Czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i mam jedno pytanie. Mówimy dużo o stabilizacji z zewnątrz, terapeucie, przedmiocie, runie. Ale czy ktoś próbował pracować z runą nie jako obiektem do trzymania, ale jako czymś co się wywołuje wewnętrznie, wizualizuje, oddycha? Bo wtedy ta stabilizacja mogłaby być bardziej własna.
Ja bym powiedziała że to samo mam z kamieniami. Jak mam go w rękach, to jest coś konkretnego. Jak tylko wyobrażam sobie że go trzymam, to gdzieś znika. Może jestem po prostu za mało wyćwiczona w wizualizacji.
Więc może moja odpowiedź na własne pytanie jest taka: afirmacja jako obserwacja może wystarczyć jako wejście, ale to czy wystarczy do przetworzenia emocji zależy od jej intensywności, od tego czy masz ciało już jakoś wyćwiczone, i pewnie od tego czego konkretnie szukasz. Nie brzmi to jak mocna konkluzja, ale może uczciwa.
To jest uczciwa konkluzja i nie jestem pewna czy można powiedzieć coś pewniejszego. Bioenergoterapia różnych typów, afirmacje, runy, kamienie, wszystko to może być pomocne i żadna z tych rzeczy nie działa zawsze i dla każdego. Pytanie które dla mnie zostaje to to, w jaki sposób człowiek rozpoznaje co jest mu w danym momencie potrzebne. I tego chyba nie da się przeskoczyć żadną metodą.
To pytanie Helenki o to co zostaje jest dla mnie ważniejsze niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Bo jeśli żadna metoda nie działa zawsze i dla każdego, to co to mówi o samej bioenergoterapii jako dziedzinie? Czy to jest słabość systemu, czy może właśnie cecha, która odróżnia tę pracę od medycyny konwencjonalnej gdzie lek albo działa albo nie?
Ale czy to jest specyficzne dla bioenergoterapii? Bo mi się wydaje że podobnie mówi się o psychoterapii, że klient musi być gotowy na zmianę, inaczej terapia nie zadziała. I nikt chyba nie mówi że to jest słabość psychoterapii jako takiej.
I to jest właśnie mój problem z tą całą dyskusją. Mnóstwo filozofii, zero konkretów. Jeśli ktoś idzie do bioenergoterapeuty z bólem głowy czy z lękiem, jak ma wiedzieć czy to zadziała czy nie zadziała zanim wyda pieniądze?
Chcę wrócić do czegoś co mnie interesuje konkretnie, bo mam wrażenie że trochę od tego odeszłyśmy. Rozmawiałyśmy o afirmacji jako obserwacji, o tym że emocja musi być obecna żeby praca miała sens. Ale nie padło jasno czy różne rodzaje bioenergoterapii mają różne podejście do momentu kiedy tę pracę w ogóle zaczynamy. Czy jest różnica między tym co robi terapeuta reiki a tym co robi ktoś pracujący z praną właśnie w tej kwestii wejścia w emocję?
To jest dobre pytanie i odpowiedź brzmi tak, jest różnica. W reiki moment wejścia jest zazwyczaj inicjowany przez energię, nie przez klienta świadomie. Klient kładzie się, terapeuta pracuje, a to co się pojawia pojawia się samo. W podejściach opartych na pracy z praną lub ki klient jest często proszony o świadome przywoływanie tego co trudne, skupienie się na odczuciu, w jakimś sensie zaproszenie emocji do przestrzeni pracy. To jest fundamentalna różnica w tym kto i jak inicjuje kontakt z emocją.
To co Arnold opisuje przypomina mi coś o czym czytałem przy runach. Są szkoły które mówią że runa działa niezależnie od twojego stanu, jakby z zewnątrz, i szkoły które mówią że runa jest katalizatorem tego co już w tobie jest. I to chyba jest dokładnie ta sama oś różnic co w bioenergoterapii, energia z zewnątrz contra wydobywanie tego co wewnątrz.
Właśnie, i mam pytanie z tym związane. Jeśli zmiana jest wnoszona z zewnątrz, to co się dzieje jak przestajesz chodzić na sesje? Znika? Czy zostaje? Bo to by zmieniało sens całej tej pracy.
A co z afirmacjami w tym kontekście? Bo afirmacja jest czymś co robisz samodzielnie, nie potrzebujesz terapeuty. Czy to nie czyni jej bliższą temu drugiemu modelowi, że pracujesz z tym co masz w sobie, a nie czekasz na coś z zewnątrz?
To by oznaczało że afirmacja jako obserwacja którą tu omawiałyśmy jest bliżej pracy z praną niż reiki, rozumiem to tak? Ale z drugiej strony, jeśli afirmacja ma kotwiczyć a nie wypierać, to może ona jest osobną kategorią, nie wpisującą się w tę oś zewnętrzne contra wewnętrzne?
Myślę że afirmacja jest na tyle elastyczna że może działać w obu modelach zależnie od tego jak jej używasz. Jako zaklęcie, coś co wypowiadasz i czekasz że zadziała, to jest model zewnętrzny. Jako obserwacja, coś co opisuje stan i przez to go zmienia, to jest model wewnętrzny. Ta sama fraza, dwa różne założenia o tym skąd pochodzi zmiana.
Czytam od dłuższego czasu i mam jedno pytanie do Ballen i Helenki. Jeśli to samo działanie może znaczyć coś innego zależnie od założenia, to jak klient ma wiedzieć w jakim modelu pracuje terapeuta? Czy to jest coś co się pyta wprost czy to wynika z samej sesji?
