Ostatnio dużo myślę o tym, czy tarot faktycznie pomaga, czy może jednak nakręca lęk. Bo z jednej strony słyszę, że to sposób do samopoznania, ale z drugiej znam osoby, które po każdym rozkładzie są bardziej przestraszone niż przed. Sama zaczęłam się uczyć kart i zauważam, że jak wyciągam coś 'złego', to potrafię o tym myśleć przez cały dzień. Czy to kwestia interpretacji, czy może tarot po prostu nie jest dla każdego?
Dokładnie to samo mam. Wyciągnąłem ostatnio Wieżę przy pytaniu o pracę i totalnie mnie to rozłożyło na kilka dni. Logicznie wiem, że to nie wyrok, ale emocjonalnie... zupełnie inna sprawa. Czy ktoś miał podobnie i jakoś sobie z tym poradził?
Ale czy nie jest tak, że sam tarot jest neutralny, a lęk pochodzi z nas samych? Mnie bardziej zastanawia, dlaczego w ogóle idziemy do kart, kiedy się boimy. Znam osoby, które pytają o tę samą sprawę pięć razy pod rząd, bo pierwsza odpowiedź im nie pasowała. To już nie jest samopoznanie, to jest szukanie potwierdzenia.
To co opisujesz, Teodozja, brzmi jak pętla lękowa, tylko że karmiona kartami zamiast np. obsesyjnym sprawdzaniem wiadomości. Tarot sam z siebie nie nakręca lęku, ale jeśli ktoś już ma tendencję do ruminacji, to karty mogą stać się kolejnym miejscem, gdzie ten mechanizm się uaktywnia. Pytanie jest inne: czy tarot daje ci jakiś wgląd, czy tylko chwilową ulgę, po której strach wraca mocniejszy?
Ja tam uważam, że jak karta wychodzi zła to po prostu trzeba to przyjąć i tyle. Nie ma co się ekscytować ani panikować. Karty mówią co mówią.
A czy w ogóle tarot może coś 'wiedzieć' o przyszłości? Bo jeśli nie, to czego się bać? Szczerze pytam, bo jestem bardziej z tej paranormalnej strony i zawsze zastanawiałem się, na czym właściwie opiera się tarot - na intuicji, na energii, na czymś innym?
To jest fundamentalne pytanie i warto się przy nim zatrzymać. Są dwa główne podejścia: pierwsze traktuje tarot jako system symboliczny, który pomaga uświadomić sobie własne myśli i emocje - coś w rodzaju lustra. Drugie zakłada, że karty rzeczywiście 'łapią' coś z energii pytającego lub z przyszłości. W pierwszym przypadku lęk przed rozkładem jest absurdalny, bo to tylko twoja własna psychika patrzy na siebie. W drugim - owszem, można się zastanawiać czy konfrontacja z tym co 'przyjdzie' jest zawsze mądra. Ale niezależnie od podejścia, problem opisany przez Teodozję i Remigiusza jest realny i nie wynika z karty, tylko z tego jak pracujemy z informacją, którą dostajemy.
Słuchajcie, to co mówi Strzybog ma sens, ale mam wrażenie, że dla osoby, która dopiero zaczyna, to zbyt abstrakcyjne. Remigiusz pytał o Wieżę przy pytaniu o pracę i już się bał. Czy jest jakiś konkretny sposób, żeby wejść w rozkład bez tego lękowego nastawienia? Bo teoria to jedno, a praktyka to drugie.
Ale jak masz konkretny problem i się martwisz, to jak nie pytać z pozycji strachu? To nierealne chyba. Jak mi coś grozi w pracy albo w związku, to z ciekawości nie siadam do kart, tylko właśnie z lęku.
Czytam tę rozmowę i myślę, że może problem leży też w tym, że wiele osób używa tarotu jako wyroczni zamiast jako rozmowy ze sobą. Jak pytasz 'czy mi się uda' to już zakładasz, że karta zdecyduje. A jak pytasz 'co mogę zrobić żeby mi się udało' - to zupełnie inne pytanie i inny rozkład.
To co napisałam wcześniej o zmianie pytania ciągle mi chodzi po głowie. Bo może właśnie w tym tkwi odpowiedź na to, co Teodozja opisuje na początku tego wątku - ta pętla z kolejnymi rozkładami. Jak pytasz 'czy mi się uda', to zawsze możesz zrobić następny rozkład. Ale jak pytasz 'co zrobić' - dostałaś odpowiedź, możesz działać. Nie ma już po co wracać.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że cała dyskusja zakłada, że jesteśmy w stanie spokojnie i racjonalnie podejść do kart, gdy się boimy. A to jest właśnie ten moment, gdy to jest najtrudniejsze. Jak mi drżą ręce ze strachu, to nie myślę o tym, jak sformułować pytanie.
Dokładnie tak to wygląda. Jak wyjdzie dobra karta, to myślę że może coś zrobiłam nie tak. A jak zła, to oczywiście traktuję ją śmiertelnie poważnie. Skąd się bierze ta asymetria?
Teodozja, ta asymetria to chyba klasyczne myślenie lękowe, tylko przeniesione na karty. Umysł w lęku szuka zagrożeń, bo tak jest skonstruowany ewolucyjnie. Dobra wiadomość go nie uspokaja, bo to nie o spokój chodzi, tylko o przetrwanie. Karty tylko dostarczają materiału.
A nie jest tak, że to właśnie ta 'stawka' sprawia, że tarot w ogóle działa? Jak mi nic nie zależy, to może po prostu patrzę na obrazek. Jak zależy - to coś we mnie się uruchamia. Czy nie jest tak, że emocje są właśnie paliwem tej metody?
To co Karinka opisuje z tymi notatkami - to chyba jest coś w rodzaju kalibrowania siebie? Nie wiem czy dobrze to rozumiem. Chodzi o to, żeby zobaczyć, jak bardzo twój lęk wyolbrzymia przekaz karty, tak?
Wracając do tego co Selenka mówiła o asymetrii - zastanawiam się, czy to nie jest właśnie sedno całego tematu. Że tarot nie generuje lęku od zera, tylko trafia w coś, co już w nas siedzi. Jakby kartą był tylko pretekst.
Dokładnie o to mi chodziło, kiedy wspominałam o drżących rękach. Karta nie jest przyczyną, jest wyzwalaczem. I dlatego pytanie z tytułu tego wątku - czy wróżenie może nasilić lęk - brzmi dla mnie tak: może, jeśli trafia na podatny grunt. A u osoby bez tego gruntu te same karty nie zrobią nic złego.
Ale czy to nie wychodzi na to, że tarot jest bezpieczny tylko dla tych, którzy już są w miarę stabilni psychicznie? Bo ludzie, którzy najbardziej szukają odpowiedzi, często są w najtrudniejszej sytuacji. Trochę paradoks.
A czy ktoś z was miał sytuację, gdzie tarot faktycznie zmniejszył lęk? Nie dlatego że 'wyszło dobrze', ale dlatego że samo usiedzenie z kartą i popatrzenie na nią spokojnie dało jakieś ukojenie?
Ja jeszcze nie mam takiego doświadczenia. U mnie każde wyciągnięcie karty nadal uruchamia jakiś tryb 'co to znaczy dla mnie teraz'. Nie potrafię patrzeć na to neutralnie. Może w ogóle nie powinienem jeszcze wróżyć sobie samemu?
Moim zdaniem za dużo tutaj komplikujecie. Karty to karty. Jak się boisz co wyjdzie, to znaczy że gdzieś głęboko wierzysz, że one coś wiedzą. A jak wierzysz - to może naprawdę coś wiedzą. Nie rozumiem po co ten cały wysiłek, żeby 'bezpiecznie' wróżyć.
To co Strzybog mówi o wracaniu do tej samej karty kilka razy dziennie - to chyba jest ten moment, kiedy tarot przestaje być rozmową z sobą, a zaczyna być sprawdzaniem, czy odpowiedź się zmieniła. Jakby się liczyło, że może tym razem wyjdzie coś lepszego.
To co Karinka opisuje to klasyczna pułapka potwierdzenia. W tarecie jest ona o tyle groźna, że symbole są wystarczająco wieloznaczne, żeby dopasować je do prawie każdego wniosku, który chcemy wyciągnąć. I to nie jest wada systemu - to jest jego cecha. Ale dla kogoś z lękiem oznacza, że zawsze znajdzie w karcie powód do niepokoju, jeśli tego szuka.
Ale może to jest właśnie odpowiedź na pytanie z tytułu tego wątku? Że tarot nie nasilą lęku sam z siebie, tylko wyciąga na wierzch to, co już tam jest. Trochę jak przy psychoterapii - im głębiej idziesz, tym bardziej może być na początku niekomfortowo. Ale to nie znaczy, że terapia jest zła.
To porównanie z terapią lubię, ale ma jeden haczyk. Terapeuta jest zewnętrzną osobą, która widzi, kiedy klient przekracza swoje aktualne możliwości i może zwolnić. W tarecie, gdy wróżysz sobie samemu, nie ma tej osoby. Możesz przekroczyć bez żadnego hamulca.
Czytam tę rozmowę od początku i mam takie wrażenie, że wszyscy szukacie sposobu, żeby wróżyć 'bezpiecznie'. Ale może dla niektórych osób bezpieczne wróżenie sobie po prostu nie istnieje i to też jest jakiś wniosek?
