Mam takie pytanie, bo ostatnio dużo o tym myślę. Chodzi mi o to, czy bioenergoterapia może realnie wspomóc leczenie, które prowadzi lekarz. Nie chodzi mi o zastąpienie medycyny, to jasne, ale o takie równoległe działanie. Sama zmagam się z przewlekłym bólem kręgosłupa i lekarz przepisał mi rehabilitację, ale znajoma zaproponowała, żebym spróbowała też sesji z bioenergoterapeuta. Zastanawiam się, czy to ma sens, czy to tylko pieniądze wyrzucone w błoto. Czy ktoś miał takie doświadczenie?
Ja też się nad tym zastanawiałam, ale od strony bardziej teoretycznej. Podobno chodzi o to, że bioenergoterapia działa na poziomie energetycznym, a medycyna na poziomie fizycznym, więc jedno drugiemu nie przeszkadza. Ale czy to naprawdę tak działa? Skąd wiadomo, że te poziomy się nie wykluczają?
Byłem u bioenergoterapeuta raz i szczerze mówiąc, oczekiwałem szybszych efektów. Siedziałem tam z pół godziny, terapeuta trzymał ręce nad moimi plecami i co? Nic specjalnego nie poczułem. Wróciłem do domu i wszystko było tak samo. Jak to ma pomagać, jeśli nie widać żadnego efektu od razu?
Jestem tutaj raczej z ciekawości, bo sam nie wierzę za bardzo w takie rzeczy, ale mam pytanie do Stasi: skąd wiesz, że to bioenergoterapia pomogła, a nie sama rehabilitacja? Może po prostu czas zrobił swoje albo leczenie u lekarza zaczęło działać właśnie wtedy?
To jest kluczowy problem w tej dyskusji. Nie ma dobrego sposobu, żeby oddzielić efekt bioenergoterapii od efektu placebo, naturalnego przebiegu choroby czy konwencjonalnego leczenia. Badania nad reiki i podobnymi metodami pokazują wyniki bardzo mieszane. Część pacjentów czuje ulgę, ale kiedy porówna się grupy kontrolne, różnica często znika. To nie znaczy, że bioenergoterapia szkodzi, ale 'czuję się lepiej po sesjach' to za mało, żeby wyciągać wnioski o wspomaganiu leczenia.
Zapisuję sobie tę dyskusję, bo właśnie takie rzeczy mnie interesują. Mam jedno pytanie do Marzenki: skoro mówisz, że badania są mieszane, to czy są jakieś konkretne obszary, gdzie bioenergoterapia wypadała lepiej? Bo może nie chodzi o wszystko, tylko o konkretne przypadki, jak ból, stres, regeneracja?
To ja wracam do swojego przypadku, bo trochę mi się rozmowa odsunęła od tego, o co pytałam. Boli mnie kręgosłup i lekarz prowadzi leczenie. Czy to znaczy, że sesje bioenergoterapii mogą mi pomóc chociażby w bólu i stresie związanym z tym bólem, nawet jeśli nie wyleczą przyczyny?
Oksanko, właśnie tak to rozumiem z tego, co napisała Marzenka. Nikt tu nie mówi, że bioenergoterapia wyleczy dysk czy kręgi, ale jeśli zmniejszy napięcie mięśniowe albo po prostu sprawia, że czujesz się spokojniejsza i mniej spiętą, to może rehabilitacja idzie wtedy łatwiej. Sama miałam podobne doświadczenie z bólem głowy.
Muszę przyznać, że podchodzę do tego sceptycznie. Ale słuchając tej dyskusji zaczynam się zastanawiać, czy nie mylę dwóch rzeczy. Jedno to: 'czy bioenergoterapia leczy?', a drugie: 'czy może wspomagać leczenie przez wpływ na samopoczucie i nastawienie?'. To chyba dwa różne pytania, tak?
Poczekajcie, ja się trochę gubię. Reiki to to samo co bioenergoterapia? Bo myślałam, że to dwie różne rzeczy. I co to znaczy 'praca z energią życiową' w praktyce? Terapeuta po prostu trzyma ręce i co się wtedy dzieje?
Dziękuję za to wyjaśnienie, Almandynko, bo ja też miałam dokładnie takie same wątpliwości co Wala. Właściwie to mnie interesuje teraz pytanie Oksanki z innej strony: czy jest jakiś sposób, żeby wybrać dobrego bioenergoterapeuta? Bo pewnie różnica między kimś kompetentnym a szarlatanem jest ogromna i to może decydować o tym, czy w ogóle coś poczujemy.
To jest bardzo dobre pytanie, Pelagiuszo. Sama się nad tym zastanawiałam kiedy szukałam kogoś dla siebie. Nie ma żadnego regulowanego zawodu w Polsce, więc każdy może się nazywać bioenergoterapeuta. Na co patrzeć? Czy ktoś ma jakieś kryteria, które stosuje?
Mam w notatniku kilka rzeczy, na które zwracam uwagę przy wyborze każdego specjalisty od metod niekonwencjonalnych. Przede wszystkim: czy otwarcie mówi o ograniczeniach swojej metody, czy obiecuje cuda, czy namawia do odstawienia leków, czy podaje jakieś konkretne ukończone szkolenia. Ale nie wiem, czy to wystarczy w bioenergoterapii, bo sama nie jestem ekspertem w tej dziedzinie.
Mam w notatniku kilka rzeczy, na które zwracam uwagę przy wyborze każdego specjalisty od metod niekonwencjonalnych. Przede wszystkim: czy otwarcie mówi o ograniczeniach swojej metody, czy obiecuje cuda, czy namawia do odstawienia leków, czy podaje jakieś konkretne referencje albo certyfikaty, nawet jeśli nie są regulowane ustawowo. I szczerze mówiąc, najważniejszy jest pierwszy kontakt telefoniczny. Jak ktoś od razu zapewnia, że mnie wyleczy z czegoś po jednej sesji, kończę rozmowę.
Ja bym jeszcze dodała jedno kryterium, które dla mnie było ważne: czy terapeuta pyta o inne leczenie, które prowadzisz. Jak ktoś na pierwszej sesji w ogóle nie spytał mnie o leki ani o to, co mówi mój lekarz, to dla mnie był sygnał, że traktuje siebie jako jedynego prowadzącego, nie jako kogoś, kto wspiera.
No dobra, ale my tu od jakiegoś czasu rozmawiamy o tym, jak wybrać terapeutę, a ja wróciłbym do sedna. Oksanka pytała, czy to może wspomagać leczenie kręgosłupa. Czy ktoś miał konkretnie taki przypadek? Bo ja szukałem dla siebie przy bólu pleców i szczerze mówiąc po jednej sesji nic nie poczułem, ale może za mało czekałem.
Właśnie ten fragment odpowiedzi Stasi mnie najbardziej zastanawia. Jeśli ona robiła jedno i drugie równocześnie, to jak w ogóle można stwierdzić, że bioenergoterapia cokolwiek dodała? Nie pytam złośliwie, naprawdę nie wiem, jak to ocenić. Czy jest jakiś sposób, żeby to poczuć?
Oksanko, to jest właśnie pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Możesz spróbować robić tylko rehabilitację przez jakiś czas, potem dodać sesje i porównać. Ale i tak nigdy nie będziesz wiedzieć na pewno, bo twój organizm się zmienia, stres jest inny każdego tygodnia, pogoda działa na kręgosłup. Jedyne, czego możesz być pewna, to jak się czujesz subiektywnie.
To co Oksanka opisuje z tym napięciem mięśniowym i stresem to właśnie chyba obszar, gdzie te metody mają przynajmniej jakiś sens. Almandynka pisała wcześniej o zastosowaniach w onkologii za granicą, właśnie jako wsparcie przy stresie. Czy coś podobnego jest stosowane przy chorobach układu ruchu?
A propos tego porównania z medytacją: mam wrażenie, że często ludzie nie rozróżniają między efektem samej sesji jako pewnego rytuału relaksacyjnego a ewentualnym efektem energetycznym, który jest trudniejszy do udowodnienia. Nawet samo leżenie w ciszy przez godzinę może pomóc na ból z napięcia. Czy ktoś próbował porównać to u siebie?
Dobra, ale ja praktycznie podchodzę do tematu. Oksanka, skoro twój lekarz sam mówi o stresie i napięciu jako części problemu, to czy rozmawiałaś z nim o uzupełnieniu o coś takiego? Bo może on sam by zasugerował coś w tym kierunku, może fizjoterapię relaksacyjną albo właśnie coś podobnego.
Wróćmy do tego, o czym Oksanka mówiła na końcu, czyli do rozmowy z lekarzem. Mam wrażenie, że to jest właśnie ten moment, gdzie cała ta dyskusja nabiera sensu. Bo jeśli lekarz sam mówi o stresie jako części problemu, to de facto otwiera drzwi do rozmawiania o tym, co ten stres redukuje. I tu pytanie, czy bioenergoterapia w ogóle kwalifikuje się do tej rozmowy, czy lekarz po prostu wzruszy ramionami?
Moja lekarka powiedziała dokładnie coś takiego. Nie pytała co to jest, nie krytykowała, po prostu zaznaczyła, że żadna sesja nie zastąpi fizjoterapii i że jak mi to pomaga się odprężyć, to w porządku. Byłam trochę zaskoczona, bo się bałam reakcji.
To ciekawe, że sposób nazwania tej metody ma znaczenie dla lekarza. Trochę smutne, ale rozumiem. Zastanawiam się jednak, czy to nie jest właśnie ten problem, o którym Benedyk mówił wcześniej: że jeśli nazywamy to 'relaksacją z asystą', to jest OK, ale jak powiemy 'bioenergoterapia', to ktoś się krzywi. Czy to zmienia cokolwiek w tym, co się dzieje na sesji?
Czyli dochodzimy do tego, że do lekarza idziemy z jedną wersją, a tu na forum możemy powiedzieć 'to', że to jest bioenergoterapia? Trochę to śmieszne, że ta sama metoda wymaga różnych opowieści w różnych miejscach. Ale to prawda, że mnie też to nie śmieszy, jak mi ktoś patrzy z góry.
Marzenka, to jest bardzo trzeźwe spojrzenie i muszę przyznać, że trochę mnie to zatrzymuje. Jak pójdę zapytać lekarza, to powiem wprost, że myślę o próbowaniu bioenergoterapii jako uzupełnienia, a nie alternatywy. Przynajmniej będzie wiedział i ewentualnie zwróci uwagę, co się zmienia.
To jest naprawdę sensowne podejście i chyba jedyne uczciwe wobec siebie. Oksanko, a czy twój lekarz w ogóle rozmawiał z tobą o technikach relaksacyjnych? Bo w przypadku bólu z komponentą napięciową często zalecają coś konkretnego, np. trening autogenny, oddechowy, różne rzeczy. Może to byłby punkt wyjścia do porównania?
