Olek pyta o coś co mi też siedzi. Czy to w takim razie kwestia tego żeby się nie uczyć aktywnie, tylko jakoś stwarzać warunki? Bo jak tak to stawiacie, to mam wrażenie że uczenie się z błędów w magii to jest bardziej coś co ci się przydarza niż coś co robisz. I nie wiem czy to jest pocieszające czy frustrujące.
Novaria pyta czy uczenie się z błędów to coś co ci się przydarza, i mam wrażenie że tak postawione pytanie już zawiera odpowiedź, tylko jeszcze jej nie widzimy. Bo jeśli powiem że tak, że to się przydarza - to brzmi jak bezradność. A jeśli powiem że nie, że aktywnie się uczysz - to wraca pytanie Olka, czy to w ogóle działa. Może tu nie ma jednej odpowiedzi i to jest właśnie ten dyskomfort tej pracy.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i chcę wejść z czymś konkretnym, bo mam wrażenie że kręcimy się wokół czegoś bez nazwy. To co opisujecie - napięcie, unikanie, przytrafianie się odpowiedzi - to wszystko brzmi jak praca z materiałem który nie jest linearny. I tu leży problem z uczeniem się z błędów w magii. W linearnym procesie błąd jest odchyleniem od ścieżki. Tu ścieżka rysuje się w trakcie. Jak chcesz debugować coś, gdzie nie ma punktu wyjścia który możesz odtworzyć?
Anastazja rozróżnia trzy rodzaje tego co nazywamy błędem i to mi otwiera coś czego wcześniej nie miałam jak nazwać. Ja chyba wrzucałam to wszystko do jednego worka i potem dziwiłam się że nie mogę z tego wyciągnąć nic konkretnego. Czy ty to rozróżnienie budowałaś świadomie, czy też to przyszło przy okazji czegoś?
to rozróżnienie które Anastazja opisała siedzi mi teraz w głowie i zastanawiam się czy nie ma jeszcze jednego rodzaju - takiego gdzie nie wiem że popełniłam błąd w trakcie, wiem o tym dopiero kiedy coś zewnętrznego mnie uderzy. Nie własna analiza, nie wynik, tylko jakiś przypadkowy komentarz albo sytuacja. I ten rodzaj jest chyba najtrudniejszy do przepracowania bo nie mam nawet dobrego momentu kiedy to się zaczęło.
Kostroma mówi o zewnętrznym lustrze i to mnie uderza, bo to jest chyba najważniejsza rzecz którą zaobserwowałem przez te lata. Ci którzy robili największe skoki w rozumieniu własnej praktyki - prawie wszyscy mieli kogoś kto zadał im pytanie z zewnątrz. Nie mentora w sensie nauczyciela. Po prostu kogoś kto nie wiedział jak to powinno wyglądać i przez to pytał inaczej. Ale pytanie Novarii zostaje - jak się uczyć z czegoś niewidzialnego.
Wchodzę tu z boku, bo ta rozmowa o dzienniku mnie dotknęła. Prowadziłam przez jakiś czas coś w rodzaju dziennika i faktycznie - kiedy czytałam go po kilku tygodniach to czasem nie poznawałam swojego myślenia z tamtego momentu. Nie dlatego że zapomniałam, tylko dlatego że coś się przesunęło i poprzedni zapis wyglądał jakby pisał go ktoś z innymi założeniami. Czy to nie jest właśnie ta zewnętrzność której szukacie?
Czytam to i mam pytanie które może jest głupie, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o zapisywaniu, o zewnętrznym lustrze, o perspektywie - ale czy w ogóle rozmawiamy o uczeniu się z błędów w sensie technicznym, czy o czymś zupełnie innym? Bo ja myślałam że błąd w rytuale to coś jak źle ułożone świece albo pominięty krok. A wy mówicie jakby błąd był czymś zupełnie innym.
Grazynka pyta o coś co chyba powinnam była wyjaśnić na początku, i mam wrażenie że ta rozmowa sama nas doprowadziła do odpowiedzi. Techniczny błąd - zła świeca, pominięty krok - to jedno. Ale pod spodem jest coś czego nie widać w liście kroków. I ta rozmowa dotyczy raczej tego drugiego, choć nikt tego wprost nie powiedział na początku.
chcę zapytać o coś co mi krąży - czy błędy techniczne i te głębsze, które Tatarak właśnie opisała, w ogóle da się rozdzielić? Mam wrażenie że czasem błąd techniczny jest objawem tego głębszego. Że pomijam krok nie dlatego że zapomniałam, tylko dlatego że coś w tym kroku mi nie siedziało i podświadomie go ominęłam. I jak wtedy wiesz co naprawiać?
Olek trafil w coś co mnie teraz siedzi. Ja mam momenty kiedy wiem że pominęłam coś w rytuale i tłumaczyłam to sobie że to nie było ważne. Ale jak teraz o tym myślę to nie jestem pewna czy to był mój wybór czy coś przede mną uciekało. I ta różnica ma znaczenie jeśli chcę się czegoś nauczyć, bo w jednym przypadku uczę się elastyczności a w drugim uczę się że mam ślepe pole.
Tatarak powiedziała coś co mnie zatrzymało. Ból przychodzi kiedy rozumiesz. I teraz się zastanawiam czy to znaczy że rozumienie jest niebezpieczne? Bo brzmi to absurdalnie, ale mam momenty kiedy wolałabym nie wiedzieć. I nie wiem czy to jest zdrowe czy nie.
To nie brzmi absurdalnie. Znam to doskonale. Ale myślę że różnica jest między 'nie chcę wiedzieć bo nie chcę się zmieniać' a 'nie chcę wiedzieć bo zmiana boli i potrzebuję chwili'. Pierwsze jest ucieczką, drugie jest po ludzku zrozumiałe. Pytanie jak odróżnić jedno od drugiego w sobie.
A jak w ogóle wiadomo kiedy jest dobry moment na zewnętrzne lustro? Czy to jest coś co się czuje, czy ktoś z zewnątrz powinien jakoś oceniać czy pytać?
To co Anastazja opisuje - pytanie które jest tak naprawdę szukaniem potwierdzenia - to jest coś co widzę w bardzo różnych kontekstach, nie tylko w magii. Jest nawet termin na to w psychologii: 'myside bias'. Idziesz do rozmowy z gotową odpowiedzią i zbierasz po drodze to co ją wzmacnia. Problem w kontekście błędów magicznych jest taki że możesz w ten sposób chodzić w kółko bardzo długo i być przekonana że analizujesz.
Próbuję sobie teraz przypomnieć jak ostatnio analizowałem coś co poszło nie tak i chyba faktycznie prawie zawsze pytałem siebie w trybie zamkniętym. Czy to było poprawne, czy nie pominąłem czegoś. I nigdy nie pytałem co by było gdyby. To jest jakaś różnica.
to mi teraz siedzi mocno. bo ja właśnie tak mam - po każdym rituale który nie wyszedł siadam i dosłownie szukam kto jest winny. i tym kimś zazwyczaj jestem ja. i to nie jest analiza, to jest po prostu samo biczowanie bez żadnej informacji zwrotnej. ale jak przestać tak myśleć jak się juz tak myśli od lat?
Milimetr odległości. Zostawię to sobie. Bo ja zazwyczaj czekam na pełne przebudzenie, pełne zrozumienie, pełną zmianę. I jak tego nie ma - uznaje że nic się nie zmieniło. A może zmiany są właśnie milimetrowe i ja ich nie liczę.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam jedno konkretne pytanie do tego co Zorka teraz napisała. Czy to nie jest ta sama pułapka co z błędami - oczekujesz dużej, wyraźnej zmiany, więc małych nie rejestrujesz? I potem masz wrażenie że stoisz w miejscu, chociaż się przesunęłaś?
I wracamy do miejsca gdzie zaczęłyśmy, ale z innego wejścia. Uczenie się z błędów bez depresji to chyba nie jest kwestia techniki zapisywania ani pytań otwartych ani zewnętrznego lustra samego w sobie. To jest kwestia tego co myślisz że błąd mówi o tobie. Jeśli myślisz że mówi że jesteś niewystarczająca - każdy błąd boli jak wyrok. Jeśli myślisz że mówi że coś jest do sprawdzenia - masz zupełnie inny punkt startu do nauki.
Seba mówi że nie wiem czy można to zrobić samemu i ja mam podobne przeczucie. Ale z drugiej strony - skąd wiemy że tej zmiany nie da się zrobić wewnątrz praktyki? Może ona właśnie służy między innymi do tego. Tylko że potrzeba dużo czasu i dużo błędów które się przeżyło bez wyroku na siebie. Nie wiem. Pytam.
Kostroma napisała że może praktyka służy między innymi do tej zmiany - że błąd przestaje mówić że jesteś zepsuta. Ale jak to w ogóle działa? Bo ja rozumiem że rytuały mogą coś zmieniać na zewnątrz, ale żeby zmieniały to co myślisz o sobie po porażce? To brzmi jak terapia, nie magia.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że zakręciliśmy się w pętlę, ale chyba dobrą pętlę. Zaczęłam ten wątek od pytania jak się uczyć z błędów bez popadania w dół. I po kilkuset postach - trochę przesadzam, ale nie za bardzo - wychodzi że to nie jest kwestia metody zapisywania, ani tego czy pytasz otwarcie czy zamkniętą. To jest kwestia tego co ty w ogóle sądzisz że błąd o tobie mówi. I tego Seba nie wiem czy można zmienić samą praktyką, ale jedno co mnie uderza - sama ta rozmowa coś we mnie ruszyła. Nie mam żadnej techniki, żadnego planu, ale siedzę teraz i myślę inaczej niż kiedy to pisałam. Może to jest właśnie ten milimetr.
