Sluchajcie, ja rozumiem ten kierunek rozmowy, ale trochę mi to wyglada jakbyśmy mowili zyjacym samotnie "idźcie do ludzi". A co jeśli właśnie tego nie ma? Moje pytanie jest inne - jak robić tarot samemu w sposób ktury nie wciaga w petle? Bo zakaz nie jest odpowiedzią. :)) 😉
No proszę, dokładnie to. i dodam jedno - ta kotwica musi być ustalona zanim sięgniesz po karty, nie w trakcie. jak już masz talię w rękach to jesteś już w środku. Zasady trzeba mieć wcześniej.
hmm, zapisuję to. "Zasady trzeba mieć wcześniej". To jest chyba najpraktyczniejsza rzecz jaaką ktoś mi powiedział w tym watku. Dziękuję wam wszystkim naprawde, bo czułam że cos jest nie tak ale nie umiałam tego nazwac ani wiedzieć od czego zacząć.
Dziękuję za to co nappisala Frezja i co potwierdzili inni. Zasady przed siięgnięciem po talie - to jest cos co zapamiętam. Ale mam pytanie praktyczne: jak ustalacie te zasady? Sami do siebie w głowie czy zapisujecie na kartce? Bo wiem jak to działa u mnie - ustale sobie coś "w głowie" i potem jakos to umyka
a jak to dziala z tymi zasadami jak masz naprawde zly dzien i tak bardzo chcesz ciagnac? bo to jest wlasnie ten moment kiedy mi odpuszczaja wszelkie postanowienia
Pół godziny - to jest coś co mogę sprobowac. ale mam jedno pytanie do was wszystkich: czy wy też mieliście moment kiedy wiedzieliście że przekraczacie granicę ale i tak to robiliscie? bo ja teraz czytam te wszystkie dobre rzeczy i rozumiem je głową ale nie wiem czy je rozumiem... inaczej. Tak zeby naprawde zmienić co robię.
To bardzo uczciwe pytanie. I tak, miałem. Wiedziałem że ciągnę kartę trzeci raz w tej samej sprawie i że odpowiedź na ktora czekma nie przyjdzie bo czekam na konkretną karte a nie na wgląd. I ciągnąłem dalej. Zatrzymało mnie nie postanowienie, tylko to że talię schowałem do szafy na górnej półce zeby do niej dojsc musialem wstac i po drabince wejść. Brzmi komicznie, ale fizyczna bariera pomogła
ej, to co opisuje RycerzMieczy to jest coś co w pracy z przedmiotami magicznymi w ogóle działa - dystans fizyczny zmienia relację z przedmiotem. Talia schowana jest inaczej niz talia leżaca na stoliku. To nie magia, to psychologia przestrzeni. Pelagiusza, czy twoje karty są teraz cały czas w zasięgu reki?
No to masz odpowiedz dlaczego staly sie rytualem całego dnia, nie? Jeśli karta jest pierwszą i ostatnia rzecza fizycznie w zasiegu wzroku to trudno żeby nie stala sie osia wszystkiego. Mam pytanie - czy pamiętasz gdzie trzymałas talię kiedy zaczynałaś, rok temu albo wczesniej?
Ołtarzyk dla kart to nie jest problem sam w sobie. Problem jest kiedy ołtarzyk staje się centrum pokoju a przez to centrum dnia. Ciekawi mnie jedno - czy ten ołtarzyk stworzyłaś kiedy mieszkałaś z kimś, czy już sama? 😀
To jest coś co widzę w wielu przypadkach - zmiana sytuacji zyciowej, przeprowadzka, samotnosc, i nagle praktyka duchowa intensyfikuje sie w sposob ktorego sami nie śledzimy. Jakby wypełniała przestrzeń która zajmowało coś innego. Nie mówię że to złe, mówię że warto to zobaczyć
Własnie i chyba o to chodziło od początku tego wątku. Pytanie nie jest "czy tarot dla samotników jest okay" tylko "jak go robić żeby był okay". a odpowiedź która się tu wyłania to: fizyczny dystans od talii zasady zapisane przed siegnieciem, i jakiś bufor czasowy kiedy masz impuls w silnych emocjach. Czy coś mi umkneło? 🙂
ojejku, bardzo dziekuje wam za tę rozmowę naprawde. Mam teraz notatnik z kilkoma konkretnymi rzeczami do wyprobowania. I wlasnie patrzę na swoją talie, ktura lezy na wierzchu biurka... i myslę że ja chyba schowam do szuflady. Przynajmniej na probe.
Dadzbog, to jest już coś konkretnego. Schowanie do szuflady brzmi prosto, ale wiem że nie jest. ja sama jeszcze nie wiem czy dam radę to zrobic bo jak patrzę na ten ołtarzyk, to czuję jakbym miała coś zaniedbac. I właśnie to mnie niepokoi - że tak to odczuwam. 🙂
a ja mam ptyanie do wszystkich bo jakoś nikt tego nie powiedzial wprost - czy jak schowamy talie do szuflady to ona nie straci jakos energii? tzn czy to nie jest troche jak zamknięcie czegoś zyewgo? przepraszam za pytanie moze glupie ale naprawde sie zastanawiam
Kasiulka, W punkt to pytanie i naprawdę muszę sie zastanowić. Chyba... dla siebie. Chciałam mieć jakiś kącik ktury jest mój ktory jest ważny. I karty były czymś co moglam tam postawic. Ale to brzmi smutno jak to pisze
To nie musi brzmieć smutno. To jest uczciwa obserwacja. Zrobiłaś ołtarzyk bo potrzebowałaś miejsca, kture nada znaczenie przestrzeni w której żyjesz sama. Karty były dostępne więc weszły w tę rolę. Pytanie jest inne: czy gdybyś miała coś innego do postawienia tam, to może karty byłyby nadal w szufladzie?
Właśnie dlatego ten wątek jest tak ważny. Bo samotność robi z przestrzenią dziwne rzeczy i nie zawsze to widzimy na bieżąco. Mam pytanie do osób kture mieszkają same od dłuższego czasu - czy ktoś miał podobne odkrycie z jakims innym przedmiotem, niekoniecznie kartami?
E tam to jest hyba najbardziej konkretna rzecz powiedziana w tym wątku. Braukje zewnętrznego spojrzenia. Nie dlatego że jesteśmy ślepi tylko dlatego że codziennosc własnego pokoju przestaje być widoczna. I nie chodzi tylko o tarot - chodzi o całą przestrzeń zycia samotnika.
No i tu jest chyba moment w którym cały wątek o tarota zamienił sie w coś innego. I nie mowie że to źle, ale zastanawiam się czy ktoś jeszcze mial wrażenie że właśne to jest związek miedzy samotnością a kartami - ze karty wchodzą w role tego zewnętrznego spojrzenia którego nie ma? xd
Wracając trochę do Pelagiuszy - ona napisała wcześniej że jej życie stało sie jednym wielkim rytuałem i nic nie jest już naturalne. I to zdanie siedzi mi w głowie. Czy to jest problem z kartami, czy problem z samą samotnością, do której karty tylko dały języka?
Weles to jest chyba najlepsze pytanie które ktokolwiek mi zadał w tym watku. naprawdę nie wiem. Chyba jedno i drugie naraz. Samotnosc byla wcześniej karty weszły w to co już było. Ale teraz razem robią coś co sama już nie rozrożniam.
A czy próbowałaś chociaz raz przez kilka dni nie ciagnac kart? Nie jako test, tylko zeby zobaczyć jak sie czujesz bez nich? Pytam bo sama byłam w podobnym miejscu i to co czułam bez kart powiedzialo mi wiecej niż wszystkie rozkłady razem wzięte
ja mam takie pytanie troche z boku - czy jak ktoś mowi ze jego zycie stalo sie rytualem to to jest zle? bo czytam ten watek i chyba nie rozumiem czy karty sa tu problemem czy rozwiazaniem czy czyms posrodku
Kasiulka, nie próbowałam. Szczerze to troche mnie przeraza sammo to pytanie. Jak pomyślę o poranku bez kart to nie wiem co bym ze sobą zrobiła i to brzmi niepokojąco jak to piszę.
To co napisała Pelagiusza jest ważne i myślę że warto przy tym zostać. Nie jako krytyka, tylko - czy to uczucie jest nowe, czy zawsze tak było z kartami, czy może z czyms wcześniej też?
kurczę, nie boj się tego co własnie napisalas. to jest uczciwa obserwacja i chyba najwazniejsza rzecz w tym wątku. Mam tylko jedno pytanie - czy w tym proanku bez kart brakuje ci kart jako takich, czy brakuje ci czegoś co karty robią, na przykład poczucia ze dzień ma jakiś kierunek?
