Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy regularna praktyka afirmacyjna faktycznie zmienia to, jak człowiek siebie obserwuje. Nie chodzi mi o klasyczne 'jestem piękna i bogata' powtarzane przed lustrem, ale o coś subtelniejszego. Mam wrażenie, że po kilku tygodniach codziennego powtarzania afirmacji skupionych na własnych emocjach zaczęłam wyłapywać swoje reakcje szybciej niż wcześniej. Jakby afirmacja działała jak taki punkt odniesienia - mówię sobie 'jestem spokojna', a potem w ciągu dnia automatycznie sprawdzam, czy rzeczywiście jestem spokojna, czy nie. I właśnie w tym 'sprawdzaniu' jest chyba ta samoświadomość. Ciekawe, czy ktoś miał podobnie, albo odwrotnie - że afirmacje działały bardziej mechanicznie, bez żadnego efektu obserwacyjnego?
Ten mechanizm, który opisujesz, to nie jest zaskoczenie z perspektywy pracy z czakrami. Mówisz o Anahata i Vishuddha działających razem - wypowiadasz słowo (gardło), a potem weryfikujesz je odczuciem w klatce (serce). To jest naturalne sprzężenie zwrotne, które afirmacja może uruchomić, albo nie. Zależy jak bardzo jesteś obecna w ciele podczas powtarzania. Jeśli mówisz afirmację 'na autopilocie', to ten efekt obserwacyjny, który opisujesz, raczej nie wystąpi. Pytanie do ciebie - czy te afirmacje mówiłaś głośno, czy w myślach?
A ile czasu zajęło zanim poczułaś tę różnicę? Bo ja powtarzam afirmacje chyba od trzech tygodni i jeszcze nic nie zauważam. Trochę się niecierpliwię.
Chcę tu wrzucić inny kąt patrzenia. Afirmacje same w sobie nie podnoszą samoświadomości - podnosi ją intencja, którą w nie wkładasz. Mogę nosić przy sobie lapis lazuli cały rok i nic się nie zmieni, jeśli nie wiem po co go trzymam. Tak samo afirmacja powiedziana mechanicznie to tylko dźwięk. To, o czym mówi Eugenka - to 'sprawdzanie' w ciągu dnia - to nie jest efekt samej afirmacji, to efekt tego, że ona weszła w świadomą relację ze słowami, które wypowiada. Większość ludzi tego nie robi.
To co mówi Krokusik_53 przypomina mi coś, o czym czytałam przy okazji zupełnie innego tematu - że sama czynność zadawania pytania zmienia perspektywę. Nie wiem, czy dobrze to rozumiem w kontekście afirmacji, ale może chodzi o to, że afirmacja działa jak pytanie wypowiedziane twierdzeniem? Mówię 'jestem cierpliwa', a mój umysł zaczyna szukać dowodów, że tak jest albo że nie jest?
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale czy afirmacje to to samo co mantry? Bo gdzieś słyszałam te słowa wymieniane naprzemiennie i nie wiem, czy to jest ta sama praktyka czy coś innego.
A czy afirmacje mogą działać na niekorzyść, jeśli zaczynam wątpić w to, co mówię? Bo mam takie poczucie, że jak powtarzam 'jestem spokojna' i wiem, że to nieprawda, to czuję się gorzej niż przed afirmacją. Jakby kontrast był za duży.
Wracając do głównego pytania tematu - bo trochę zeszliśmy na technikalia. Mam swoje zdanie w kwestii samoświadomości i afirmacji, i nie jest ono jednoznacznie pozytywne. Afirmacja skupiona na emocjach lub wartościach może rzeczywiście rozwijać obserwację siebie, bo zmusza do weryfikacji w codziennym życiu, jak słusznie zauważyła Eugenka. Ale afirmacja skupiona na celach zewnętrznych - 'przyciągam pieniądze', 'jestem zdrowa' - moim zdaniem na samoświadomość nie działa prawie wcale. Tam nie ma żadnego mechanizmu obserwacyjnego. Jest tylko oczekiwanie na efekt.
Czytam te wpisy i mi do głowy przyszło pytanko - czy afirmację można robić przy medytacji czy to przeszkadza? Bo medytacja to raczej cisza i bez słow, a afirmcja to słowa, więc czy to się nie wyklucza?
A jak długo robić tę ciszę przed afirmacjami? Bo mam problem z tym, żeby w ogóle wyciszyć głowę, myśli lecą bez przerwy.
Wracam do tego, co powiedziała Eugenka wcześniej o afirmacjach zewnętrznych i skupieniu na 'tym, co ma nadejść' kontra 'tym, co jest teraz'. To dla mnie kluczowa różnica w kontekście samoświadomości. Afirmacja typu 'przyciągam dostatek' jest patrzeniem w przyszłość. Afirmacja 'zauważam, kiedy działam z lęku' to już praca z obserwacją siebie tu i teraz. Tylko ta druga kategoria ma sens, jeśli mówimy o rozwijaniu samoświadomości.
Słucham tej rozmowy z boku i zastanawiam się, czy nie myli się tutaj efektu z przyczyną. Jeśli ktoś codziennie siada z zamiarem pracy z afirmacją, to już sam ten rytuał zatrzymania wymusza jakiś rodzaj zwrócenia uwagi na siebie. Może samoświadomość rośnie nie przez treść afirmacji, ale przez samą praktykę regularnego zatrzymania się?
Ale czy w takim razie moje wcześniejsze wątpliwości, te o 'oporze afirmacyjnym', miały w ogóle sens? Bo skoro liczy się głównie sam akt zatrzymania, to nie ważne, że czuję dyskomfort przy treści?
A ile w końcu trzeba czekać na efekty? Dwa miesiące, które tu padły, to brzmi jak wieczność. Czy nie ma jakiegoś szybszego sposobu?
No dobrze, ale czy jest jakiś sposób, żeby te efekty przyspieszyć? Intensywniejsza praktyka, więcej powtórzeń, coś?
Mam może naiwne pytanie - czy afirmacje trzeba mówić na głos, czy wystarczy myśleć? Bo czuję się głupio mówiąc to do lustra.
Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie, naprawdę dużo to rozjaśniło! A czy pisanie odręcznie vs. na klawiaturze robi jakąś różnicę? Czy to już bez znaczenia?
Czyli to nie ma jednej odpowiedzi? Bo zaczęłam pisać odręcznie i ręka mi się męczy po trzech zdaniach. Ale skoro angażuje więcej, to może warto się przemęczyć?
Wracając do pytania, które tu wisi od kilku postów i nikt nie odpowiedział wprost: czy afirmacje na świadomość w ogóle różnią się jakościowo od zwykłych afirmacji motywacyjnych, czy to tylko kwestia doboru słów? Bo z tej rozmowy wynika, że mechanizm jest ten sam, zmienia się tylko treść. Ale jeśli tak jest, to co sprawia, że jedna treść miałaby budować samoświadomość bardziej niż inna?
To co mówi Albinek jakoś mnie uspokaja, bo ja właśnie ten dyskomfort traktowałam jak znak, że robię coś nie tak. A może on jest częścią procesu?
A czy te afirmacje na samoświadomość powinny być sformułowane inaczej niż zwykłe? Czytałam gdzieś, że lepiej mówić 'zauważam siebie' niż 'jestem świadoma'. Ale nie rozumiem do końca, dlaczego forma miałaby mieć znaczenie.
Czyli zamiast 'jestem spokojna' lepiej mówić 'zauważam, że oddycham spokojnie'? To zmienia całkowicie brzmienei, bo ta druga wersja brzmi jak opis tego co robię, a nie życzenie.
No to teraz mam mieszane odczucia. Z jednej strony Albinek mówi, że regularność jest ważniejsza od treści, a z drugiej Eugenka i Krokusik mówią, że treść i forma mają ogromne znaczenie. To w końcu co jest ważniejsze?
A jak to jest z tymi afirmacjami po angielsku? Słyszałem, że mózg inaczej reaguje na język obcy i że w ojczystym języku afirmacje działają mocniej. Coś w tym jest?
To ciekawe, co mówi Zywilka53, bo ja mam odwrotnie - po angielsku jakoś mniej mnie drażni to, co mówię, i może łatwiej mi to powtarzać bez oporu. Ale może dlatego, że nie wywołuje tyle emocji co ojczysty, więc i samoświadomość mniejsza?
Ale zaraz - czy to nie jest zakładanie z góry, że emocjonalna reakcja jest niezbędna? Są tradycje, w których powtarzanie ma działać właśnie przez oswajanie, bez angażowania emocji na wejściu. Coué pisał dokładnie o tym - że autosugestia działa lepiej, gdy wola i emocje są wyłączone, bo wtedy nie blokują. Więc może Eustachy nieświadomie stosuje klasyczną technikę?
Dobra, a ile czasu to zajmuje w praktyce? Bo tu się mówi o etapach, fazach, podejściach - a ja siedzę i zastanawiam się, czy w ogóle powinienem zacząć od tego Coué, od obserwacji, czy od czegoś innego. Czy jest jakaś kolejność, którą można polecić?
