To, co Gerwazy nazwał, i to, co Romcia potwierdziła, jest moim zdaniem najważniejszą rzeczą w tym wątku. Praca z Swadhisthaną przy takim temacie wymaga naprawdę delikatności, bo ta czakra przechowuje właśnie takie przekonania - o wartości, o tym, czy jesteśmy 'wystarczający'. Romcia, powiem ci szczerze: zanim zaczniesz intensywnie pracować z czakrą sakralną, rozważyłabym najpierw spokojną pracę z korzeniem, żeby mieć pod sobą stabilny grunt. Czy masz jakieś ćwiczenia na uziemienie, które ci służą?
Zgadzam się z Felicją co do obserwacji zachowań, ale chcę dodać jeden sygnał, który mi osobiście pomógł: sen. Kiedy Muladhara była mocno zablokowana, budziłem się z silnym lękiem bez konkretnej przyczyny, taki fizyczny, jak adrenalina. Jak ta czakra zaczęła się otwierać, ten poranek przestał wyglądać tak. Romcia, czy coś takiego ci się zdarza?
Ale tu jest ciekawe pytanie - czy to Muladhara generuje lęk, czy lęk generuje blokadę w Muladharze? Bo mi się wydaje, że to działa w obie strony i próba ustalenia, co było pierwsze, może być pułapką. Romcia, czy ten lęk poranku pojawił się razem z trudnościami z zajściem w ciążę, czy istniał wcześniej?
To, co powiedziała Sennaria o wzajemnym wpływie, jest dla mnie kluczowe w pracy z czakrami w ogóle. Nie lubię myślenia przyczynowo-skutkowego w tym kontekście. Bardziej widzę to jako pole, gdzie emocje, ciało i energia są jednym - i dotknięcie dowolnego elementu porusza całość. Ale właśnie dlatego, Romcia, ten lęk, który niesiesz od lat, to coś, co warto adresować bezpośrednio, nie tylko przez Swadhisthanę.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wątek robi się coraz głębszy, niż na początku. Chcę zapytać o coś praktycznego, żeby Romcia miała z czego skorzystać: czy ktoś z was ma konkretne doświadczenia z medytacją łączącą Muladharę i Swadhisthanę przy tematach związanych z płodnością? Nie szukam cudownej recepty, bardziej wzorców, co komuś faktycznie dawało poczucie ulgi.
A ja mam w związku z tym inne pytanie, trochę z boku. Czy praca z Swadhisthaną przy takim temacie jak płodność powinna być prowadzona przez kogoś z zewnątrz, np. bioenergoterapeuta, czy można to robić samodzielnie bez ryzyka? Bo słucham tej rozmowy i trochę się zaczynam bać, że można coś 'ruszyć' i nie umieć z tym potem siedzieć.
Wtrącę się, bo Drozdzia zadała pytanie, które sama miałam. Robiłam te medytacje samodzielnie i właśnie ten 'osad', o którym pisze Salomejka, też mi się zdarzał. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle. Teraz rozumiem, że może to być kwestia tempa. Ale nadal nie wiem, jak dobrać to tempo - skąd mam wiedzieć, że za szybko?
To jest chyba jedno z ważniejszych pytań w całym wątku. Sygnały 'za szybko' u mnie wyglądają tak: nagle mam poczucie, że wszystko jest za dużo, drobne rzeczy mnie irytują ponad miarę, albo śnię bardzo intensywnie przez kilka nocy z rzędu i wstaję niewyspana mimo że spałam wystarczająco długo. Ciało wysyła wyraźny sygnał, tylko trzeba go słuchać bez oceniania. Romcia, czy coś takiego ci się zdarzało?
Właśnie. I moim zdaniem to jest jeden z największych problemów przy pracy z Swadhisthaną w trakcie leczenia hormonalnego - same hormony robią z emocjami to, co medytacja robi energetycznie. Możesz mieć podwójne natężenie i naprawdę nie wiesz, czy to ciało, czy czakra, czy jedno i drugie naraz. Ja bym w takiej sytuacji zwolnił, szczerze.
Słuchajcie, nie chcę torpedować rozmowy, ale mam pytanie które gdzieś mi w głowie siedzi od kilku postów. Czy nie jest tak, że wszystko, co opisujecie jako 'za szybko' albo 'za wolno' w pracy z czakrami, to są po prostu stany emocjonalne, które mają inne, bardziej uchwytne przyczyny? Romcia jest na leczeniu hormonalnym, które samo w sobie robi z emocjami cuda. Skąd wiecie, że szukanie w czakrach nie jest po prostu nakładaniem mapy na coś, co ma zupełnie inną naturę?
To jest bardzo ważne, że to nazwałaś wprost. Bo ta pułapka jest subtelna - człowiek myśli, że szuka wsparcia, a wchodzi w nowy system oceniania siebie. Dlatego mówię, że przy Swadhisthanie z tym kontekstem nie zaczyna się od samej Swadhisthany, tylko od gruntu. Kiedy czujesz się bezpieczna z tym, że nie masz kontroli nad wynikiem - wtedy dopiero jest sens wchodzić głębiej. Czy to ma dla ciebie sens, Romcia?
Słucham i mam takie skojarzenie: to, co Felicja opisuje jako 'grunt', to jest właśnie Muladhara jako fundament akceptacji. I ciekawe, że rozmowa o Swadhisthanie i płodności tak konsekwentnie wraca do korzenia. Czy to jest reguła, że praca z Swadhisthaną zawsze wymaga najpierw pracy z korzeniem, czy to jest specyfika tego tematu?
Mam tu małe własne doświadczenie. Moja przyjaciółka, o której wspominałam wcześniej, robiła te medytacje z wizualizacją korzeni właśnie po to, żeby 'zakotwiczać' przed wejściem w Swadhisthanę. Mówiła, że bez tej sekwencji zostawało jej to rozedrganie, a z tym zakorzenieniem było inaczej. Nie wiem czy to zasługa kolejności czakr, czy po prostu dobre wejście w medytację w ogóle. Ale powtarzała to konsekwentnie.
To co Gienia napisała o przyjaciółce zostało mi w głowie. 'Czuła się mniej sama z tym' - i że to wystarczyło. Romcia, czy ty też to tak czujesz? Że niezależnie od tego, co przyniesie leczenie, ta praca z Swadhisthaną daje ci coś w rodzaju towarzyszenia samej sobie?
Tak, chyba tak to bym nazwała. Chociaż wcześniej tego nie ujmowałam w takich słowach. Jest jakieś poczucie, że nie zostawiam tej części siebie samej z tym czekaniem. Nie wiem, czy to 'energia sakralna' czy po prostu intencja i uwaga, którą kieruję w to miejsce. Ale coś tam jest.
Słucham od jakiegoś czasu i mam pytanie do Klimci albo Felicji, bo obie zdają się mieć tu doświadczenie - czy przy takiej pracy, gdzie jest i leczenie hormonalne, i praca z czakrami, powinno się jakoś synchronizować te dwie rzeczy z cyklem? Bo Swadhisthana i tak jest połączona z rytmem, a cykl przy stymulacji jest przecierz zaburzony sztucznie. Czy to nie stwarza jakiegoś konfliktu w polu?
Szczerze? Nie. Robiłam kiedy miałam siłę i spokój, nie myśląc za bardzo o tym, kiedy to jest względem fazy księżyca czy etapu protokołu. Może to błąd, może nie. Czułam, że narzucanie sobie kolejnego harmonogramu jest ostatnią rzeczą, której potrzebuję przy tym leczeniu.
I moim zdaniem to jest bardzo zdrowe podejście. Rytm jest ważny, ale nie wtedy, gdy staje się kolejnym źródłem presji. Dalia, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie - nie powiedziałabym 'konflikt w polu', raczej powiedziałabym, że pole jest po prostu inne niż przy naturalnym cyklu. Nie gorsze, inne. I warto być świadomą tej różnicy, zamiast próbować ją naprawić.
Ja bym tu jednak nie odpuszczał tematu synchronizacji tak łatwo. Fazy księżyca to nie jest tylko kalendarz, to realny rytm, który wpływa na płyny w ciele, a Swadhisthana rządzi właśnie tymi płynami. Pełnia to nie jest moment na intensywną pracę z tą czakrą, jeśli jest już nadstymulowana hormonalnie. Mówię to z obserwacji, nie z teorii. Czy ktoś z was tego nie doświadczył?
To co Nikodem mówi brzmi trochę jak ostrzeżenie. Romcia, ty słyszysz to i co czujesz? Bo z jednej strony Felicja mówi 'nie rób harmonogramu', z drugiej Nikodem sugeruje, że pełnia przy stymulacji to ryzyko. Jak to zestawiasz?
Szczerze to trochę kręci mi się głowa od tych sprzecznych informacji 🙂 Ale chyba nie biorę tego jako sprzeczność. Felicja mówi o presji harmonogramu, a Nikodem o świadomości rytmu. Można być świadomą pełni i nie robić z tego obowiązku. Chociaż przyznam, że przy ostatniej pełni w trakcie protokołu byłam rozsypana emocjonalnie i teraz zaczynam się zastanawiać, czy to nie było właśnie to.
Mam notatki z kilku miesięcy i faktycznie widać u mnie pewien wzorzec przy pełni - niezależnie od leczenia. Silniejsze sny, większa drażliwość, czasem nagłe płakanie bez wyraźnego powodu. Nigdy nie łączyłam tego ze Swadhisthaną, myślałam po prostu, że jestem bardziej wrażliwa przy pełni. Teraz zaczynam się zastanawiać czy to nie jest ten sam mechanizm, tylko opisany inaczej.
Mam karneol, bo przeczytałam, że do Swadhisthany, ale teraz zaczynam się zastanawiać czy to nie jest przypadkiem zbyt pobudzające, skoro i tak mam to hormonalne zamieszanie. Nie pomyślałam o tym wcześniej.
Karneol to klasyk do Swadhisthany, ale masz rację, że przy nadczynności może bardziej nakręcać niż równoważyć. To nie znaczy, że musisz go odstawić - ale może warto go używać inaczej, nie bezpośrednio przy ciele, tylko gdzieś obok, jako intencja. I dokładnie sprawdzać, co czujesz po sesji z nim. Czułaś kiedyś różnicę z kamieniem i bez?
Przepraszam, że się wtrącę z boku, ale pytanie o kamienie mnie zatrzymało - czy wahadełko po takim skanowaniu z karneolowym przy Swadhisthanie też zmienia ruch? Zastanawiam się, czy kamień faktycznie modyfikuje to, co wahadło odczytuje, czy to jest po prostu nasza projekcja.
Muszę przyznać, że ta rozmowa coraz bardziej otwiera mi oczy na to, ile rzeczy robiłam intuicyjnie, nie wiedząc dlaczego. Karneol wzięłam, bo kolor był ładny i pasował do opisu. Wahadełko kręciłam bez zastanowienia, co oznacza kierunek przy nadczynności a co przy blokadzie. Może czas zacząć robić to bardziej świadomie, nawet jeśli nie wiem, czy to 'działa' obiektywnie.
Ale to nie jest tylko wasze, czysto subiektywne doświadczenie - bo jeśli ktoś inny, kto nic o was nie wie, skanuje was dłonią albo wahadłem i wskazuje na ten sam obszar, to już jest coś więcej niż projekcja. Klimcia, ty robiłaś kiedyś takie sesje z obcymi osobami, gdzie nic nie wiedziałaś o ich sytuacji? Bo to by był jakiś test tego, o czym Gerwazy mówi.
