depresji z powodu błędów to chyba istotne, żeby w ogóle wiedzieć, co weryfikujemy.
Novaria poruszyła coś, co rzadko jest mówione wprost w takich rozmowach. Praktyka magiczna zakłada pewien rodzaj przyjęcia roboczego założenia, że intencja i działanie mają wpływ na rzeczywistość. Bez tego założenia cała rozmowa o błędach traci sens. Ale to założenie nie musi być absolutne. Można pracować z nim i jednocześnie zachować dystans do własnych interpretacji wyniku.
Właśnie to mi się podoba w tym, co mówi Krysztal. To nie jest wiara na całego albo wcale. Ja pracuję z założeniem roboczym i to mi pozwala się uczyć bez rozsypywania się przy każdym niepowodzeniu. Nie traktuję każdego nieudanego rytuału jak dowód, że cały system jest fałszywy, ale też nie traktuję go jak osobistej katastrofy. Gdzieś pośrodku jest miejsce na naukę.
Okej, to ja mam kolejne pytanie do tego wątku, bo nadal nie rozumiem jednej rzeczy. Jak wy odróżniacie, że coś nie wyszło przez błąd techniczny, przez zły czas, przez własne blokady, albo przez to że cel był po prostu nieosiągalny? Bo to chyba cztery zupełnie różne przyczyny i wymagają innych wniosków.
Dodałabym do tego, co mówi Mimoza, że po wielu próbach zaczęłam dostrzegać pewne wzorce, które sugerują jedną przyczynę bardziej niż inną. Na przykład, jeśli rytuał nie wychodzi i jednocześnie przez kilka dni byłam rozbita emocjonalnie, to bardziej patrzę w stronę własnych blokad niż techniki. Ale to naprawdę wymagało dużo obserwacji i porównywania notatek przez długi czas.
I to jest właśnie ten iteracyjny element, o którym jest temat wątku. Żeby w ogóle dostrzec wzorzec, potrzebujesz danych z wielu prób. Jedna próba nic ci nie powie. Dopiero seria, z notatkami albo bez, ale z pamięcią, zaczyna cokolwiek rysować. Dlatego mam alergię na podejście jeden rytuał, jeden wniosek, bo to po prostu nie wystarczy.
