Ostatnio mocno zagłębiam się w temat chandry i jej wpływu na przepływ energii podczas sesji bioenergoterapeutycznych. Mam wrażenie, że kiedy jestem w tym specyficznym stanie przygnębienia, jakby bez przyczyny, moje dłonie stają się zimne i nie czuję tego ciepła, które zazwyczaj pojawia się przy pracy z aurą. Czy ktoś z was ma podobne obserwacje? Zastanawia mnie też, czy to chandra blokuje energię, czy może to zablokowana energia powoduje chandrę. Trochę błędne koło.
To bardzo ciekawe pytanie, bo w tradycji ajurwedyjskiej i w wielu systemach pracy z energią ten stan, który nazywamy chandrą, to często sygnał, że coś się dzieje w ciele subtelnym, zanim jeszcze dostrzeżemy to na poziomie fizycznym. Mnie bardziej interesuje to, co napisałaś o zimnych dłoniach. Czy ta chandra pojawia się nagle, bez żadnego triggera, czy jednak coś ją poprzedza? Bo to może mieć znaczenie przy diagnozie energetycznej.
Też mam to samo z dłońmi. Kiedy jestem w gorszym stanie psychicznym, czakra serca jakby się zamyka i rzeczywiście odczuwam to fizycznie jako chłód w rękach. Próbowałem wtedy pracować z klientami i efekty były słabsze, sam to czułem. Jolusia, masz rację że to sygnał, ale jak sobie z tym radzisz praktycznie przed sesją? Bo nie zawsze można po prostu odłożyć pracę.
Mam pytanie, bo trochę nie rozumiem. Mówicie o 'pobieraniu energii' od klientów, ale czy bioenergoterapia w ogóle tak działa? Myślałam, że bioenergoterapeuta jest tylko kanałem, że ta energia płynie przez niego, a nie z niego. Czy przy chandrze ten mechanizm się zmienia? Przepraszam jeśli to naiwne pytanie, ale chcę dobrze zrozumieć.
Ja nie jestem terapeutką, ale chcę powiedzieć że sama kilka razy byłam u bioenergoterapeuty i po jednej sesji czułam się gorzej niż przed. Terapeuta był zmęczony, to od razu widać było. Może właśnie o tym mówi Jolusia. Mnie to przekonuje, że ten stan terapeuty naprawdę ma znaczenie.
Krysia, to co opisujesz to równie dobrze może być reakcja oczyszczająca, która jest normalną częścią procesu. Nie zawsze gorsze samopoczucie po sesji oznacza że terapeuta był w kiepskiej formie. Mam wrażenie że zbyt szybko wyciągamy wnioski. Forsycjo, pytasz dobrze, ale odpowiedź zależy od szkoły. W Reiki faktycznie jesteś kanałem, w innych podejściach pracujesz własną energią, więc nie ma jednej odpowiedzi.
A czy afirmacje mogą pomóc się z tego wyciągnąć zanim zaczniemy sesję? Sama stosuję afirmacje przy różnych sytuacjach i naprawdę czuję że zmienia się coś w środku. Czy to nie mogłoby zadziałać tu tak samo, żeby się nastroić przed pracą z energią?
Stokroteczko, afirmacje stosuję od jakiegoś czasu i rozumiem że czujesz zmianę, bo ja też. Ale mam wątpliwość: jeśli chandra jest energetyczna, to czy afirmacja, która działa na poziomie umysłu, naprawdę dotrze do subtelnych warstw ciała? Nie jestem terapeutką, ale mam wrażenie że to dwie różne płaszczyzny.
Afirmacje działają, ale nie jako substytut pracy energetycznej, tylko jako uzupełnienie. Stokroteczko, masz rację że umysł i energia są połączone, ale sama afirmacja bez świadomości ciała i oddechu może być jak naklejanie plastra na ranę, która wymaga głębszego oczyszczenia. Przy chandrze połączyłabym afirmację z pracą z oddechem i wizualizacją przepływu przez czakrę serca. Wtedy to zaczyna mieć sens jako całość.
Przepraszam że się włączam, bo naprawdę nie za dużo o tym wiem, ale chcę zapytać głupie pytanie: co to właściwie jest ta chandra energetyczna? Czy to jest coś innego niż zwykły zły humor albo depresja? Jak wy w ogóle rozróżniacie, czy to jest problem energetyczny czy po prostu psychiczny?
Jezynko, to nie jest głupie pytanie, to jest w zasadzie kluczowe pytanie w całej tej dyskusji. Bo jeśli nie potrafimy tego odróżnić, to nie wiemy z czym pracujemy. Ja podchodzę do tego tak: jeśli zmiana nastroju przyszła nagle bez wyraźnego powodu, szukam przyczyny energetycznej. Jeśli jest wyraźna sytuacja życiowa, to praca energetyczna może wspierać, ale nie zastąpi przepracowania emocjonalnego.
Gustlik, ale co z sytuacją gdy ktoś ma chandrę od tygodni i naprawdę nie wie skąd? Pytam bo miałam takie okresy i dopiero kiedy zaczęłam pracę z aurą, 'wyszło' coś co potem mogłam zidentyfikować jako źródło. Jakby energia pokazała mi przyczynę emocjonalną, do której umysłem bym nie dotarła. Czy to się zgadza z waszym doświadczeniem?
Kamilka, to właśnie chciałam powiedzieć! Afirmacje nie muszą być na 'naprawienie' wszystkiego od razu, mogą być takim wsparciem w procesie. Martwi mnie trochę że Wandzisia i Jolusia podchodzą sceptycznie, bo miałam wrażenie że to rzeczywiście działa, ale może nie tak jak myślałam. Jolusia, powiedziałaś o pracy z oddechem, możesz powiedzieć więcej jak to łączyć?
Mam wrażenie że trochę odpłynęliśmy od tematu chandry i jej wpływu na pracę terapeutyczną. Bo zaczęliśmy od pytania Jaskier: co zrobić kiedy terapeuta ma chandrę, a teraz rozmawiamy o tym jak afirmacje pomagają klientom. To ważny temat, ale chciałbym wrócić do pytania: czy przy chandrze w ogóle powinno się pracować z energią innych ludzi, czy to jest po prostu zły pomysł zawsze i w każdym przypadku?
Hilek, masz rację że odpłynęliśmy, ale myślę że to naturalne, bo afirmacje i chandra w kontekście pracy terapeutycznej to są naczynia połączone. Wracając więc do meritum: moim zdaniem największy problem z chandrą u terapeuty to nie kwestia czy jesteś kanałem czy nie, tylko kwestia intencji. Jeśli twoja intencja jest zaburzona przez niski stan energetyczny, cała sesja może pójść w złym kierunku. Stokroteczko, właśnie dlatego afirmacje mogą tu naprawdę coś dać, ale jako praca nad intencją, nie jako 'ładowanie baterii'.
A czy komuś zdarzyło się że chandra u terapeuty była właściwie sygnałem od klienta? Mówię poważnie, słyszałam od znajomej bioenergoterapeuki że czasem jej stan przed sesją okazywał się odzwierciedleniem tego, co klient niósł ze sobą. Trochę jak empatia energetyczna z wyprzedzeniem. Czy to w ogóle ma sens w ramach tego co wy rozumiecie przez chandrę?
Przepraszam, ale to co pisze Kamilka to jest dla mnie naprawdę trudne do ogarnięcia. Czyli terapeuta może 'czuć' klienta zanim klient w ogóle przyjdzie? To brzmi bardziej jak telepatia niż bioenergoterapia. Czy to jest uważane za coś normalnego w tej dziedzinie?
To mnie zastanawia, bo jeśli terapeuta może nieświadomie odbierać energie klienta przed sesją, to czy chandra którą czuje może być właśnie skutkiem takiego odbioru? I wtedy pojawia się pytanie: czy afirmacje w ogóle by tu pomogły, skoro źródło jest zewnętrzne?
Mnie też interesuje ta kwestia techniczna. Bo rozmawiamy już trochę o tym co powinna robić chandra i jakie ma źródła, ale jeszcze nie padły konkretne odpowiedzi jak wychodzić z niej PRZED sesją. Jolusia, Gustlik, co wy stosujecie? Nie jako gotowa recepta, ale po prostu co u was działa?
Słucham tej rozmowy i mam takie przeczucie, nie wiem czy trafne, że może problem jest w tym że próbujemy znaleźć jedną metodę która działa na wszystkich. Mnie jako osobie po drugiej stronie, jako klientce, wydaje się że najważniejszy jest po prostu kontakt z terapeutą, takie wyczucie czy 'coś gra'. Nie wiem czy to energia czy po prostu ludzki radar.
Krysia, to co opisujesz bardzo pasuje do tego o czym mówiłam na początku! To znaczy ta 'nieobecność' terapeuty jest chyba właśnie jednym z przejawów chandry energetycznej. I wracając do pytania o afirmacje, zastanawiam się czy mogłyby przywrócić właśnie tę obecność, tę skupioną uważność przed sesją. Albo czy to już jest za duże wymaganie wobec afirmacji?
Jaskier, myślę że dotykasz tu czegoś ważnego. Obecność to jest chyba słowo klucz w tej całej dyskusji. Chandra zabiera obecność, tak? I może afirmacje nie są od tego żeby 'naprawić' energię, tylko żeby z powrotem wprowadzić umysł w stan obecności. Nie wiem czy to nie upraszczam, ale tak to czuję.
Wandzisia, dokładnie! Obecność to jest to słowo. Bo kiedy jestem w chandrze, czuję jakbym była gdzieś obok siebie, nie w sobie. I może afirmacja nie naprawia energii, ale może cofnąć mnie do środka? Chociaż jak Gustlik mówił, przy głębokiej chandrze i tak brzmi to jak gadanie do ściany...
To mnie trochę zmienia perspektywę, bo dotąd myślałam o afirmacjach jak o technice mentalnej. A Jolusia mówi że to właściwie praca z ciałem po trochu. Zastanawiam się czy wtedy to nadal jest afirmacja, czy już coś innego?
Ale czy to nie jest problem z krytyką afirmacji w ogóle? Że ludzie robią je mechanicznie, bez żadnego zakorzenienia, i potem mówią że nie działają. A może nie działają właśnie dlatego, że są wypowiadane z głowy, a nie z całego siebie?
Słucham was i mam takie pytanie, może naiwne. Czy ten dysonans, o którym mówi Stokroteczka, mógłby właśnie pogłębić chandrę zamiast jej pomóc? Czyli afirmacja użyta w złym momencie może zaszkodzić?
To ciekawa metafora z tą baterią. I nasuwa mi pytanie do całej grupy, bo nie padło to tu wprost. Czy jest coś, co działa jako ten pierwszy krok przed afirmacją, żeby w ogóle mieć z czego korzystać? Nie jako gotowa recepta, ale z waszych doświadczeń.
