Zastanawiam się czy ta dyskusja o weryfikacji nie jest trochę nieproduktywna w kontekście samodzielnej nauki. Bo tu pytanie jest inne, nie czy bioenergoterapia działa, tylko czy można się jej nauczyć samemu. A to są jednak dwa różne pytania.
U mnie tak. I powiem wprost, że zmiana była w tym jak długo mogłem utrzymać uwagę w jednym miejscu. Na początku po minucie myśl odpływała. Potem to był kwadrans bez wysiłku. Nie wiem czy to jest bioenergeterapia w czystym sensie, ale czułem że coś się zmienia.
Dobra, to ja się przyznam że ta rozmowa mnie trochę zmiękczyła jeśli chodzi o oczekiwania. Myślałem że samodzielna nauka albo daje konkretne efekty po kilku tygodniach albo nie ma sensu. A teraz patrzę na to co mówią Pranava i Stokrotunia i wygląda że to jest raczej sprawa miesięcy i zmiany w samym sposobie obserwacji, a nie spektakularnych wyników. Czy dobrze to rozumiem?
No dobra, ale to co mówisz Pranava to brzmi jak zwykłe korzyści z medytacji. Gdzie tu jest ta bioenergoterapia, bo się pogubiłem.
To jest pytanie które mnie dręczy od jakiegoś czasu. Czy można ćwiczyć przekazywanie energii samemu sobie? Próbowałam pracy z własnym ciałem, kładłam dłonie na miejscach gdzie coś czułam, i to miało sens na własnym poziomie. Ale czy to jest to samo co praca z drugą osobą?
Właśnie o to mi też chodzi. Bo afirmacje mogę robić dla siebie i widzę efekt na sobie. Ale bioenergoterapia, jak czytam o niej, to głównie jest opisywana jako coś co robisz dla kogoś. Więc może samodzielna nauka to trochę jak ćwiczenie tanga solo?
To porównanie z tangiem jest celne, ale nie do końca. Tancerz solo może wypracować technikę ciała, balans, wyczucie ruchu. Dopiero potem przenosi to na partnera. Może z bioenergoterapią jest podobnie i samodzielna faza to budowanie własnej wrażliwości, zanim zaczniesz pracować z kimś?
Słucham tej dyskusji i mam takie pytanie do wszystkich: czy ktoś z was próbował samodzielnie i potem miał okazję popracować z prawdziwym bioenergoterapeutą? I co wtedy poczuł, że to jest to samo co ćwiczył, czy jednak coś zupełnie innego?
Mogę się tu odezwać, bo miałam takie doświadczenie. Najpierw ćwiczyłam sama przez kilka miesięcy z książek, potem trafiłam do kogoś z dużym doświadczeniem. I powiem wprost, to nie było to samo. Ale nie w sensie że moje samodzielne ćwiczenia były bezwartościowe. Raczej że dały mi podłoże pod coś, co potem rozwinęło się zupełnie inaczej gdy był człowiek naprzeciwko.
To co mówi Ludwinia potwierdza mi pewną rzecz, że samodzielna nauka może być prawdziwą nauką, tylko że czego innego niż nam się wydaje. Nie tyle bioenergoterapii jako takiej, ile gotowości do tej pracy. Jakby przygotowawczej fazy.
Hah, to porównanie z lądem mnie rozbawiło, ale chyba jest w nim coś trafnego. Choć z drugiej strony, czy ktoś kto ćwiczy oddech, technikę ramion i kopie nogi na lądzie, to jest zupełnie nieprzygotowany do wody? Mam wątpliwości czy ta granica jest aż tak ostra.
Dobra, to może podsumujmy gdzie jesteśmy, bo rozmowa zaczęła się od pytania czy można się nauczyć bioenergoterapii samodzielnie, a teraz zastanawiam się czy w ogóle dobrze rozumiałam to pytanie kiedy je zadałam. Czy wy mam wrażenie że to pytanie zmieniło się po drodze, czy ja tak tylko czuję?
Glicynia_A, mam wrażenie że pytanie rzeczywiście się zmieniło i to jest dobra zmiana. Zaczęłaś od 'czy można', a teraz chyba wszyscy pytamy raczej 'czego właściwie można', co jest dużo ciekawszym pytaniem. Tylko nie wiem czy to jest podsumowanie czy dopiero połowa drogi.
Właśnie, bo jak patrzę na tę rozmowę to mam wrażenie że pomieszaliśmy dwie rzeczy: samodzielną naukę jako budowanie własnej praktyki, i samodzielną naukę jako trening do pracy z innymi. I te dwie ścieżki mają chyba zupełnie inne odpowiedzi na pytanie z tytułu.
Zastanawiam się czy ta mierzalność jest w ogóle właściwym kryterium dla bioenergoterapii. Ludwinia wspominała wcześniej o sprzężeniu zwrotnym od żywego ciała, i to chyba ważniejsze niż 'zmierzenie' czegokolwiek. Klarysa, a ty miałaś jakieś doświadczenia z tym sprzężeniem, nawet na sobie?
Oj przepraszam, to miało być pytanie do siebie samej, głupio wyszło 🙂 Chodziło mi o to, że przy pracy na własnym ciele też jest jakieś sprzężenie, np. ból albo ciepło, które nie znika. Czy to nie jest też jakiś rodzaj odpowiedzi od ciała?
Mam tu taką obserwację, bo prowadziłam notatki z kilku sesji, gdzie próbowałam pracować na sobie. Zauważyłam że bardzo łatwo mi się 'potwierdzać' własne odczucia, czyli czuję ciepło w dłoni bo spodziewam się że będę czuć ciepło. To jest coś innego niż praca z drugą osobą, która nagle mówi że czuje coś w miejscu gdzie ja nie miałam żadnych oczekiwań.
Trochę pomogło, bo zaczęłam zwracać uwagę na to kiedy moje oczekiwanie wyprzedza odczucie. Ale to nie eliminuje problemu, tylko go widocznym robi. I właśnie dlatego myślę że samodzielna nauka ma sufit, za którym potrzebujesz zewnętrznego lustra.
A czy takim zewnętrznym lustrem musi być koniecznie terapeuta albo mistrz? Pytam bo myślę o grupach ćwiczeniowych, gdzie kilka osób ćwiczy razem bez formalnego prowadzącego. Czy to by dało to sprzężenie zwrotne o którym mówi Ludwinia?
Wracając do pytania Celeste, bo myślę że zostało trochę z boku. Próbowałam raz ćwiczyć z koleżanką, bez żadnego prowadzącego, i właśnie ta różnica którą opisywała Ludwinia była widoczna. Ona czuła coś gdzie ja kładłam dłonie, ale nie zawsze tam gdzie ja myślałam że coś powinno być. I to było... nieoczekiwane.
No dobra, przyznam że ta historia z koleżanką brzmi bardziej przekonująco niż czysto samodzielna praca. Ale mam pytanie, czy da się to skalować? Jedna znajoma to mało danych. Jak odróżnić że to był realny efekt od przypadkowego trafienia albo od tego że obie chciałyście żeby to zadziałało?
...bo obie chciały żeby to działało. Serio, jak wy to rozróżniacie? Pytam uczciwie, nie złośliwie.
Chcę tu wrócić do pytania Gustlika o skalowanie, bo ono jest naprawdę istotne dla całego wątku o samodzielnej nauce. Jeśli uczysz się sama albo z jedną osobą, nie masz jak ocenić czy twoje odczucia to wzorzec czy incydent. Dlatego właśnie praca z różnymi ciałami, nawet w grupie bez mistrza, daje więcej informacji niż praca tylko na sobie.
A wracając do początku tego wątku, bo trochę zaczęliśmy od afirmacji, a skończyliśmy na eksperymentach z koleżankami. Czy ktoś rzeczywiście próbował połączyć te dwie rzeczy, to znaczy afirmacje jako element ćwiczenia bioenergii, nie tylko jako motywację?
Ja próbowałam, bo gdzieś czytłam że afirmacje przy pracy z czakrami mogą wzmacniać intencję. Robiłam to podczas skanowania własnego ciała. Nie wiem czy coś to zmieniło, ale na pewno lepiej się skupiałam.
To co mówi Amethysta przypomina mi coś, co czytałam o medytacji uważnościowej. Tam też jest podobny problem, obserwujesz własne myśli tym samym umysłem który je produkuje. Czy bioenergoterapia ma jakiś sposób na obejście tego?
Czytam ten wątek od początku i mam takie proste pytanie, bo trochę się zgubiłam. Czy na tym forum jest ktoś kto nauczył się bioenergoterapii całkowicie samodzielnie, bez żadnego kursu ani nauczyciela? Bo dużo tu teorii, a nie wiem czy ktoś to po prostu zrobił.
