Ale to trochę problem, prawda? Bo jak ktoś szuka dla siebie czegoś odpowiedniego, to nie wie czego szukać. Mówisz że liczy się terapeuta, a nie metoda, ale po metodzie przynajmniej można coś sprawdzić z góry.
Ale ja wracam do pierwotnego pytania, bo trochę nam uciekło. Konkretnie chodzi mi o afirmacje przy trudnych emocjach. Mam wrażenie że to co opisuje Gizelka, czyli 'zauważam że czuję lęk', jest bliższe obserwacji niż klasycznej afirmacji. Czy bioenergoterapia w ogóle korzysta z czegoś takiego na sesji?
To jest dobre pytanie do Helenki raczej niż do mnie, ale powiem co wiem z boku. W podejściach holistycznych, które łączą pracę z energią i słowem, afirmacja jako obserwacja pojawia się dość często. Nie mówisz czego chcesz, mówisz co widzisz. To naprawdę inna funkcja języka.
Właśnie, i ja tego nie znalazłam w żadnym konkretnym podręczniku bioenergoterapii. To było raczej z pogranicza mindfulness i czegoś co ktoś kiedyś mi pokazał na warsztacie. Więc nie wiem czy to jest 'oficjalnie' część jakiejś metody czy po prostu dobre ćwiczenie.
No ale jak wszystko jest wszędzie i wszystko działa tak samo, to po co płacić za konkretną metodę z certyfikatem? Szczerze, trochę mi się miesza czy tu rozmawiamy o rzeczach które naprawdę się różnią czy nie.
To ma sens. Pytanie tylko jak ktoś ma wiedzieć która droga jest dla niego lepsza zanim spróbuje? Bo próbowanie po kolei może być kosztowne.
Często mówię swoim klientom żeby zwrócili uwagę na to co bardziej im odpowiada w codziennym życiu. Czy łatwiej im się skupić kiedy coś trzymają w rękach, czy kiedy siedzą cicho, czy kiedy mówią na głos. To nie jest metoda naukowa, ale daje jakiś punkt wyjścia.
Wracając do afirmacji, bo to chyba sedno pytania Mimozy. Znalazłam kiedyś w tekstach o IFS, to jest Internal Family Systems, ciekawe podejście do tego. Tam nie mówisz do emocji 'odejdź' ani 'jesteś dobra'. Mówisz do niej 'widzę cię, czego chcesz mi powiedzieć'. To jest właśnie to niepomijanie, o którym mówiła Irga wcześniej, przepraszam, o którym sama mówiłam.
To jest naprawdę dobre pytanie i mnie też ciekawi odpowiedź. Mam wrażenie że pewne tradycje twierdzą że tak, bo ciało przetrzymuje emocję w polu energetycznym niezależnie od tego czy ją nazwiemy. Ale czy tak jest naprawdę, tego nie potrafię potwierdzić z własnego doświadczenia.
Ja raz byłam na sesji gdzie nic nie mówiłam i terapeuta też prawie nic nie mówił. I coś się działo, ale do dziś nie wiem co to było i czy to miało jakiś efekt długofalowy. Chyba potrzebowałabym z kimś pogadać żeby to nazwać.
To co mówi Irga o van der Kolk jest ciekawe, ale mam pytanie praktyczne. Jak to się ma do bioenergoterapii konkretnie? Bo jeśli ciało może zwolnić napięcie bez nazywania, to czy sesja z nakładaniem rąk robi to samo co somatic experiencing, tylko inną drogą? Czy to są jednak fundamentalnie różne rzeczy?
nie powiedziałabym że to samo, ale być może podobny mechanizm. Nakładanie rąk wpływa na układ nerwowy przez skórę i ciepło, somatic experiencing robi to przez uwagę skierowaną na doznania. W obu przypadkach ciało jest centrum. Różnica jest w tym kto prowadzi ten proces i jak.
Ale Irga, czy to znaczy że jeśli czegoś nie można zmierzyć to nie działa? Bo ja miałam na sesji doświadczenia bardzo fizyczne, drżenie, ciepło, coś jakby fala przez ciało. Czy te doznania są mniej prawdziwe bo nie ma na nie pomiaru?
Myślę że wchodzimy w coraz głębszy teren i to dobrze, ale wróćmy na chwilę do afirmacji bo Mimoza o to pytała na początku. Czy ktoś może wprost powiedzieć: stosowałam afirmacje podczas pracy z trudną emocją i nie tłumiłam jej, tylko naprawdę przetworzyłam? Co to konkretnie wyglądało?
Mogę spróbować odpowiedzieć na to. Kiedy pracowałam z runą Hagalaz przy silnym lęku, towarzyszyłam sobie słowami nie w stylu 'lęk odchodzi' tylko 'jestem z tym lękiem teraz'. I ten lęk nie zniknął od razu, ale przestał mnie gonić. Nie wiem czy to afirmacja, obserwacja czy coś między.
Mam podobnie z kamieniami. Trzymam czarny turmalin kiedy coś mnie przytłacza i to nie jest logiczne, ale jakoś pomaga. Może chodzi o to co Serafinka mówi, że masz coś poza głową na czym możesz osadzić uwagę.
Właśnie, i do tego wracam. Jeśli kotwica może być runią, kamieniem albo słowem, to czy afirmacja jako obserwacja, to 'zauważam że czuję lęk', może działać jako kotwica dla kogoś kto nie ma przy sobie żadnego przedmiotu ani terapeuty? Czy to w ogóle wystarczy?
Myślę że może wystarczyć, ale z zastrzeżeniem. Dla kogoś z dużym napięciem w ciele sama fraza może być zbyt lekka, żeby zatrzymać reakcję. Ciało jest wtedy szybsze niż słowa. W takim przypadku dotyk, przedmiot, oddech, cokolwiek fizycznego, może być potrzebne jako pierwsze.
I tu mi się pojawia pytanie do całej dyskusji. Czy my rozmawiamy o bioenergoterapii jako metodzie z konkretną strukturą, czy o pracy z emocją i energią w ogóle, gdzie bioenergoterapia jest jedną z opcji? Bo te dwa tematy trochę nam się mieszają przez ostatnie kilkanaście postów.
Dla mnie obie są połączone, bo pytałam o afirmacje właśnie w kontekście pracy energetycznej. Ale może to jest właśnie odpowiedź na moje pytanie, że nie ma jednej metody i granice między nimi są płynne. Tylko że to trochę mnie nie satysfakcjonuje, bo nadal nie wiem od czego zacząć.
Mimoza, rozumiem że cię to nie satysfakcjonuje, bo szukasz czegoś konkretnego. Ale może warto zadać inne pytanie: czy chcesz wiedzieć co działa na poziomie mechanizmu, czy co działa na ciebie? Bo to są dwa różne pytania i każde prowadzi gdzie indziej.
Wracając do tego co Mimoza pytała o afirmacje, bo mi się wydaje że jeszcze tego nie zamknęłyśmy. Jeśli afirmacja jako obserwacja działa jak kotwica, to ona musi być wypowiedziana w odpowiednim momencie, tak? Nie przed emocją, nie po, ale dokładnie kiedy ona jest. Czy ktoś w ogóle próbował to świadomie robić?
Próbowałam i nie jest łatwo. Kiedy emocja jest duża, to ta myśl 'zauważam że czuję lęk' brzmi jakby ktoś obcy to mówił. Jakby za dużo w tym dystansu jak na coś co jest bardzo bliskie. Dopiero po chwili ta fraza zaczynam coś robić.
Ale jak masz wyjść z emocji żeby powiedzieć sobie że ją czujesz, to po co w ogóle ta fraza? Jakbyś już wyszła, to możesz ją po prostu puścić. Nie rozumiem tego kroku.
To mi coś wyjaśnia. Bo bałam się że afirmacja jako obserwacja to jest tylko inny sposób na unikanie. Ale jeśli warunkiem jest że emocja nadal jest obecna, tylko inaczej się do niej stoisz, to brzmi inaczej. Czy to jest właśnie to czego szukałam? Czy da się tak pracować bez terapeuty?
Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi i powiem dlaczego. Dla części osób tak, szczególnie jeśli mają już jakieś doświadczenie z ciałem i potrafią zauważyć kiedy są w spirali. Ale jeśli emocja jest bardzo stara albo bardzo intensywna, to samodzielne obserwowanie jej może być za mało, bo nie masz z zewnątrz czegoś co stabilizuje. I tu właśnie pojawia się pytanie czy terapeuta, kamień, runa, czy cokolwiek innego, daje tę stabilizację.
I tu jest chyba sedno różnic, które nas interesowały. Nie tylko technika, ale filozofia tego kto prowadzi i kto odpowiada za przepływ. Czy to jest dobry sposób żeby te różnice opisywać?
