A czy ma znaczenie, w którą stronę kometa przemieszcza się względem tego punktu? Tzn. czy dopiero zbliża się do ascendentu, czy już go minęła? Bo w przypadku tranzytów planet kierunek ruchu bywa istotny.
Mam w notatkach podobną obserwację od osoby, która śledziła kometę Hale-Bopp w kontekście swojej mapy. Mówiła o tym, że faza wejścia była jak zbieranie burzy, a faza oddalania - jakby coś zostało już uruchomione i nie da się zatrzymać. Nie wiem na ile to sugestia, ale to interesujące, że opis jest podobny.
Wracając do sedna tego wątku, bo trochę odpłynęliśmy - pytanie było o meteory i komety w kontekście odrodzenia i cykli osobistych. Kometa jako zdarzenie jednorazowe kontra deszcz meteorów jako cykl roczny. Ametystka opisała bardzo konkretne doświadczenie z kometą i przemianą. Ale czy ktoś może powiedzieć, co teorioastrologicznie różni te dwa typy zjawisk jeśli chodzi o jakość energii, nie tylko czas trwania?
Tradycja mówi, że kometa to zjawisko przełomowe, często wiązane z końcem jednego porządku i początkiem nowego. Deszcze meteorów to cykl, powtarzalność, rytm. Jeśli kometa symbolizuje przełom - nagłe rozcięcie - to rój meteorów byłby raczej regularnym przetarciem czy oczyszczeniem. Inny rejestr tej samej tematyki odrodzenia.
No właśnie, właśnie to jest to, czego nie da się rozplątać do końca i chyba trzeba to przyjąć jako ograniczenie metody. U mnie było tyle rzeczy naraz jesienią - C/2013 R1, silne tranzyty, pewne decyzje życiowe. Nie twierdzę że kometa była przyczyną. Twierdzę, że był moment, który symbolicznie zamknął pewien etap i otworzy kolejny, a kometa była dla mnie najczytelniejszym obrazem tego progu.
Ametystko, a jak to wyglądało w praktyce - tzn. czy śledziłaś kometę fizycznie na niebie, czy tylko w efemerydach? Zastanawiam się, czy samo wizualne doświadczenie patrzenia na kometę coś dodaje do tej interpretacji, czy to czysto matematyczna sprawa pozycji w zodiaku.
To mnie uderzyło,bo pracuję dużo z kamieniami i tarotem i zawsze mówię, że fizyczny kontakt z przedmiotem zmienia jakość pracy. Może z kometą jest podobnie - widzieć ją naprawdę, a nie tylko wiedzieć że jest, to inny rodzaj połączenia. Nie astrologicznie, bardziej energetycznie. 🙂
Myślę, że to nie musi być albo-albo. Symbol staje się mocniejszy, kiedy ma fizyczne zakotwiczenie. Jeśli wiem że Saturn jest w moim 12. domu i czuję przygnębienie, to jedno. Ale jeśli wychodzę nocą i widze kometę tam, gdzie powinna być według efemeryd - to coś zmienia się w sposobie, w jaki moje ciało to przetwarza. To nie jest już abstrakcja.
Ale chwila - bo chyba mieszacie dwie rzeczy. jedno to astrologia, drugie to po prostu emocjonalne doświadczenie oglądania komety. Te dwie rzeczy mogą działać równolegle i niezależnie, nie? Tzn. kometa może robić wrażenie bez żadnej mapy i bez żadnych efemeryd. Skąd wiadomo, co tu komu pomaga?
No, czytam ten wątek od początku i mam pytanie może naiwne ale - czy ktoś z was sprawdzał, czy te doświadczenia przy rojach albo kometach pokrywają się z jakimiś konkretnymi tranzytami w mapach urodzeniowych? Bo może to nie jest kwestia samego zjawiska, tylko zbieżność z tranzytami, które i tak by coś uruchomiły?
To "wzmocnienie" tranzitu przez kometę jest dla mnie problemem. Jeśli każde zjawisko można opisać jako "wzmocnienie" czegoś, to ta kategoria nic nie wyjaśnia. Co by musiało się stać, żebyś powiedziała, że kometa nie wzmocniła, tylko przeszkodziła albo w ogóle nic nie zrobiła?
Wróćmy na chwilę do meritum - bo ta dyskusja dotyczy cykli i odrodzenia. Deszcz meteorów jako cykl ma logikę, którą rozumiem astrologicznie. Ale kometa jako jednorazowe zdarzenie - jak ją włączyć w myślenie o cyklach osobistych, skoro nie wraca? Czy odrodzenie musi być wpisane w cykl, zeby było prawdziwe?
Przepraszam ze sie wtrącę bo może to głupie pytanie, ale właśnie sobie pomyślałam - czy odrodzenie jest cykliczne z definicji? Bo w kartach, nawet jak wyciągam Sąd Ostateczny, to jest zmiana, a nie powtórzenie. Może kometa jako jednorazowiec pasuje do pewnego rodzaju odrodzenia, a roje do innego?
Z moich obserwacji cudzych historii - rzadko kto wie w trakcie. Najczęściej dopiero po czasie okazuje się, że to był skok, a nie spirala, albo odwrotnie. Co ciekawe, wiele osób opisuje skoki jako spirale, bo chcą widzieć ciągłość. Kometa jako symbol jednorazowego przełomu może być niewygodna właśnie dlatego.
Czytam tę rozmowę i zastanawiam się - czy ktoś z was miał tak że kometa albo konkretny rój zbiegły się z czymś, co dopiero po czasie rozpoznałaś jako punkt bez powrotu? Tzn. w trakcie myślałaś, że to przejście, a potem okazało się, że tamta wersja siebie już nie wróciła? 🙂
To "po fakcie" jest dla mnie bardzo ważne w astrologii w ogóle, nie tylko przy kometach. Tranzyty często rozumiem dopiero jak mijają. Ale to nie znaczy, że obserwacja nie ma sensu w trakcie - ona daje ramy, jakiś kontener na doświadczenie. Czy to mało? 🙂
Dla mnie to trochę za mało, żeby mówić o "znaczeniu" zjawiska. Kontener na doświadczenie to może dać dobra rozmowa z przyjaciółką albo prowadzenie dziennika. Jesli kometa albo meteor robi dokładnie to samo co dziennik, to jaki jest jej specyficzny wkład?
Właśnie to mnie uderza w całej tej dyskusji - cały czas oscylujemy między pytaniem "czy to działa" a pytaniem "co dokładnie robi". I może warto rozdzielić te dwa pytania zanim idziemy dalej, bo odpowiedź na jedno nie jest odpowiedzią na drugie.
Ok, to może naiwne ale jak czytam tę rozmowę to mam wrażenie, że wy wszyscy zakładacie że wiecie mniej więcej czego szukacie, i tylko spieracie się o metodę. A co jeśli samo pytanie "co powoduje zmianę przy komecie" jest źle postawione? Tzn. może to nie jest zjawisko z przyczyną, tylko z korelacją?
A czy to w ogóle ma znaczenie, skoro efekt jest? Pytam bo chyba jestem w tej grupie, której mówi, że proces jest ważniejszy niż mechanizm. Ale słyszę z tej rozmowy, że dla niektórych mechanizm jest właśnie sednem.
To jest chyba najważniejsza rzecz, którą ktoś powiedział w tym wątku. Dźwignia. Czy obserwacja komety albo roju daje nam jakąkolwiek dźwignię - możliwość świadomego działania - czy tylko ramę po fakcie. I tu wracamy do pytania, które postawiłam na początku: co z odrodzeniem, gdy zjawisko jest jednorazowe?
Może dźwignia przy komecie jest inna niż przy cyklicznym roju - nie "wróć tu za rok", tylko "zrób coś teraz bo tej konkretnej chwili nie będzie drugi raz". Nieodwracalność jako motywacja, nie jako przeszkoda. Chociaż rozumiem, że to troche przenosi ciężar z obserwacji na intencję.
