A ja mam wrażenie że afirmacja na głos w trudnym stanie emocjonalnym jest wręcz niemożliwa. Kiedy jest naprawdę ciężko to słowa brzmią pusto, jakbyś kłamała sama sobie. I to jest dla mnie podstawowa wada afirmacji jako techniki. Czy Rozalinda albo ktoś bardziej doświadczony ma na to jakąś odpowiedź?
Klarysa, to jest jeden z najczęstszych problemów z afirmacjami i bardzo dobrze że to nazwałaś. Afirmacja która brzmi jak kłamstwo w danym momencie, nie dotrze do pola. To nie jest kwestia słabości, tylko niedopasowania słowa do stanu. Właśnie dlatego w pracy energetycznej często zaczyna się nie od afirmacji a od zamiatania. Najpierw oczyszczasz to co blokuje przepływ, potem dopiero słowo ma szansę trafić. Czy próbowałaś kiedyś zamiatanie najpierw, afirmacje dopiero gdy poczujesz że jest trochę luźniej?
Nie, nie próbowałam świadomie takiej kolejności. Zazwyczaj robiłam jedno albo drugie. Ale to co mówisz sugeruje że sekwencja ma znaczenie, co z kolei znaczy że zamiatanie i afirmacja to dwa różne etapy tej samej pracy, nie dwa zamienne sposoby na to samo. Czy tak to rozumiesz?
Mnie ciekawi czy jeśli pominiesz zamiatanie i zaczniesz od razu od afirmacji w bardzo naładowanym stanie, to może to zaszkodzić? Albo utrwalić coś zamiast to puścić? Pytam bo miałm kilka razy sytuację że po samej afirmacji bez oczyszczania czułm sie jakby bardziej sklejoną z tym problemem, nie mniej.
To jest dla mnie odkrycie bo zawsze myślaałm że kolejność nie ma aż takiego znaczenia. Teraz zaczynam rozumieć dlaczego niektóre moje próby nie działały tak jak chciałam. Czy jest jakaś wskazówka jak poznać że pole jest 'gotowe' na afirmację? Bo nie mam pojęcia jak to wyczuć.
Czytam cały ten wątek od dłuższego czasu i właśnie ta kwestia sekwencji mnie zatrzymała. Nie wiedziałam że to może mieć aż takie znaczenie. Chciałam tylko zapytać czy to działa tak samo kiedy ktoś pracuje na sobie sam, bez drugiej osoby? Bo rozumiem że bioenergoterapia to też praca z innymi.
Dobre pytania obie naraz, Willowa i Ewunia. Praca na sobie jest jak najbardziej możliwa i wiele osób osiąga bardzo podobne efekty co przy pracy z drugą osobą, ale jest jedna zasadnicza różnica: kiedy pracujesz na sobie, trudniej utrzymać neutralność wobec tego co czyścisz. Jesteś jednocześnie źródłem i odbiorcą, więc twoje własne emocje mogą wchodzić w pole które próbujesz oczyszczać. To nie jest przeszkoda nie do pokonania, ale trzeba to uwzględnić. Szczególnie przy zamiataniu siebie dobrze jest zaczynać od oddechu który niejako 'cofa' cię trochę od siebie, daje minimalny dystans. Czy to odpowiada na twoje pytanie Ewunia, czy chciałaś zapytać o coś konkretniejszego?
Tak, to właśnie chciałam wiedzieć, o tę neutralność. Bo jak to powiedziałaś, jestem jednocześnie dwiema osobami w tym procesie i zawsze miałam wrażenie że coś mi nie wychodzi i teraz rozumiem może dlaczego. Ale jak ten oddech 'cofa' mnie od siebie? Czy to jest jakiś konkretny rodzaj oddechu czy bardziej intencja?
Mnie też ciekawi to co Ewunia pytała, bo sama pracuję głównie na sobie i ta neutralność to jest dla mnie chyba najturduniejsza rzecz w tej całej praktyce. Szczególnie jak mam do oczyszczenia coś co jest dla mnie aktualnie bolesne. Nie umiem się od siebie oderwać.
Ewunia, to jest oddech intencjonalny ale jego forma jest bardzo prosta. Wdech na który wyobrażasz sobie że zbierasz się do wewnątrz, a wydech na który jakby dajesz sobie zgodę na obserwowanie siebie z zewnątrz, jak ktoś życzliwy patrzący z boku. Nie chodzi o to żeby naprawdę wyjść z ciała, tylko żeby twoja uwaga miała trochę więcej przestrzeni. Polaryska, to co opisujesz z bólem jest kluczowe, bo właśnie w takich momentach zamiatanie bez tej chwili oddechu najprawdopodobniej nie dotrze wystarczająco głęboko.
Ale właśnie tutaj wraca moje pytanie o afirmacje, które zadałam wcześniej. Jeśli neutralność jest warunkiem skuteczności, to co z tym robimy kiedy jesteśmy w środku trudnego stanu i tej neutralności zwyczajnie nie możemy osiągnąć? Czy to znaczy że w takim momencie praca energetyczna jest po prostu nieskuteczna i lepiej jej nie zaczynać?
Klarysa, nie powiedziałabym że nieskuteczna, ale raczej że inaczej skuteczna. W bardzo naładowanym stanie zamiatanie może zadziałać jak pierwsza pomoc, coś co po prostu trochę odpuszcza ciśnienie, nawet jeśli nie przepracowuje głębiej. Nie każda sesja musi być pełną pracą energetyczną.
Ja to rozróżniam po tym czy po zabiegu coś zostało czy minęło całkowicie. Jeśli to samo wraca po kilku godzinach albo następnego dnia, to znaczy że dotarłam tylko do powierzchni. Ale Klarysa ma rację, że na początku w ogóle się tego nie zauważa, bo nie ma punktu odniesienia.
A czy to powracanie może być też znak że coś jest w polu naprawdę głęboko i trzeba dużo sesji żeby to w ogóle ruszyć? Bo zastanawiam się czy pięć razy powierzchowne oczyszczanie da w końcu ten sam efekt co jedno głębokie, czy to nie działa addytywnie.
Willowa dotknęła czegoś ważnego. Powierzchowne zamiatanie nie jest tym samym co kilka razy po trochę, bo za każdym razem pracujesz z tym co jest aktualnie na powierzchni pola. Jeśli problem jest głębiej, to zamiatanie go faktycznie nie dosięga, ale go też nie utrwala, po prostu go nie rusza. Natomiast afirmacja skierowana na coś przed oczyszczeniem to inny mechanizm, tam jest intencja i uwaga, które mogą densyfikować daną energię zanim zostanie zwolniona. To dlatego mówiłam o kolejności. Czeremcha, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie wprost: kilka sesji powierzchownych może pomóc z tym co jest na wierzchu, ale do głębszych warstw potrzebna jest inna jakość obecności, nie tylko więcej powtórzeń.
Dobra, ale jak ta 'inna jakość obecności' wygląda w praktyce? Pytam serio, bo to brzmi jak coś co się albo ma albo nie. Czy można się tego nauczyć, czy to przychodzi samo z doświadczeniem? Bo jak zaczynałam to nikt mi nie powiedział że jest jakaś różnica między głębokim a powierzchownym, robiłam jedno i to samo za każdym razem i nie wiedziałam że może coś nie dotrze.
