Mam wrażenie, że ta dyskusja ciągnie się między dwoma biegunami - z jednej strony 'afirmacja jako technika psychologiczna', z drugiej 'afirmacja jako działanie energetyczne'. Czy ktoś ma doświadczenie z łączeniem obu podejść świadomie, nie mieszając ich przypadkowo?
A może nie chodzi o jednoczesność, tylko o sekwencję? Najpierw zrobić, potem zanalizować. Trochę jak z runami - najpierw rzut i odczucie, potem interpretacja. Jak robisz oba naraz, to jedno przeszkadza drugiemu.
Wróćmy na chwilę do tego, co mówiła Kasjopeja - że to fałszywa alternatywa. Mam wrażenie, że pytanie z tytułu wątku jest celowo prowokacyjne. Bo jeśli 'my' jesteśmy częścią 'rzeczywistości', to zmiana nas jest zmianą rzeczywistości z definicji. Tylko pytanie, czy to wystarczy tym, którzy oczekują zmian zewnętrznych.
Mam pytanie do tych, którzy praktykują regularnie - czy macie wrażenie, że afirmacja mówiona na głos działa inaczej niż pisana? Bo słyszałem, że zapis angażuje inną część procesu i byłoby ciekawe, czy ktoś to świadomie porównywał.
Wracając do pytania Ravennej - bo myślę, że to nie jest tylko kwestia rytualnego gadżetu. Jak trzymam w ręku coś, co z czymś mi się kojarzy, to ta afirmacja ma jakby kontekst. Nie wiem, czy to działa 'energetycznie', ale na pewno inaczej wchodzi.
Czy to nie jest trochę jak kotwica? Czytałam gdzieś, że skojarzenie fizyczne z intencją pomaga mózgowi 'pamiętać' o afirmacji poza momentem powtarzania. Nie wiem, czy dobrze to rozumiem, ale wydaje mi się, że o to chodzi.
Mam takie głupie pytanie - czym w ogóle różni się afirmacja od mantry? Bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że mówicie o bardzo podobnym mechanizmie, tylko innymi słowami.
Właśnie to rozmycie jest dla mnie ciekawe - bo może sugeruje, że mechanizm jest jeden, a różne tradycje po prostu go inaczej opakowały. Albo że każda z nich odkryła kawałek czegoś większego, ale żadna nie ma pełnego obrazu.
Wracając do wątku z przedmiotem - sama zaczęłam łączyć afirmacje z kawałkiem bursztynu, który mam od dawna. I zauważyłam coś, o czym tu jeszcze nie mówiliście. Kiedy afirmacja jest przy przedmiocie, jakoś mniej daję sobie szansę na ucieczkę myślami. Jakby ten kamień służył mi za punkt skupienia, a nie za 'nośnik energii'. Może to po prostu kwestia uwagi.
To ciekawe - czyli kamień jako fizyczna kotwica uwagi, nie jako nośnik intencji. A czy to zmienia coś w tym, jak rozumiesz samo pytanie z tytułu wątku? Bo jeśli chodzi tylko o uwagę, to wychodzi na to, że afirmacje zmieniają nas - nie rzeczywistość.
I tu wracamy do punktu wyjścia. Znaczy, cała ta rozmowa kręci się wokół tego, czy zmiana wewnętrzna 'liczy się' jako zmiana rzeczywistości. Dla kogoś, kto chce konkretnego efektu - nowej pracy, naprawy relacji - ta odpowiedź może być za mało. Bo rozumiem, że moje myślenie się zmienia, ale czy cokolwiek poza mną naprawdę się zmienia?
Właśnie o to chodzi z tym 'inaczej niż zwykle' - to jest chyba najuczciwszy wskaźnik. Bo jeśli afirmacja ma coś zmieniać, to najpierw zmienia reakcję. Nie sytuację, tylko to, jak na nią patrzę. A potem - może - jak działam. I to już przekłada się na coś realnego.
Ale tu wracamy do pytania z tytułu, bo to co opisujesz to zmiana nas, nie rzeczywistości. Chyba że przyjmiemy, że 'rzeczywistość' to też to, co robimy - a nie tylko to, co na nas spada.
Ale czy to nie wychodzi trochę na to, że afirmacje są tylko jednym z wielu sposobów na zmianę nawyku myślenia? Bo jeśli tak, to czemu nie pójść do psychoterapeuty albo po prostu zacząć medytować? Afirmacje mają jakąś przewagę nad innymi metodami?
Mam pytanie trochę z boku tej dyskusji - skoro tak dużo zależy od tego, jak wypowiadamy afirmacje i w jakim stanie, to co z osobami, które mają bardzo głęboko zakorzeniony negatywny głos wewnętrzny? Czy afirmacja wtedy w ogóle przebija się przez ten głos, czy wzmacnia konflikt?
Niektórzy nazywają to 'afirmacjami pomostowymi' albo 'przeformułowaniami'. Można też trafić na określenie 'questioning affirmations' w angielskich źródłach. Noah St. John używał terminu 'afformacje' - jego książki są dostępne też po polsku, chociaż mam do jego podejścia kilka zastrzeżeń merytorycznych, ale punkt wyjścia jest trafny.
To co mówi Leontyna o oporze umysłu siedzi mi w głowie od jakiegoś czasu. Bo właśnie to czuję na początku nowej afirmacji - jakiś zgrzyt. I zastanawiałam się, czy to znak, że wybrałam złą afirmację, czy właśnie dobry znak, że trafiam w coś trudnego. Ktoś miał podobnie i wie, jak to rozróżnić?
