Ostatnio dużo myślę o tym, jak naprawdę działają afirmacje. I utknęłam przy jednym pytaniu, które nie daje mi spokoju: czy one coś zmieniają w świecie zewnętrznym, czy tylko my sami zaczynamy inaczej widzieć to, co zawsze było? Bo mam wrażenie, że większość ludzi myli te dwie rzeczy. Mówią 'afirmacje działają', ale nie potrafią powiedzieć, co dokładnie się zmieniło - oni czy świat wokół nich.
To jest właśnie to, o czym chciałem od dawna porozmawiać. Kiedy zaczynam rano powtarzać swoje afirmacje, po kilku tygodniach rzeczywiście coś się zmienia. Ale sam nie wiem, czy to ja patrzę inaczej, czy faktycznie rzeczywistość idzie za myślą. Jak to odróżnić? Bo efekt końcowy jest ten sam - coś się zmienia.
Ale czy to w ogóle da się rozdzielić? Jeśli zmieniam swoje zachowanie przez afirmacje - bardziej się angażuję, inaczej rozmawiam z ludźmi - to czy to już nie zmiana rzeczywistości? Pytam serio, bo mi się wydaje, że ta granica jest płynna.
Rozdzielmy to, bo się miesza. Pierwsza teza: afirmacje zmieniają wzorce myślenia, to zmienia działanie, to zmienia wyniki. Czysta psychologia, dobrze udokumentowana. Druga teza: afirmacja jako myśl emituje coś, co przyciąga zdarzenia niezależnie od działania. Tu już jesteśmy w zupełnie innym porządku i trzeba zapytać - na jakiej podstawie ktoś w to wierzy?
Właśnie, to mnie zawsze zastanawiało. Ta druga teza brzmi jak prawo przyciągania z 'Sekretu'. Ale czy ktoś tu naprawdę w to wierzy dosłownie? Że sama myśl coś ściąga? Bo jeśli tak, to dlaczego miliony ludzi powtarzają afirmacje i nie są bogaci?
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem - ale czy te afirmacje to trzeba mówić głośno, czy wystarczy myśleć? Bo słyszałam różne rzeczy i nie wiem, co ma znaczenie.
Wracając do głównego pytania - mam wrażenie, że to jest trochę jak dyskusja o tym, czy karma zmienia rzeczywistość czy tylko nasze wybory. W praktyce obserwuję u siebie, że kiedy regularnie pracuję z afirmacjami, zaczynam dostrzegać inne rzeczy. Ale czy to znaczy, że one się pojawiły, czy że ja przestałam je ignorować? Szczerze - nie wiem. I nie jestem pewna, czy da się to wiedzieć.
A czy te dwa wyjaśnienia muszą się wykluczać? Można chyba zakładać, że mózg to jeden z mechanizmów, a coś więcej też działa równolegle? Pytam, bo nie rozumiem, dlaczego to musi być jedno albo drugie.
Chyba trochę się zgubiłam w tej dyskusji 🙂 Ale chciałam zapytać - bo może to głupie - czy afirmacje mogą zaszkodzić? Mam na myśli, że ktoś sobie powtarza coś, w co nie wierzy, i czy to nie jest wtedy po prostu okłamywanie siebie?
Czyli coś w rodzaju - im bardziej kłamstwo, tym gorsze skutki? Ale skąd wiadomo, gdzie jest ta granica między 'za daleką afirmacją' a 'zdrowym celem do osiągnięcia'? Bo jeśli ktoś ma na koncie zero, a chce mieć tysiąc, to jedno. Ale jeśli ma zero i mówi 'jestem milionerką', to już problem?
Tylko że wtedy możemy tłumaczyć wszystko wszystkim i nie weryfikujemy niczego. Jeśli każdy wynik da się wytłumaczyć i mechanizmem psychologicznym, i metafizycznym, to po co w ogóle zakładać ten drugi?
Właśnie dlatego nie lubię gdy ta dyskusja staje się czysto akademicka. W codziennej praktyce - czy runo, czy afirmacja, czy inna forma skupienia intencji - efekt jest mierzalny dla osoby, która go doświadcza. Czy to 'tylko' neuronalne, czy 'coś więcej', wynik jest ten sam: zmiana zachowania i postrzegania. Pytanie o poziom metafizyczny to pytanie filozoficzne, nie praktyczne.
Przepraszam, że wejdę z boku - ale właśnie o to się martwiłam, kiedy zaczęłam pracę z czakrami. Czytałam różne rzeczy o tym, że afirmacje przy konkretnych czakrach mają 'naprawiać' blokady energetyczne, i przez chwilę myślałam, że to zastąpi mi wizytę u lekarza. Czy to jest ten rodzaj myślenia, przed którym przestrzegacie?
Mam pytanie do Jarek83 i Leontyna - bo widzę, że oboje macie bardziej sceptyczne podejście do mieszania systemów. Ale czy nie ma tradycji, które naprawdę łączyły dźwięk, liczbę i intencję w jedną praktykę? Mam na myśli np. tradycje wedyjskie albo część kabały. Czy to też jest nieuprawnione łączenie, czy tam ta synteza ma podstawy?
Słucham tej dyskusji od dłuższego czasu i mam takie spostrzeżenie, które zapisałam sobie wcześniej przy innej okazji - że w praktyce afirmacji największą zmienną nie jest treść ani częstotliwość, ani żadna numerologia, ale stopień, w jakim osoba rzeczywiście chce tego, co afirmuje. Widziałam to u siebie wielokrotnie. Kiedy chciałam czegoś 'bo powinnam chcieć' - nic. Kiedy to było moje - inne efekty. Ktoś to obserwował podobnie?
Wracając do pytania Wincentyna_01 o jajko i kurę - to chyba najlepszy obrazek tej dyskusji. Bo jeśli afirmacja może stopniowo wytwarzać intencję, to całe pytanie o 'autentyczność' robi się płynne. Nie trzeba zaczynać od autentycznego chcenia, żeby do niego dojść. Tylko wtedy co właściwie robi afirmacja - odkrywa coś, co już było, czy konstruuje coś nowego?
To jest konkretne i warte dopowiedzenia. W pracy z intencją - niezależnie od tradycji - jest coś, co różne szkoły nazywają różnie, ale co sprowadza się do tego samego: gotowości na zmianę. Afirmacja wypowiedziana bez tej gotowości to trochę jak zasianie nasienia w zamarzniętą ziemię. Forma jest, ale warunki nie. Czy to psychologia, czy metafizyka - mechanizm wygląda podobnie.
Mam pytanie do Leontyna, bo to, co opisujesz z oporem - ja to czuję bardzo wyraźnie przy niektórych afirmacjach dotyczących zdrowia. Mówię coś o sobie i wewnętrznie od razu 'wie się', że to nieprawda. Czy ten opór to znaczy, że afirmacja jest zła dla mnie, czy że właśnie tej potrzebuję najbardziej?
Ciekawe, bo u mnie z kamieniami jest coś podobnego. Jak trzymam kamień, który 'nie mój', jest taki rodzaj obojętności - nie dzieje się nic. Jak trzymam coś, z czym mam jakiś węzeł, jest wyraźny impuls, czasem nieprzyjemny. Zastanawiam się, czy mechanizm nie jest ten sam - i czy afirmacja nie działa jak rodzaj rezonansu między intencją a tym, co rzeczywiście jest do przepracowania.
Mam wrażenie, że ta dyskusja cały czas kręci się wokół jednego pytania z tytułu, tylko z różnych stron. Czy afirmacja zmienia rzeczywistość, czy zmienia nas - ale może nie ma tu 'albo albo'? Skoro zmiana w nas zmienia to, jak działamy, a to zmienia efekty w świecie, to w pewnym sensie i jedno, i drugie jest prawdą, tylko sekwencja jest przez nas.
Ja w takiej sytuacji zwykle cofam się i pytam siebie, czy w ogóle chcę tego, co mówi afirmacja - czy chcę, żeby afirmacja była prawdziwa. To nie to samo. Można powtarzać coś, bo 'tak wypada chcieć', a nie dlatego, że naprawdę się tego pragnie. I wtedy żaden mechanizm, ani psychologiczny, ani metafizyczny, nie wyciągnie z tego efektu.
To jest jedno z najtrudniejszych pytań w całej tej praktyce - czy naprawdę chcę tego, co mówię, że chcę. I bardzo rzadko ktoś zadaje je sobie uczciwie. Większość ludzi zatrzymuje się na poziomie 'brzmi rozsądnie, więc powinienem to chcieć'. A to jest właśnie to miejsce, gdzie afirmacja zaczyna działać przeciwko sobie.
Wracając do pytania z tytułu - bo mi się wydaje, że w tej rozmowie trochę odpłynęliśmy. Michasia zapytała, czy afirmacje zmieniają rzeczywistość, czy zmieniają nas. I słyszę tutaj odpowiedź, że 'zmieniają to, czego chcemy' - ale to nadal jest zmiana w nas, nie zmiana zewnętrzna. Czy ktoś ma inną perspektywę?
Mam poczucie, że ta rozmowa krąży wokół czegoś, co można by uprościć. Czy nie jest tak, że afirmacja zmienia nas, a my przez to zmieniamy rzeczywistość? Wtedy odpowiedź na pytanie z tytułu jest 'obie naraz, w tej kolejności'. Albo się mylę?
Dokładnie to chciałam powiedzieć. To jest pytanie o to, czy intencja ma skutek sprawczy poza podmiotem. I tu zaczyna się już filozofia albo metafizyka, bo nauka nie ma tu jasnej odpowiedzi. Ktoś ma zdanie?
Ja prowadzę notatki z afirmacji od dłuższego czasu i zauważyłam jedną rzecz - zmiany zewnętrzne, które przypisywałam afirmacjom, zawsze poprzedzone były zmianą w moim zachowaniu. Nigdy nie było tak, że coś się zmieniło 'samo'. Ale - i to jest ważne - nie wiem, czy bez afirmacji w ogóle dokonałabym tych zmian zachowania. Więc może to jest właśnie ten pośrednik.
Wracam do pytania z tytułu, bo ta wymiana między Jarkiem a Skrzypową dobrze pokazuje, w czym utknęliśmy. Pytałam, czy afirmacje zmieniają rzeczywistość czy nas. I teraz widzę, że może to pytanie źle postawione - bo zakłada, że te dwie rzeczy są rozdzielne. A może nie są?
