O, to zupełnie inaczej wygląda niż myślałam czytając wcześniej. Rozumiem teraz że to nie była decyzja żeby powiedzieć, tylko sytuacja zmusiła. To musi być trudniejsze, bo nie miałaś czasu się przygotować na tę rozmowę.
To co mówi Fela73 jest ważne. Ten pierwszy odbiór - szczególnie gdy był zaskakujący albo nieprzyjemny - potrafi przykleić się do samej praktyki. I potem robiąc afirmacje człowiek mimowolnie wraca do tej sceny. Kinia05, czy tak to wygląda u ciebie?
To co opisuje Kinia05 to nie jest tylko problem z krytykiem wewnętrznym, to już jest sprawa zakotwiczenia. Ta scena stała się czymś w rodzaju kotwicy negatywnej przypiętej do praktyki. Nie jestem ekspertem od NLP, ale kojarzę że to jest opisywany mechanizm - i że można go rozładować.
A co z sytuacją kiedy nie można się przenieść bo mieszka się z tą osobą i jest mało miejsca? Pytam bo sama mam podobny problem i nie mam gdzie uciec żeby mieć swój kąt do takich rzeczy.
A co z sytuacją kiedy nie można się przenieść bo mieszka się z tą osobą i jest mało miejsca? Pytam bo sama mam podobny problem i nie mam gdzie uciec żeby mieć swój kąt do takich rzeczy.
To co Kalikst mówi o granicy jest ważne, ale zastanawiam się jak to ma się do sytuacji Kinia05, gdzie ta granica została przekroczona bez jej zgody. Czyli nie chodzi o to, że sama wybrała pokazać praktykę, tylko że praktyka wyszła na jaw. Czy budowanie prywatności po fakcie ma sens?
Właśnie o to mi chodzi. Teraz mogę sto razy schować zeszyt i wstawać o świcie, ale mama już wie. Wiedza jest, opinia jest, i ta opinia ciągnie się za każdym razem kiedy wychodzę z pokoju po 'swojej chwili'. Czasem czuję jej wzrok jakby mnie obserwowała.
To uczucie obserwowania jest bardzo wyczerpujące. Ale powiedz - czy mama coś mówi, czy to bardziej twoje przeczucie? Pytam serio, bo to ma znaczenie dla tego co dalej.
Ten 'znowu te twoje gadania' to jest konkretny komunikat i to nie jest projekcja. To jest rzeczywiście krytyka, nawet jeśli udaje żart. Mam pytanie - jak ty na to zazwyczaj reagujesz? Odpisujesz, milczysz, uśmiechasz się?
Mam podobną sytuację z ojcem, nie z mamą, i też milczę. Ale ostatnio zastanawiam się czy to milczenie nie sprawia że on myśli iż go słucham i że ma rację. Czy milczenie to nie jest trochę zgadzanie się?
A da się to zmienić? Tzn. jeśli ktoś milczał ze zmęczenia, to czy można zacząć milczeć ze świadomego wyboru? Pytam bo to brzmi jakby ta sama czynność miała mieć inne znaczenie w zależności od intencji - i zastanawiam się czy to w praktyce działa.
Nie jestem pewna czy dobrze rozumiem tę różnicę. Czy chodzi o to żeby zanim się odezwie mama, już mieć w sobie coś w rodzaju pewności że ta praktyka jest moja niezależnie od jej reakcji? Bo jak tak, to jak się to ćwiczy?
Mogę powiedzieć co mi pomogło, ale to nie jest recepta, to moje doświadczenie. Przez jakiś czas każdego dnia po afirmacji zapisywałem jedno konkretne zdanie o tym co ta praktyka mi dała. Nie piękne, tylko prawdziwe. Zbierałem to. I kiedy przychodził komentarz z zewnątrz, miałem coś czego tamten komentarz nie miał - zapis. To działało na mnie jak kontraargument do własnej głowy, nie do rozmówcy.
Zapis to dobry pomysł ale mam pytnaie - czy nie jest tak ze jak się jest w środku krytyki ze strony rodziny, to te zapiski też przestają 'działać' bo wszystko co własne wydaje się pod znakiem zapytania? Mnie się tak zdarza że tracę wiarę we własne spostrzeżenia kiedy ktoś długo kwestionuje co robię.
Tzn. chodzi mi o to ze jak mama codziennie rzuca jakiś komentarz, to w pewnym momencie nie wiem już co jest moje a co to echo jej słów. I te zapiski z zeszytu też zaczynam czytać inaczej - jakby przez jej oczy. Czy ktoś miał tak ze zewnetrzna krytyka dosłownie wchodzi do środka i miesza?
To pytanie mnie zatrzymało. Bo nie wiedziałam że można to tak sprawdzić - czyim głosem słyszę to co powtarzam. Teraz jak próbuję to przetestować u siebie to nie jestem pewna czy to mój głos czy coś co gdzieś przeczytałam i wchłonęłam. Jak w ogóle to odróżnić?
Czytam to i coś mi się w głowie klika. Bo ja właśnie tak mam - powtarzam afirmację i jest taki moment kiedy gdzieś w tle słyszę coś w stylu 'ale czy naprawdę wierzysz w to co mówisz'. I teraz zastanawiam się od kiedy to jest. Czy to było przede mną zanim mama zaczęła komentować, czy pojawiło się po. Szczerze nie pamiętam.
To jest naprawdę ważna obserwacja. Że nie pamiętasz skąd to pochodzi. Bo to może oznaczać że ta wątpliwość istniała wcześniej, a komentarze mamy tylko ją wzmocniły - albo że to jednak przyszło z zewnątrz i zdążyło się zakorzenić. Te dwie sytuacje wymagają trochę innego podejścia. W pierwszym przypadku afirmacje mogą nie docierać przez ten filtr który sam w sobie jest problemem. W drugim - filtr jest pożyczony i można go oddać.
Wchodzę trochę z boku, bo czytam ten wątek od dłuższego czasu i nikt nie poruszył jednej kwestii. Mówimy dużo o tym co dzieje się wewnętrznie, ale ta sytuacja z mamą Kinia05 ma też bardzo konkretny wymiar dzienny - te komentarze przy wychodzeniu z pokoju. Czy rozmawiałaś z nią kiedykolwiek poza tym kontekstem? Nie żeby przekonać, tylko żeby powiedzieć wprost że te uwagi ci przeszkadzają?
Ten argument z sektą to jest klasyczny sposób na zamknięcie dyskusji bez jej prowadzenia. Kiedy ktoś używa takiego słowa, to już nie chodzi o rozmowę tylko o wygranie. Nie dziwię się że przestałaś. Pytanie czy da się w ogóle z kimś takim rozmawiać bez wchodzenia w tę pułapkę.
Czytam i mam pytanie ogólne, może trochę z innej strony. Czy to że ktoś czuje że musi uzasadniać swoją praktykę - afirmacje, medytację, cokolwiek - przed innymi, to znaczy że sam do końca w to nie wierzy? Pytam bez złośliwości, naprawdę zastanawiam się czy jest jakiś związek.
A co jesli jest trochę i tak i tak? Tzn. co do praktyki to wierzę, ale co do tego ze akurat mi to pomoze - juz mniej. I mozliwe ze dlatego tak szybko sie wywalam kiedy ktos kwestionuje. Bo on trafia w cos co sam juz mam w środku.
Ja dopiero czytam, ale ta obserwacja Augurki wydaje mi się ważna. Bo jeśli niepewność jest wewnętrzna, to nacisk zewnętrzny jest tylko wzmacniaczem, nie źródłem. Tylko nie wiem co to zmienia praktycznie - czy podejście do afirmacji ma być wtedy inne?
Wracam do pytania Fela73 bo ono nadal siedzi mi w głowie - jak to połączyć, tę wewnętrzną niepewność z tym co się dzieje na zewnątrz. I szczerze nie wiem. Ale zaczynam myśleć że może najpierw nie chodzi o to żeby stanąć murem przed mamą, tylko żeby w ogóle wiedzieć za czym staję. Bo jeśli sama mam dziury w tym murze jak pisała Augurka, to ona właściwie nie musi się za bardzo starać żeby mnie rozbroić.
I to jest moim zdaniem najuczciwsze co napisałaś w tym wątku. Ale chcę dopytać - mówisz 'nie wiem za czym staję'. Czy to znaczy że nie wiesz czym są dla ciebie afirmacje, czy że nie wiesz czy działają, czy że nie wiesz czy masz prawo to robić pomimo że ktoś się temu sprzeciwia? Bo to są trzy zupełnie różne problemy.
A jak długo praktykujesz? Pytam bo przy afirmacjach jest taki etap - gdzieś między kilkoma tygodniami a kilkoma miesiącami - kiedy efekty są faktycznie niejednoznaczne. Coś drga ale nie widać jeszcze wzorca. I to jest najgorszy moment na zewnętrzną krytykę bo nie masz jeszcze żadnego twardego punktu odniesienia dla siebie.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku - czy jest jakiś sposób żeby sprawdzić czy jest się na tym etapie o którym mówi Kalikst, tym trudnym środkowym? Czy to się czuje, widzi, czy można to jakoś ocenić z zewnątrz?
