Mam wrazenie ze wlasnie dlatego tak trudno stac za soba kiedy ktos atakuje - bo w tym momencie nagle sie okazuje ze to przekonanie nie mialo takich korzeni jak myslałas. Ale nie wiem czy to jest powód do niepokoju czy po prostu etap. Czy to ze chwilowo sie chwieje znaczy ze nigdy nie bedzie solidne?
Ale czy da się w ogóle kontrolować to jak bardzo coś trafia? Rozumiem że można pracować nad przekonaniami, ale chodzi mi o tę chwilę - kiedy mama coś mówi i zanim zdążysz cokolwiek pomyśleć, to już czujesz to w żołądku. Czy afirmacje pomagają też na ten odruch, czy tylko na poziomie myślenia?
To zmienia trochę jak na to patrzę. Bo przez cały ten czas myślałam że jak nadal reaguję na komentarze mamy to znaczy że praktyka nie działa albo że jestem za słaba. A może to po prostu znaczy że jestem człowiekiem i że to co mierzę jest złym wskaźnikiem. Nie wiem czy to mnie uspokaja czy bardziej komplikuje.
I chyba to jest właśnie to czego szukałam na początku tego wątku, tylko nie umiałam tego tak nazwać. Nie 'jak być niezniszczalną' tylko 'jak szybciej wracać do siebie'. To brzmi o wiele bardziej uczciwie. Ale mam pytanie do tych co praktykują dłużej - czy ten czas wracania faktycznie się skraca z czasem, czy to raczej jest stałe?
Tak, skraca się. Ale nie liniowo. U mnie były okresy kiedy szłam w tył i reakcje znowu się wydłużały. Zazwyczaj wtedy kiedy dużo się działo albo kiedy zaniedbałam samą praktykę. Więc odpowiedź jest: tak, ale nie oczekuj że to będzie wykres idący równo w górę.
Ale czy to 'zawsze tak było' nie jest właśnie tym co afirmacje mają zmieniać? Tzn. to jest chyba dokładnie to przekonanie do przepracowania, nie?
I tu znowu wracamy do tej mamy. Bo Kinia05 ma w domu kogoś kto aktywnie podważa całą praktykę. Czy to nie jest właśnie ten czynnik który może blokować? Nie brak wiary Kinia05, tylko ciągłe zewnętrzne uderzenia?
Właśnie o tym myślę od dłuższego czasu. Ale nie wiem jak to zweryfikować. Bo może mam słabą wiarę i szukam winnego na zewnątrz. A może faktycznie środowisko ma na to wpływ. I nie wiem jak odróżnić własną wątpliwość od czegoś co jest naprawdę zakłócane z zewnątrz.
A czy robiłaś afirmacje w jakimś dłuższym spokojnym czasie, bez komentarzy z otoczenia? Nawet wyjazd, dłuższa nieobecność mamy? Bo to mogłoby dać jakiś punkt odniesienia.
To jest bardzo konkretna odpowiedź na twoje wcześniejsze pytanie. Środowisko ma wpływ, i to duży. To nie znaczy że nie masz własnych wątpliwości - pewnie masz - ale nie musisz wybierać jednej przyczyny. Mogą działać jednocześnie.
Ale jak to praktycznie obejść skoro mieszka sie razem? Nie można sie izolowac we własnym domu. Jakies sposoby? Nie chodzi mi o konfrontacje z mama, tylko o takie codzienne oswiadczenia.
Pytanie może naive ale - czy chodzi o to żeby mama nie wiedziała o afirmacjach, czy o to żeby jej komentarze mniej robiły? Bo to chyba dwie różne strategie.
Czas trwania praktyki to nie to samo co głębokość praktyki. Można robić afirmacje rok i być ciągle na powierzchni, można robić trzy miesiące i dotknąć czegoś głębszego. To nie jest zarzut, tylko obserwacja. Pytanie inne: czy afirmacje które robisz, robisz dlatego że w nie wierzysz, czy dlatego że chcesz uwierzyć?
A co jeśli nic nie mruczy? Serio pytam, bo próbuję i mam wrażenie że jestem zupełnie płaska w środku przy afirmacjach. Nie negatywna, po prostu... nijaka. To też blokada?
Ale wracając do Kinia05 i do mamy - czy ktoś wie jak to jest kiedy rodzic słyszy o afirmacjach pomostowych? Bo już sobie wyobrażam komentarz 'to po co to w ogóle, skoro sama nie wierzysz'. Takie zdania mogą rozwalić nawet ten mniejszy krok.
Mam pytanie które może być naive - czy w ogóle trzeba komuś tłumaczyć czym są afirmacje? Można po prostu nie mówić i tyle?
U mnie bylo tak ze probuję na głos i mama pyta 'z kim rozmawiasz'. Jak powiedziałam z nikim, wyszlo jeszcze gorzej bo zaczela myslec ze coś jest nie tak. Jakiś pomysl jak to obejsc bez kłamstwa?
Nie wiedziałem że można je robić po cichu. Gdzieś czytałem że muszą być na głos żeby działały. Więc tu jest jakaś rozbieżność.
A to co powiedziała Pelagia o świadomości - czy to znaczy że jak robię afirmacje i myślę o czymś innym to kompletnie marnuję czas? Bo mi się to zdarza dość często.
Dobra, ale wróćmy na chwilę do tematu Kinia05 i do rodziny. Bo ta cała rozmowa o technikach jest super, ale jeśli wiem że zaraz jak wyjdę z pokoju mama znowu coś skomentuje, to moje 'okno po przebudzeniu' trwa może trzy minuty zanim zaczną się odgłosy z kuchni. Jak długo właściwie powinno trwać jedno podejście?
Dokładnie tak samo zaczęłam. Alarm pięć minut wcześniej, zanim ktokolwiek wstaje. I to były moje minuty, nikt nie wiedział co robię, nikt nie pytał. Mama nigdy się nie dowiedziała że afirmacje robię właśnie wtedy i przez to przestała w ogóle mieć okazję do komentarzy. Przypadkiem odkryłam że problem z rodziną częściowo rozwiązuje się sam gdy znika przestrzeń do ingerencji.
To ciekawe podejście, ale mam wrażenie że to tylko odkładanie problemu w czasie. A co jeśli ktoś zapyta wprost co robisz z tym telefonem rano albo czemu wstajesz wcześniej? U mnie w domu nie dałoby się tego przemilczeć.
Ja probowałam wprost i powiedziałam mamie ze to taka forma koncentracji, ze chodzi o myslenie o tym czego chce w zyciu. Nie powiedziałam słowa 'afirmacje' bo to by od razu wywolalo dyskusje. I ona zaakceptowała to jako 'aha, planujesz sobie życie'. Może problem jest czasem w nazwie a nie w samej praktyce?
Ale czy to nie jest trochę tak że sami traktujemy afirmacje jako coś wstydliwego skoro musimy je przemianowywać żeby rodzina nie protestowała? Jak coś jest dla nas wartościowe to dlaczego musimy to chować albo zmieniać nazwę?
Mam może głupie pytanie, bo słyszę tę rozmowę i zastanawiam się - czy afirmacje to jest coś co musi być tajne żeby działało? Tzn. czy jak rodzina wie i ma zdanie, to ta praktyka przestaje działać? Bo nie rozumiem dlaczego wiedza kogoś trzeciego miałaby cokolwiek zmieniać.
Ok, rozumiem. Więc chodzi bardziej o twój własny stan kiedy to robisz, nie o to czy ktoś wie czy nie. Ale jak sobie poradzić z tym głosem w głowie? Bo jeśli już raz usłyszałeś od kogoś bliskiego że to głupota, to ten głos chyba zostaje na dłużej niż jedna rozmowa.
Ale czy to nie jest tak że łatwiej powiedzieć 'dla mnie to działa' kiedy faktycznie widać efekty? Jak ktoś jest na początku i jeszcze nic nie czuje, to ta odpowiedź brzmi mało przekonująco nawet dla samego siebie. Skąd wziąć tę pewność zanim przyjdą efekty?
