U mnie to konkret, zawsze piję wodę i chwilę stoję boso albo kładę dłonie na kolanach. To głupie może brzmi ale mi daje sygnał ciału że już nie jesteśmy 'tam'. Nie wiem czy to jest ortodoksyjne ale działa na mnie lepiej niż samo myślenie że kończę 🙂
To co Polaryska opisuje to jest właśnie ucieleśnienie praktyki, kiedy gest staje się nośnikiem intencji bez potrzeby jej oddzielnego wywoływania. To samo można powiedzieć o oczyszczaniu aury - na początku robisz każdy ruch świadomie, potem ciało to pamięta. Ale mam pytanie do Czeremchy - czy twój problem jest z zakończeniem sesji, czy z całym procesem?
To co Czeremcha opisuje, ta niepewność na końcu, jest właśnie miejscem gdzie wiele osób się zatrzymuje. Powiem tak - to nie jest kwestia sprawdzenia, tylko kwestia zaufania do sygnałów własnego ciała. Czy po sesji, kilka minut po, czujesz się bardziej w sobie, bardziej obecna? To jest ten sygnał. Pole nie jest zamknięte jak drzwi na klucz, to jest stopniowe zbieranie siebie.
Rozalinda, mam pytanie do tego co napisałaś - 'bardziej w sobie, bardziej obecna'. Ja po sesji często jestem rozkojarzna i senna, to znaczy że coś robię źle? Zawsze myślałam że to jest normalne po pracy energetycznej ale teraz nie jestem pewna.
Klarysa stawia pytanie które jest naprawdę ważne. Prawda jest taka że część tego co opisujemy jako sygnały to jest kultura praktyki, czyli coś co przekazuje się w środowiskach i co może być różne w zależności od tradycji. Senność po sesji jest powszechnie opisywana jako naturalna bo ciało przetwarza. Ale to nie znaczy że każda senność to jest to samo. Trzeba patrzeć na kontekst, na to co było przed sesją, jak długo trwała, co się w niej działo.
Mam pytanie trochę z innej strony. Czy oczyszczanie aury można robić dla kogoś innego, na przykład dla bliskiej osoby? I czy ta osoba musi o tym wiedzieć? Pytam bo mam kogoś w rodzinie kto jest strasznie przygnębiony i zastanawiam się czy mogłabym jakoś pomóc.
Wracając do tego co Rozalinda pisała wcześniej o zbieraniu siebie - czy to zbieranie siebie ma jakiś fizyczny wymiar? Znaczy czy są gesty które pomagają poczuć że się zebrałam? Polaryska pisała o wodzie i boso, ale zastanawiam się czy jest coś jeszcze co ludzie robią.
To co Polaryska opisuje to jest właśnie zamiatanie, wygładzanie pola po sesji, i owszem, to ma sens jako element zamknięcia. Ruch od głowy w dół przez całe ciało sygnalizuje ciału koniec pracy i pomaga polu wrócić do swojego naturalnego kształtu po tym jak było w nim porządkowane. Nie każda tradycja to robi, ale wiele tak.
Ja nigdy tego nie robiłam i teraz się zastanawiam czy to dlatego po sesji czuję się trochę rozproszona. Czy ten ruch od głowy w dół to jest coś co się robi raz czy kilka razy? I czy ma znaczenie tempo?
No właśnie, Paprotka, to jest to moje pytanie ciągle. Ile z tego co odczuwamy to jest rzeczywista zmiana energetyczna a ile to jest po prostu efekt skupienia uwagi i spokojnego ruchu? Bo zamiatanie od głowy w dół jest uspokajające samo w sobie, niezależnie od aury. Nie mówię że to nie działa, tylko pytam czy wiemy dlaczego.
Bo zamiatanie od głowy w dół jest uspokajające samo w sobie, niezależnie od jakiejkolwiek energii. Więc skąd wiemy że to nie jest po prostu technika relaksacyjna z ładniejszą nazwą? Naprawdę pytam, nie atakuję, ale to mnie zatrzymuje za każdym razem.
Klarysa dotyka czegoś co mnie też długo zajmowało, i powiiem szczerze, że nie mam na to zamkniętej odpowiedzi. Ale mam obserwację. Kiedy robię zamiatanie na autopilocie, bez skupienia, bo piszę coś w głowie albo myślę o czym innym, efekt jest zupełnie inny niż gdy jestem obecna w tym ruchu. Jeśli to byłoby tylko rozluźnienie mięśni i uwagi, tempo i skupienie nie powinny robić takiej różnicy. Czy wy macie to samo, czy to tylko moje?
Rozalinda, u mnie dokładnie to samo. Robiłam raz zamiatanie po trudnej sesji i myślałam cały czas o zupełnie innej sprawie, prawie mechanicznie, i potem czułam się jakbym nic nie zrobiła. Kiedy następnym razem byłam w tym naprawdę, to samo trzy ruchy zrobiły wyraźną różnicę. Więc dla mnie to skupienie jest częścią tego mechanizmu, nie tylko efekt uboczny.
Ja miałam takie momenty ale nie wiem jak to opisać bez że brzmi dziwnie. Raz robiłam zamiatanie i poczułam bardzo wyraźnie zimny obszar gdzieś na wysokości łopatki, z przodu, jakby przez ciało, i to nie był dotyk, bo ręce były z przodu. Nie wiem co to było, ale skupienie uwagi by tego nie stworzyło chyba? Choć może to sugestia że coś powinnm czuć. Nie wiem.
Nieoczekiwane odczucia to jest właśnie to czego często szukam jako punktu orientacyjnego. Sugestia rzeczywiście pracuje z tym co już wiemy lub czego oczekujemy. Zimno, nagłe poczucie ciężaru, asymetria między stronami ciała, to są rzeczy które zdarzają się bez zapowiedzi i bez kontekstu. Nie twierdzę że to dowód na cokolwiek w sensie naukowym, ale dla praktyki to jest inny rodzaj informacji niż to co sobie zaplanujemy. Polaryska, zapytam wprost, kiedy to się stało, byłaś po jakiejś szczególnie trudnej sytuacji emocjonalnej czy to był taki zwykły dzień?
Rozalinda, to był dość ciężki czas, prawdę mówiąc. Kilka tygodni po dużej kłótni z kimś bliskim, i chodziłam z tym bez rozwiązania. Może to dlatego?
Szczerze? Tak. Ale nie wiem czy to dlatego że coś się zmieniło energetycznie czy dlatego że ta sesja była momentem w którym w ogóle zatrzymałam się na tej sprawie. Może samo zatrzymanie coś zrobiło. Ciężko powiedzieć.
To rozróżnienie które Polaryska próbuje robić, między zmianą energetyczną a zmianą przez zatrzymanie i uwagę, jest prawdopodobnie niemożliwe do rozstrzygnięcia od środka własnego doświadczenia. I może nie trzeba go rozstrzygać. Ale mnie bardziej interesuje teraz pytanie praktyczne, wracając do tego wątku, czy to zamiatanie i te gesty zamknięcia działają też kiedy człowiek jest w bardzo złym stanie emocjonalnie? Bo my rozmawiamy o tym głównie ze spokojnej perspektywy.
Mnie się to zdarza całkiem często i za każdym razem czuję się gorzej bo myślę że robię coś nie tak. Jakby cały rytał do niczego nie prowadził i zostaje mi poczucie że zmarnowałam czas i jeszcze się bardziej skupiłam na problemie. Chociaż może powinnam to traktować inaczej?
To co opisuje Czeremcha jest ważne i rozumiem to poczucie. Ale jest tu pewna pułapka myślenia. Oczyszczanie w bardzo naładowanym stanie emocjonalnym działa inaczej niż wtedy gdy jesteś względnie spokojna, ale to nie znaczy że nie działa wcale. Czasem praca wygląda tak że nic nie czujesz, nie ma przyjemnego ciepła ani spokoju, i to jest właśnie znak że system ma dużo do przetworzenia. Czy po takich sesjach, tych nieudanych w odczuciu, po jakimś czasie czujesz się jakoś inaczej? Nie od razu, ale po kilku godzinach?
Hmm, szczerze nie obserwowałam tego tak. Zazwyczaj po takiej sesji odpuszczałm i szłam robić coś zupełnie innego. Może powinnam bardziej śledzić co się dzieje później? Tyle że jak jest ciężko to cięzko mi w ogóle pamiętać żeby cokolwiek obserwować.
Czyli właściwie mówisz, że w bardzo trudnym stanie technika powinna się upraszczać do minimum, nie rozbudowywać. To ma sens praktycznie, ale zastanawiam się czy jeden gest albo jeden oddech to jeszcze oczyszczanie aury czy już po prostu technika oddechowa? Gdzie jest granica?
Mnie to pytanie Klarysy trochę niepokoi, bo też nie umiem na nie odpowiedzieć i trochę się z tym zmagałm od jakiegoś czasu. Ale z drugiej strony, czy musi być jedna wyraźna granica? Może te rzeczy po prostu się przenikają.
To pytanie wraca w różnych formach i myślę że nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo nie powinno być. Techniki relaksacyjne i praca energetyczna mogą wchodzić w ten sam obszar przez różne drzwi. Jedno nie wyklucza drugiego. Ale jest coś co sprawia że praktyka bioenergoterapii jest czymś więcej niż relaksacją, i to jest właśnie ta warstwa intencji skierowanej na pole, nie tylko na układ nerwowy. Czy to jest rozróżnienie które jest dla was odczuwalne w praktyce, czy raczej tylko na poziomie myślenia o tym?
Dla mnie jest odczuwalne, ale trudno mi to opisać. Kiedy robie oddech relaksacyjny to czuję że opada napięcie fizyczne. Kiedy robie to z intencją na aurę to mam wrażenie że coś się zmienia trochę obok ciała, nie tylko w środku. Ale nie wiem czy to nie jest po prostu inny kierunek uwagi, nie inne zjawisko.
Wracam do wątku afirmacji, bo trochę odpłynęłam od głównego tematu, ale to się łączy. Próbowałam ostatnio dodawać do zamiatania aury krótką afirmację, coś bardzo prostego, i efekt był inny niż samo zamiatanie. Jakby pełniejszy. Ale zastanawiam się teraz, czy afirmacja podczas zamiatania to osobna technika czy część tej samej praktyki?
To co mówi Paprotka o poczuciu sztuczności przy mówieniu na głos jest ciekawe. Ja mam dokładnie odwrotnie, wypowiadanie na głos sprawia że jest bardziej realne, że coś 'wychodzi' z ciała razem ze słowem. Ale rozumiem że to może być bardzo indywidualne.
