O, to jest super podejście i bardzo mi pomaga! Mam pytanie, czy kiedy robisz to cotygodniowe skanowanie wahadełkiem, to już nie liczysz go do czasu medytacji, czy to jest osobna czynność? Staram się zorganizować sobie jakiś sensowny plan i gubię się w tym, co wliczyć a co nie.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie, może trochę z boku, ale właśnie to mnie intryguje. Czy jeśli ktoś w ogóle nie umie korzytać z wahadełka i nie czuje nic dłonią, to jest jakaś inna metoda diagnostyki, która nie wymaga takiego wyczucia? Bo ja kompletnie nie mam tego 'odczucia' i nie wiem od czego zacząć z tym timingiem.
To co mówi Klarysa jest dla mnie bardzo pomocne, bo ja też zaczynałem od obserwacji objawów i właściwie od tego się zaczął ten wątek. Ale teraz nie wiem, czy po kilku tygodniach powinienem już przejść do jakiegoś bardziej aktywnego testowania, czy obserwacja wystarczy na dłużej.
Obserwacja objawów jest dobra na każdym etapie, nie tylko na początku. Szczerze mówiąc czasem daje mi więcej informacji niż wahadełko, bo widzę zmiany w czasie, a nie tylko aktualny snapshot. Jeśli po tygodniu pracy z Muladharą lepiej sypiam i mniej się stresuję o pieniądze, to jest konkretna informacja, nawet jeśli nie sprawdziłam wahadełkiem.
I właśnie to jest sedno, obserwacja zmian w czasie daje ci coś, czego wahadełko nie da, czyli trend. Jedno badanie to punkt, ale seria obserwacji to krzywa i z krzywej dużo więcej wyczytasz. Mam pytanie do Igora, bo pomyślałam o tym czytając jego ostatni post: te objawy, od których zaczął wątek, czy one w ogóle się zmieniły przez te kilka tygodni medytacji?
Szczerze? Chyba tak, ale trudno mi powiedzieć, czy to przez medytację, czy po prostu przez to, że mniej się teraz stresuję w pracy. Ranek jest trochę spokojniejszy. Ale właśnie to jest mój problem z oceną, nie wiem, jak oddzielić efekt medytacji od innych zmian w życiu.
Igorek, to jest zresztą fundamentalny problem w tym wszystkim i nie tylko w czakrach. Jak masz kilka zmiennych naraz, to nie wiesz, co zadziałało. Niektórzy dlatego polecają zmieniać jedną rzecz na raz, żeby móc to przypisać. Ale w praktyce życie nie zawsze pozwala na takie eksperymenty.
Tylko że jeśli coś działa, to właściwie co za różnica skąd pochodzi efekt? Serio pytam, nie złośliwie. Jeśli jest spokojniej, to jest spokojniej.
To jest pytanie, które zadaję sobie od dawna i nigdy nie znalazłam na nie satysfakcjonującej odpowiedzi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to jedno i to samo, bo twój nastrój jest odbiciem stanu twojego pola energetycznego. Ale to brzmi trochę jak wychodzenie z założenia, które chcemy udowodnić.
Właśnie dlatego wolę obserwację objawów jako weryfikację, bo ona jest bardziej niezależna. Wahadełko mogę nieświadomie prowadzić w kierunku tego, co chcę zobaczyć. Ale fakt, że sypiam lepiej albo gorzej, jest trudniejszy do zracjonalizowania.
Ok ale to teraz mam do was pytanie, bo sie nad tym zastanawiam. Jeśli obserwcja objawów jest bardziej wiarygodna niż wahadełko, to po co w ogóle wahadełko? Pytam bez złośliwosci, naprawdę mi to umknęło w tym wątku.
Czyli idealne podejście to jednak oba narzędzia razem? Wahadełko jako wczesne ostrzeżenie, objawy jako potwierdzenie? Mam wrażenie, że cały czas kręcimy się wokół tego samego pytania: co jest bardziej wiarygodne, i może odpowiedź jest po prostu żadne z osobna.
A ja mam zupełnie inne pytanie, może naiwne, ale wróćmy do tego wahadełka, bo tego nie rozumiem. Jeśli wahadełko reaguje na mój nastrój albo na to czego oczekuję, to jak w ogóle go 'nastroić' żeby pokazywało coś poza moimi własnymi oczekiwaniami? Gdzieś czytałam o ładowaniu wahadełka, ale nie wiem co to znaczy w praktyce.
Trzymanie przy kamieniu czy w świetle to oczyszczanie, nie ładowanie, i dotyczy raczej czyszczenia przedmiotu z cudzych energii, szczególnie jeśli wahadełko jest używane, kupione z drugiej ręki albo długo leżało. Przed własną pracą diagnostyczną ważniejsza jest twoja intencja i skupienie niż rytuał wokół samego przedmiotu. Ale powiem też wprost, że w tym temacie zdania są podzielone i nie ma jednej szkoły.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale właśnie o to chciałam zapytać. Słyszałam, że przed pracą z wahadełkiem nad czakrami trzeba się samemu uziemić, bo inaczej wyniki są przekłamane. Czy to się wiąże z tym co Cecylka mówiła o skupieniu? Bo uziemienie to chyba coś innego niż intencja.
Dobra, to powoli zaczynam rozumieć jak to wszystko ze sobą gra. Przygotowanie, diagnostyka, potem medytacja z różnym czasem na różne czakry. Ale mam jeszcze jedno pytanie, które gdzieś zgubiłem wcześniej: jeśli danego dnia wszystkie czakry wychodzą w miarę ok na wahadełku, to co wtedy? Skracam całą sesję, czy przechodzę przez wszystkie normalnie?
To jest świetne pytanie i mam wrażenie, że wiele osób zaczyna medytować na czakry zakładając, że zawsze coś jest nie tak i trzeba naprawiać. A co z utrzymaniem? Ja w takie dni robię krótszy przegląd, po dwie, trzy minuty na każdą, bardziej jako check-in niż praca. I to też jest rodzaj praktyki, tylko spokojniejszy.
Igorek, to bardzo dobre pytanie i sama sobie to długo zadawałam. Jak wszystko wygląda w miarę okej, to robię właśnie taki krótki przegląd jak Szafirek opisała. Ale dodałabym jeszcze jedno: nawet jeśli wahadełko nie pokazuje nic niepokojącego, warto zapytać siebie, czy któraś czakra 'chce uwagi' tego dnia. Zdarza mi się, że technicznie wszystko gra, a intuicja podpowiada żeby dłużej posiedzieć przy sercu albo gardle. I zazwyczaj potem rozumiem dlaczego.
To co Jarzebina mówi o tej intuicyjnej wskazówce jest dla mnie naprawdę cenne! Ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem - czyli w dniach kiedy wszystko ok, po prostu skracasz czas na każdą i nie stosujesz żadnej specjalnej metody, tylko ten wewnętrzny sygnał? Czy to jest cała strategia na 'dobre dni'?
A ja mam inne podejście i trochę się z tym kłócę wewnętrznie. Bo słyszałem, że regularne, codzienne medytacje na każdą czakrę po równo to najlepsza profilaktyka właśnie dlatego, że nie czekasz na sygnały tylko utrzymujesz przepływ. Ale z tego co tu czytam, to chyba nie wszyscy się z tym zgadzają?
Dobra, ale to jak w ogóle ma to wyglądac jeśli codziennie masz inny rozkład? Dzisiaj pięć minut na korzen, jutro osiem, pojutrze z powrotem trzy? Jak to śledzić żeby się w tym nie zgubic?
Walaa, a co zapisywałaś w tej rubryce 'co czułam'? Bo to brzmi ciekawie, ale trochę nie wiem jak to opisywać słowami. Ciepło, zimno? Obrazy? Emocje?
To podejście z notatkami mi się bardzo podoba, bo wraca do tego co mówiłam wcześniej o informacji zwrotnej. Ale mam pytanie do Walaa: czy te wzorce, które zobaczyłaś w notatkach, pokrywały się z tym co pokazywało wahadełko? Czy raczej były inne?
Dobra, to zaczynam rozumieć, że nie ma jednej sztywnej reguły, tylko trzeba wypracować swój system. Ale wróćmy na chwilę do samego czasu, bo to był mój pierwotny temat. Szafirek mówiła o dwóch, trzech minutach na czakrę w dobre dni. A ile ma to trwać kiedy widzisz realną blokadę? Bo między 'wszystko ok' a 'coś tu siedzi od miesięcy' pewnie jest przepaść.
Przy realnej blokadzie nie operuję w minutach. Siadam i siedzę przy tej czakrze tak długo, aż poczuję jakiś ruch albo zmianę, albo aż poczuję, że na dziś wystarczy, bo ciało daje znak żeby odpuścić. Może to być piętnaście minut, może czterdzieści. Pilnowanie zegara przy pracy z głębszą blokadą chyba mija się z celem.
A jak rozpoznajesz 'na dziś wystarczy' od 'właśnie uciekam bo jest nieprzyjemnie'? Bo blokada to często coś emocjonalnie ciężkiego i podejrzewam, że instynkt mówi 'wyjdź stąd' dokładnie wtedy kiedy trzeba zostać.
Ja właśnie mam ten problem, o którym Ferdek mówi. Zawsze przy trzecim oku zaczynam czuć dyskomfort po kilku minutach i nie wiem czy to blokada 'pracuje' czy czy po prostu powinnam kończyć. Czy jest jakiś sygnał, który pomaga to rozróżnić? Coś konkretnego?
