I to jest powód dla którego praca samodzielna ma swoje granice niezależnie od dziedziny. Nie dlatego że samodzielna nauka jest gorsza, ale dlatego że bez lustra nie zobaczysz własnej twarzy. Pytanie czy da się znaleźć to lustro poza kursem, bo może wystarczy nawet jedna osoba z którą regularnie ćwiczysz.
Ale to co mówi Irisa o stagnacji mnie nie przekonuje do końca. Bo skąd wiadomo że 'siedzenie w tym samym miejscu' to stagnacja, a nie po prostu pogłębianie czegoś co już jest? W jodze mówi się że niektóre asany ćwiczy się latami i cały czas coś się zmienia, nawet jeśli z zewnątrz wygląda tak samo.
Właśnie do tego zmierzam od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Nie chodzi o to że samodzielna praca jest zła, tylko że w pewnym momencie zaczyna wymagać zewnętrznego punktu odniesienia. I to nie musi być kurs, może to być regularne spotkanie z kimś bardziej doświadczonym, nawet raz na kilka tygodni.
Właśnie o to mi chodzi od początku. Czy istnieje w ogóle model w którym ćwiczysz sam, ale masz kogoś do kogo możesz raz na miesiąc pojechać i zapytać 'hej, czy to co czuję w dłoniach to ma sens'? Bo to wydaje mi się bardziej realne niż kurs weekendowy za kilka tysięcy.
Zastanawiam się czy nie można by w ogóle pominąć kursu na początku i przez pierwsze pół roku po prostu czytać i próbować, a potem szukać kogoś do weryfikacji. Nie wiem czy to ma sens, ale brzmi jak coś co można realnie zrobić bez dużych kosztów na start.
No to mamy dwa rodzaje błędów, błąd ciała i błąd interpretacji. Stokrotunia mówi o tym pierwszym. Ale jest jeszcze ten drugi, kiedy czujesz coś i interpretujesz to źle. I chyba ten drugi jest trudniejszy do złapania, bo nie widać go z zewnątrz tak samo.
Mogę dać przykład. Ktoś ćwiczy i czuje ciepło w dłoniach. Interpretuje to jako 'mam silną energię'. A to może być po prostu napięcie mięśniowe albo zwiększone ukrwienie. Te same odczucia, zupełnie inne znaczenie. I bez kogoś kto pracuje z tobą przez dłuższy czas nie wiesz co z tym robić.
Właśnie, bo z afirmacjami miałam podobnie. Przez długi czas nie wiedziałam czy to co czuję po powtarzaniu afirmacji to efekt czy po prostu zmęczenie i relaks. Dopiero kiedy porównałam swoje zachowanie w różnych sytuacjach z czasem sprzed regularnej pracy zobaczyłam różnicę. Może w bioenergoterapii potrzeba podobnego porównania w czasie?
Ale żeby porównać w czasie trzeba coś notować. Czy ty to robiłaś z tymi afirmacjami? Bo wydaje mi się że większość ludzi nie prowadzi żadnych zapisków i potem to porównanie jest bardziej intuicyjne niż faktyczne.
Zapiski to dobry pomysł, ale pod warunkiem że wiesz co zapisywać. Jeśli nie wiesz na co zwracać uwagę, możesz przez miesiące notować rzeczy bez znaczenia i pominąć to co ważne. Dlatego wróciłbym do pytania o strukturę, czy na początku samodzielnej nauki nie warto chociaż przeczytać kilku książek albo materiałów które mówią co obserwować?
Dobry punkt wyjścia to moim zdaniem jeden kierunek, nie trzy naraz. Jeśli zaczniesz czytać jednocześnie o ciele, intencji i oddechu, to za miesiąc będziesz wiedzieć trochę o wszystkim i nic o niczym. Mnie na początku dużo dała praca z oddechem właśnie dlatego, że jest mierzalna, możesz ją poczuć fizycznie i nie musisz od razu rozstrzygać czy to energia czy nie.
A czy to jest tak, że każdy powinien zacząć od oddechu, czy to jest po prostu to co działało u Pranavy i wcale nie musi być uniwersalne? Bo pytam szczerze, bo ja przy afirmacjach nigdy nie skupiałam się specjalnie na oddechu i jakoś szło.
Też się nad tym zastanawiam. Czytałam o kilku podejściach i jedne kładą nacisk na oddech, inne na wizualizację, inne na samo ułożenie ciała. Nie wiem jak to ocenić nie mając własnego doświadczenia z bioenergoterapią stricte.
To nie jest tak, że jedno podejście pasuje do każdego. Ale jest jeden wspólny mianownik, który widzę niezależnie od szkoły. Zanim zaczniesz cokolwiek 'wysyłać', musisz mieć jakiś sposób na to żeby się wyciszyć. Czy to będzie oddech, czy chodzenie, czy siedzenie w ciszy, to ma mniejsze znaczenie. Ważne że jest.
Przy całym szacunku dla tej dyskusji o oddechu, trochę nam odpłynęło. Pytanie w tytule jest o samodzielną naukę i myślę że wciąż nie mamy odpowiedzi na konkretne, jak to w praktyce wygląda. Czy ktoś może powiedzieć, jak wyglądał jego typowy tydzień samodzielnej pracy na początku?
A to znaczy że bez zewnętrznej weryfikacji w ogóle nie da się być pewnym? To trochę frustrujące, bo wychodzi na to że samodzielna nauka zawsze jest niepełna w tym sensie.
Amethysta trafnie to ujęła. Przy afirmacjach też nie miałam nikogo kto by potwierdził że robię to dobrze. Po prostu obserwowałam siebie i szło. Pytanie czy bioenergoterapia wymaga zewnętrznego potwierdzenia bardziej niż inne praktyki, czy to tylko przekonanie środowiska.
To jest naprawdę dobre pytanie. I powiem szczerze że to zależy od celu. Jeśli ktoś chce pracować tylko na sobie dla własnego samopoczucia, to zewnętrzna weryfikacja jest mniej krytyczna. Jeśli ktoś chce pracować z innymi ludźmi, to jest zupełnie inna sytuacja i tu już naprawdę nie wyobrażam sobie braku korekty.
Zgadzam się z Klarysą. Cały czas rozmawiamy jakby samodzielna nauka miała jeden cel, a to wcale nie jest takie jednoznaczne. Mnie interesuje praca z własną energią i czymś innym jest uczyć się dla siebie niż żeby potem siadać naprzeciwko kogoś i działać na jego pole.
I właśnie tutaj wróciłbym do pytania które pojawiło się kilka postów wcześniej. Czy ktoś z tej rozmowy uczy się bioenergoterapii z myślą o pracy z innymi, czy głównie dla siebie? Bo podejrzewam że większość tutaj jest na etapie własnego poznawania.
Ja na razie dla siebie, żeby w ogóle wiedzieć co to jest i czy to coś czuję. Nie planuję zostać bioenergoterapeustą, ale pytanie z tytułu zadałam właśnie dlatego że chciałam wiedzieć czy da się zacząć bez kursu. I ta rozmowa dała mi chyba więcej niż jakikolwiek artykuł, bo widać że nie ma jednej odpowiedzi.
Dobra, ale w takim razie mam konkretne pytanie do Stokrotuni i do Pranavy. Wy oboje mówiliście o regularności. Jak to wyglądało kiedy miałeś gorszy dzień albo zwykłe zmęczenie? Bo mnie właśnie to blokuje, siadam wieczorem po robocie i nie czuję kompletnie niczego i potem mam wrażenie że to nie ma sensu.
To jest bardzo dobre pytanie i powiem ci szczerze, że takie 'puste' sesje były u mnie częstsze niż te w których cokolwiek czułam. I w pewnym momencie zamiast traktować to jako porażkę, zaczęłam zapisywać właśnie 'dzisiaj nic' jako osobną kategorię. I ciekawe było to, że te nic miały swoje wzorce.
Dokładnie to samo obserwowałem u siebie. I właśnie dlatego oddech był dla mnie tak ważny, bo to był jedyny sposób żeby te głowowe rzeczy trochę zatrzymać przed sesją. Nie żeby je wyeliminować, tylko żeby zrobiły mi chwilę miejsca.
To jest ciekawe co mówicie, bo ja szłam trochę inną drogą. Nie próbowałam wyciszać głowy przed, tylko po prostu siadałam i obserwowałam co jest. Nawet jakiś gwar w głowie. I paradoksalnie to też działało, tyle że inaczej. Czy to możliwe że nie ma jednej dobrej kolejności tych kroków?
Wtrącę się, bo to jest właśnie coś o czym myślę odkąd zaczęłam tę rozmowę. Przy afirmacjach to rozróżnienie jest dla mnie jaśniejsze, czuję kiedy coś zadziałało, bo zmienia się mój nastrój albo jakieś działanie wychodzi łatwiej. Ale przy bioenergoterapii ta weryfikacja jest chyba trudniejsza? Jak wy to odróżniacie?
Właśnie to mnie też nurtuje. Czytałam że część osób używa zewnętrznych punktów odniesienia, na przykład reakcja rośliny, zwierzęcia albo drugiego człowieka. Ale jeśli ćwiczymy samodzielnie, to te punkty odniesienia są trudno dostępne. Czy ktoś ćwiczył np. na roślinach i widział jakiś efekt?
