Chciałam poruszyć temat, który od jakiegoś czasu mnie nurtuje i nie mogę znaleźć sensownej odpowiedzi. Chodzi o to, kiedy jako bioenergoterapeuta (albo osoba praktykująca w domu na bliskich) powinna wstrzymać sesje jeśli ktoś przeżywa kryzys psychiczny. Pytam bo ostatnio byłam przy kimś bliskim, kto miał naprawdę ciężki okres - płacze, lęki, wycofanie - i chciałam mu pomóc przez pracę z energią. Ale coś mnie powstrzymało. Jakiś wewnętrzny sygnał, że może to nie jest dobry moment. Czy wy też tak mieliście? I czy to intuicja, czy może są jakieś rzeczywiste sygnały że należy odpuścić albo zaczekać?
To bardzo ważne pytanie i cieszę się, że ktoś w końcu o tym mówi wprost. Z mojego doświadczenia: jeśli ktoś jest w ostrym kryzysie - mam na myśli głęboka depresja, myśli samobójcze, silna dysocjacja - to praca energetyczna może zrobić więcej złego niż dobrego. Pole jest wtedy bardzo niestabilne, a dodatkowa stymulacja może zamiast uspokajać, wzbudzić jeszcze więcej chaosu. Nie mówię, że zawsze tak jest, ale ryzyko jest realne. Czy u osoby, którą opisujesz, był kontakt z psychiatrą lub psychologiem?
o matko, nie wiedziałam ze to moze być niebezpieczne 😮 zawsze myslałam ze energia to samo dobro i że im więcej tym lepiej. Czy możecie wyjasnić co to znaczy „pole jest niestabilne”? jakos nie rozumiem czy chodzi o aurę czy co innego
Aurę można traktować jako jedno z „okien”, przez które patrzymy na stan pola. W kryzysie psychicznym ta warstwa bywa mocno podziurawiona, chaotyczna, z dużymi ubytkami szczególnie przy czakrach sercowej i solarnej. Problem polega na tym, że jeśli próbujesz wtłoczyć energię w pole, które nie ma struktury żeby ją utrzymać - ona nie zostaje, tylko „wycieka” albo co gorsza, pobudza obszary, które w tej chwili powinny odpoczywać. Słyszałam od kilku doświadczonych terapeutek, że po sesji z osobą w ostrym kryzysie stan tej osoby pogarszał się na kilka godzin. Dlatego moje pytanie do Martynki - co dokładnie czułaś, że cię powstrzymało? Jak ten sygnał wyglądał?
no dobra ale skąd wiadomo ze to był właśnie kryzys psychiczny a nie np. zablokowana czakra serca, która akurat wymaga pracy? Bo te objawy mogą być identyczne. Gorąco, opór, gęstość - to klasyczne oznaki przeciążenia danego centrum. Moim zdaniem wstrzymanie sesji było błędem, bo właśnie wtedy trzeba delikatnie popracować z tym obszarem, żeby pomóc energii się ruszyć.
no może masz rację ale skąd wiadomo że to sztorm a nie chwilowy wiatr? Ktoś ma gorszy dzień, płacze - i co, nie robimy sesji? Trochę przesada.
Chodzi mi po głowie pytanie do tych bardziej doświadczonych - czy jest jakaś metoda żeby sprawdzić ten „stan pola” zanim zaczniemy sesję? Chodzi mi o jakiś konkretny sposób diagnozy, nie tylko intuicję.
Tak, jest kilka sposobów. Jednym jest skanowanie oburącz na odległość około 10-15 cm od ciała, powoli od głowy w dół. Szukasz nieregularności - nagłe zmiany temperatury, mrowienie, uczucie „pustki” albo wręcz „odpychania”. Ale uczciwie powiem - żeby to dobrze interpretować, potrzeba naprawdę dużo praktyki. Osobom, które dopiero zaczynają, nie polecam samodzielnej oceny stanu kogoś w kryzysie. Za duże ryzyko pomyłki.
Podglądam tę rozmowę od początku i właśnie sobie uświadomiłam, że chyba robiłam błąd. Kilka miesięcy temu pracowałam z kamieniami przy osobie która była w bardzo złym stanie emocjonalnym. Położyłam ametyst na czole i różaniec kwarcowy na sercu, a potem ta osoba dostała czegoś w rodzaju ataku paniki i trochę ją to przestraszyło. Nie wiązałam tego z sesją ale teraz zaczynam się zastanawiać…
Hm, ametyst potrafi być dość intensywny energetycznie, szczególnie przy czakrze korony czy trzeciego oka. Nie wiem czy to akurat był powód tego ataku paniki, bo ataki paniki mają różne przyczyny i nie zawsze związane z tym co się akurat działo zewnętrznie. Ale rozumiem że teraz o tym myślisz inaczej.
Ja mam za to inne pytanie - bo może głupie, ale - co jeśli to MY, czyli ta osoba która prowadzi sesję, jesteśmy w złym stanie? Nie klient, ale terapeuta. Czy to też powinno być powodem do wstrzymania? Bo ostatnio byłam bardzo zmęczona i zrobiłam sesję i potem miałam wrazenie ze sama się gorzej czułam. Może pobierałam energie zamiast dawać?
Szczerze to nie jestem przekonana do tej całej bioenergoterapii jako takiej, ale zainteresowało mnie to co mówi Iwonka. To trochę jak z lekarzem który jest pijany - niby ma wiedzę ale nie powinien operować. Logiczne. Ale mam pytanie - skoro nie macie żadnego „miernika” poza własnym odczuciem, to jak odróżnić sytuację, kiedy naprawdę nie powinniście robić sesji od zwykłego lenistwa albo wymówki?
To jest właśnie problem z całą tą dziedziną - brak obiektywnych kryteriów. Każdy mówi „czuję że nie powinienem” albo „pole jest niestabilne”, ale to są subiektywne oceny które mogą być błędne w obie strony. Raz ktoś odpusci sesję bo się boi, innym razem zrobi ją bo jest zbyt pewny siebie. I skąd wiemy, co poszło nie tak, jeśli coś pójdzie nie tak?
Mieczowa , rozumiem ten sceptycyzm i w pewnym sensie nawet go podzielam. Ale te same zarzuty można by postawić psychologowi, który ocenia stan pacjenta na podstawie rozmowy. Też nie ma „miernika”, opiera się na obserwacji i doświadczeniu. Różnica jest taka, że psycholog ma za sobą formalne wykształcenie i superwizję. Bioenergoterapeuta często działa sam i bez systemu kontroli. I to jest moim zdaniem rzeczywisty problem
Jeszcze słowo co do początku - to co opisała Martynka z tym oporem i gorącem przy dłoniach, to chyba właśnie ten rodzaj sygnału, ktory powinniśmy traktować poważnie, prawda? Tzn. cialo osoby prowadzącej sesje samo sygnalizuje „stop”. Mnie ciekawi czy ten sygnał jest zawsze taki oczywisty czy czasem jest bardziej subtelny i łatwo go przeoczyć?
I tu właśnie to mnie zastanawia - czy ten sygnal z dłoni to jest zawsze wiarygodny? Bo co jeśli terapeuta ma zły dzień i jego własne odczucia są zaburzone? Wtedy może blednie odczytac pole osoby z kryzysu albo odwrotnie - nie wyczuc nic, kiedy powinien. To trochę błędne koło wychodzi
Joasieńka pyta dobre pytanie, ale myślę że odpowiedź jest prosta choć nie przyjemna: tak, sygnał może być zawodny. i właśnie dlatego nie można polegać TYLKO na czuciu z dłoni. To jeden z elementów, nie cały obraz. Poza tym - jeśli terapeuta jest w złym stanie, to już na samym wejściu powinien wiedzieć żeby nie siadać do sesji. To nie jest wyższa matematyka, to podstawy.
no ale Awenturynka - wlaśnie o to chodzi, że „powinien wiedzieć” to teoria. W praktyce człowiek nie zawsze zdaje sobie sprawę że jest w złym stanie. Wchodzi w tryb autopilota, myśli że da radę. I tu leży problem, nie w samej metodzie tylko w tym że brakuje zewnętrznego weryfikatora. U psychologa jest superwizja, tu każdy jest sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem
nie wiedziałam że coś takiego wogóle istnieje w tym środowisku. myślałam że każdy po prostu pracuje sam. to by wiele zmieniło szczerze mówiąc, bo jak teraz czytam o tym co mi się przytrafiło z ametystem - gdyby ktoś starszy doświadczeniem siedział obok, może by mnie zatrzymał wcześniej
mam pytanie może trochę z boku - a jak rozróżnić sytuację w której klient jest w kryzysie psychicznym od takiej, gdzie po prostu przeżywa silne emocje ale jest stabilny? Bo z zewnątrz ktoś kto bardzo płacze na sesji może wyglądać niepokojąco, ale to niekoniecznie oznacza kryzys, prawda?
Henryka, to jest chyba najtrudniejsze pytanie w całym tym temacie. Ja stosuje taką zasadę - patrzę czy ta osoba jest „w środku” tych emocji czy raczej „z boku”. Jak płacze ale zachowuje kontakt ze mną, reaguje na głos, po chwili się uspokaja - to traktuję jako naturalne oczyszczanie. Jak widzę że jest gdzieś indziej, jakby wpadła w trans który nie jest spokojny, albo zaczyna mówić chaotycznie i nie reaguje - wtedy się zatrzymuję
o matko, nie pomyślałam o tym rozróżnieniu wcześniej. u mnie ta koleżanka płakała ale gadała ze mną normalnie, więc chyba był to ten dobry rodzaj? choć teraz nie jestem pewna. jak można mieć pewność po fakcie że dobrze oceniłam sytuację
hej, wchodzę do rozmowy bo mam pytanie jako osoba z zewnątrz tej dziedziny trochę. jak wy wogóle odróżniacie „lepiej po sesji” od normalnej zmienności nastroju? Tzn. człowiek i bez sesji może mieć lepszy dzień po gorszym, to nie jest dowód że sesja pomogła ani zaszkodziła. jak to mierzycie
no i Grazynka trafia w sedno. to jest problem metodologiczny z całą tą dziedziną - brak grupy kontrolnej, brak powtarzalnych miar, każdy sobie mierzy na swój sposób. nie mówię że to nie działa, mówię że nie można twierdzić z przekonaniem że działa właśnie dlatego. każda poprawa może być placebo albo normalną dynamiką stanu emocjonalnego
ok, ten argument przyjmuję. ostrożność zawsze ma sens. ale nadal uważam że problem leży w tym że ktoś kto nie ma żadnej zewnętrznej weryfikacji może myśleć że pomaga, a w rzeczywistości tylko nie przeszkadza albo co gorsza utwierdza kogoś w kryzysie że „sesja wystarczy” zamiast szukać profesjonalnej pomocy
Mieczowa, to jest chyba najważniejszy punkt w całej dyskusji i dobrze że to mówisz wprost. Bioenergoterapia NIGDY nie powinna być alternatywą dla psychiatry czy psychologa przy ostrym kryzysie. Powinna być co najwyżej uzupełnieniem, i to po konsultacji. Jeśli ktoś pracuje z osobą w kryzysie i myśli że sesja energetyczna wystarczy - to jest poważny błąd.
ale jak to powiedzieć osobie którą chcemy pomóc? bo moja koleżanka jak jej zaproponowałam żeby poszła do psychologa to się obraziła i powiedziała że nie jest wariatką. jak to ugryźć żeby nie urazić a jednocześnie nie zostawić jej tylko z tymi sesjami energetycznymi
