Hm, to co Wojslawa pisze o zgodzie jest ciekawe, ale trochę teoretyczne. Modlenie się za kogoś to też praca energetyczna w pewnym sensie i nikt nie pyta o zgodę. Gdzie jest granica? Nie mówię że to źle, po prostu pytam.
Ta rozmowa o zgodzie jest ważna i chcę dodać jedną rzecz, bo trochę się w tym kręcimy. W tradycjach z których wywodzi się praca z czakrami zgoda była oczywistym założeniem bo pracowało się z osobą która siedzi przed Tobą i prosi o pomoc. Przenoszenie tego na pracę 'na odległość' bez wiedzy osoby to jest twór nowszy i dużo bardziej dyskusyjny etycznie, nawet wewnątrz samych środowisk ezoterycznych. Nie mówię że to złe, mówię że nie jest to tak ustalone i oczywiste jak czasem ludzie zakładają.
Ojejku, właśnie zdałam sobie sprawę że nigdy o tym nie myślałam, że wysyłanie energii komuś bez pytania to może być problem. Zawsze myślałam że jak intencja jest dobra to jest ok. A teraz czuję się trochę nieswojo bo... no, kilka razy 'pracowałam' z myślą o kimś bliskim. Czy to naprawdę może zaszkodzić?
No dobra, to co teraz? Bo skończyłam czytać ten post o wysyłaniu energii bez zgody i... szczerze powiedziawszy czuję się lekko głupio. Myślałam że jak mam dobrą intencję to wszystko gra, a tu się okazuje że to nie takie proste. Ale wracając do tematu Amethysty - to co z tą jej mamą i Manipurą? Bo cały czas kręcimy się wokół etyki a pierwotne pytanie gdzieś odpłynęło.
Sasanka, etyka tutaj JEST częścią odpowiedzi na to pytanie. Nie można oddzielić 'co z Manipurą' od 'czy w ogóle mam prawo w to wchodzić'. Ale ok, skoro pytasz o meritum - zapalenie trzustki i Manipura to związek który znam z własnej praktyki. Trzustka energetycznie siedzi dokładnie w obszarze splotu słonecznego, odpowiada za 'trawienie' nie tylko jedzenia ale i emocji, sytuacji, relacji z władzą i kontrolą. Chroniczne zapalenie to często zastój który trwa latami, nie jednorazowy epizod.
No właśnie to jest interesujące co Malwinia mówi bo ja też gdzieś czytałem że trustka to organ który najbardziej reaguje na gorzycz życia w sensie dosłownym na to co 'trudne do strawienia'. Ale Amethysta pisała wcześniej że mama jest pod opieką medyczną i że to może być genetyczne więc pytanie czy w ogóle możemy tu mówić o blokadzie energetycznej czy to po prostu jest choroba fizyczna i koniec.
To co Malwinia mówi jest bliskie temu co pisałem wcześniej o moim terapeucie. On też używa słowa 'stan' a nie 'przyczyna'. Zrobiłem sobie notatkę z naszej ostatniej sesji: 'obszar Manipury wykazuje znaczny zastój, przepływ ograniczony szczególnie po lewej stronie'. Zero informacji o przyczynie, zero diagnozy. Tylko opis. I to mi dało więcej do myślenia niż gdyby mi powiedział 'masz blokadę bo w pracy cię zdominowali'.
Hej, wracam bo coś mnie tutaj uwiera. Cała ta rozmowa zakłada że energia i genetyka to dwie osobne rzeczy i że trzeba wybrać jedno wyjaśnienie. A co jeśli to nie jest wybór? Jak ktoś ma genetyczne predyspozycje do czegoś, to i tak na to jak choroba się manifestuje wpływa milion czynników, też stres, sposób życia, emocje. Nie musimy przypisywać energii roli przyczyny żeby uznać że praca z Manipurą coś wniesie do jakości życia.
Iwonka, to 'bezpieczne stanowisko' Goryczki jest tak naprawdę stanowiskiem które np. w medycynie integracyjnej jest dosyć poważnie traktowane. Wpływ stresu na choroby trzustki jest udokumentowany, wpływ chronicznego napięcia emocjonalnego na zaostrzenia chorób przewlekłych też. Nie musimy używać słowa 'energia' żeby uznać że emocje i ciało są połączone. Praca z Manipurą to może być po prostu praca z napięciem w tym obszarze ciała i z emocjami które tam siedzą. Tylko bez obiecywania że to wyleczy.
No i właśnie to ostatnie zdanie Dagny jest kluczowe. Bez obiecywania że wyleczy. I to jest właśnie ten etyczny rdzeń o którym mówiłam wcześniej. Możemy rozmawiać o pracy z czakrami jako uzupełnieniu, jako wsparciu, jako czymś dla siebie samej, ale jak tylko ktoś zaczyna sugerować że to może wpłynąć na przebieg choroby organicznej, to wkracza na teren do którego nie ma kwalifikacji. I dotyczy to też mnie.
Czytam to wszystko i jest mi bardzo potrzebne. Chcę powiedzieć na marginesie że nie szukam tu leczenia mamy, jej leczeniem zajmują się lekarze i ona im ufa, co jest dla mnie ważne. To co szukam to... nie wiem jak to nazwać. Jakiś sposób żeby sama nie czuła się bezsilna patrząc na jej cierpienie. I chyba to jest naprawdę o mojej Manipurze, o moim poczuciu bezsilności i braku kontroli, nie o jej chorobie.
To co teraz napisałaś jest bardzo ważne i myślę że jest sercem tego wątku. Kiedy ktoś bliski choruje, my jako obserwatorzy i opiekunowie też energetycznie to czujemy. Twoja Manipura przeżywa ten sam kryzys co ona, tylko na innym poziomie. Bezsilność, brak kontroli nad sytuacją, strach. To są dokładnie te stany które destabilizują splot słoneczny. I z TYM możesz pracować. Ze swoją bezsilnością, nie z jej chorobą.
O matko, to co Amethysta napisała i co Ludwinia odpowiedziała to jest tak celne że aż mnie zatykało przez chwilę. Właśnie o tym chciałam powiedzieć od jakichś paru postów ale nie umiałam znaleźć słów. To jest naprawdę często tak że szukamy jak pomóc komuś innemu, a tak naprawdę to my potrzebujemy zadbać o siebie, bo jesteśmy tym zapleczem które ma wytrzymać.
Dobra, mam pytanie praktyczne bo tutaj dużo teorii się nazbierało. Amethysta, jak wygląda twoja własna praca z Manipurą teraz, kiedy przez to wszystko przechodzisz? Medytujesz, używasz wahadełka do diagnostyki, pracujesz z kamieniami? Czy bardziej pytasz bo jeszcze nie wiesz od czego zacząć?
To co tu opisujesz z wahadełkiem, czyli minimalne obroty nad Manipurą i chaotyczne nad Anahatą, to może wskazywać że twoja energia 'uciekła' z Manipury do serca. Robisz wszystko sercem, z troski i miłości, ale bez gruntowania w poczuciu własnej mocy i sprawczości. To bardzo typowe przy opiece nad chorymi bliskimi. Serce się otwiera szeroko, ale splot słoneczny, który powinien dać ci siłę do działania, jest przymknięty.
Malwinia to jest dobre ujęcie, ale chcę zapytać - czy to jest problem czy naturalny stan w takiej sytuacji? Tzn czy to jest coś co trzeba 'naprawiać' czy to jest po prostu jak organizm reaguje i może sam wróci jak sytuacja się unormuje?
Śledzę ten watek od dawna i chcę dorzucic cos z innej strony. Czesto sie pomija w takich rozmowach czakre korzenia przy pracy opiekuna osoby chorej. Jesli Manipura jest przymknięta to często jest tak ze i Muladhara nie daje pełnego gruntu, bo caly system sie waha. Amethysta, czy czujesz też cos takiego jak doslowne zmęczenie fizyczne, ciżękie nogi, trudnosc z wstawaniem rano, jakby zabraklo tej podstawowej zyciowej energii?
Anastazy, to z tą Muladharą mnie trafia. Bo faktycznie jak to sobie teraz układam, to od kiedy mama trafiła do szpitala po raz drugi, mam takie dziwne wrażenie że dosłownie nie czuję nóg kiedy chodzę. Jakby grunt uszedł spod stóp, ale nie metaforycznie, bo to już wiem że metafora. Chodzi mi o to fizyczne wrażenie jakiegoś rozchwiania. Testowałam wahadełko nad korzeniem i tam obrót jest też słaby, ale inaczej słaby niż nad Manipurą. Jakby mniej chaotyczny, bardziej po prostu... nieobecny.
Wlasnie, ten 'nieobecny' ruch wahadelka nad Muladharą to jest inna jakość niż slaby chaotyczny. Jedno to niedoczynnosc, drugie może wskazywac na taki zastoj gdzie energia jakby stoi. Mam w notatkach z jednej sesji opis bardzo podobny do twojego. Tamta osoba tez przez dlugi czas opiekowala sie bliskim z chorobą przewlekłą. Malwinia, ty chyba z tym częściej pracujesz, jak podchodzisz do sekwencji, czy najpierw korzen czy Manipure?
O, to z chodzeniem boso to jest coś, to mi się zawsze kojarzyło z tym co babcia mówiła że jak ci ciężko na sercu to idź na trawę. Ona nie znała żadnych czakr, ale to chyba intuicyjnie wiedziała. Przepraszam że tak trochę z innej beczki ale Amethysta, ja mam takie pytanie, czy ty w tej całej sytuacji w ogóle wychodzisz na zewnątrz, czy jesteś głównie przy mamie albo w domu?
Słyszę was z tym uziemieniem i totalnie rozumiem o co chodzi, ale chce dorzucić kamienie bo to jednak jest ten dział. Do pracy z korzeniem kiedy jest taki zastój jaki Amethysta opisuje, u mnie sprawdziło się noszenie turmalinu czarnego przy ciele, ale nie jako wisiorek tylko dosłownie w kieszeni. Codzienny kontakt. Do Manipury w takiej niedoczynności jaką opisujesz, cytrynu bym nie brała teraz jako pierwszego, wolę tygryse oko własnie bo ono jest bardziej stabilizujące niż pobudzające. Masz tygryse oko, pisałaś?
Poczekajcie z kamieniami chwilę. Amethysta, nie żebym podważała czy kamienie działają albo nie działają, ale jak ty teraz w ogóle masz czas i energię na jakąkolwiek regularną pracę? Pytam serio, bo jak sama mówisz ze medytacja się rozsypała i kamienie leżą w szufladzie, to może zanim zaczniemy planować co kupić, to warto zapytać co jest w tej chwili w ogóle wykonalne.
Dobry punkt Tojadek. Mi tez przez chwile chodzilo po glowie czy nie nakładamy na Amethystę kolejnych rzeczy do zrobienia. Praca z czakrami, uziemienie, kamienie, wahadełko, medytacja, i to wszystko kiedy ona jest wyczerpana opieką. Nie mówię że to złe, ale może trzeba by zacząć od minimalnej wersji? Co jest najłatwiejsze do zrobienia codziennie bez wysiłku?
Goryczka ma rację i właściwie podsumowuje to co chciałam powiedzieć. Jak ktoś jest w trybie przetrwania to skomplikowane rytuały po prostu nie wejdą. Jedno konkretne działanie. Amethysta, gdybyś miała zrobić jedną rzecz, tylko jedną, która zajmuje max pięć minut dziennie i jest dla siebie, nie dla mamy, co to by było?
Hej chcę wrócić na chwile do wątku który gdzieś nam uciekł bo tu jest tytuł o trzustce i genetyce a teraz gadamy prawie wyłącznie o Amethyście jako opiekunie. co nie jest złe jasne. Ale pierwotne pytanie było też o to czy ta choroba mamy ma podloze energetyczne czy genetyczne i czy jedno wyklucza drugie. Ktoś miał inny pomysl na to? Bo mi się wydaje że nie skończyliśmy tamtego watku.
Iwonka, chyba Dagna nie mówi że to jest TO SAMO, tylko że oba opisy mogą wskazywać na podobny fenomen na różnych poziomach opisu. To jest stare pytanie filozofii nauki zresztą, redukcjonizm kontra holizm. Ale OK, zgadzam się że nie można mieszać języków i udawać że to jedno, bo to jest nieuczciwe wobec obu tradycji.
Zapisałem sobie to co Dagna i Tajemniczka teraz piszą, bo to jest ważne rozróżnienie. Dwa języki opisu tego samego obszaru niekoniecznie są sprzeczne, ale też nie są identyczne. W notatkach z jednej sesji u terapeuty mam zapisane coś podobnego, on też rozdzielał poziomy kiedy pytałem o to samo. Powiedział coś w stylu, na poziomie ciała jest X, na poziomie pola energetycznego widzę Y, i nie wiem czy X powoduje Y czy odwrotnie, ale oba są prawdziwe. To mi jakoś pomogło nie kłócić się z lekarzami o to kto ma rację.
