Mam taki problem i nie wiem, czy to tutaj, ale chyba pasuje do afirmacji. Rodzina oczekuje ode mnie konkretnych wyborów życiowych, praca, związek, dziecko, wszystko według ich harmonogramu. Próbowałam afirmacji w stylu 'jestem wolna i podążam własną ścieżką', ale czuję, że to nie działa, bo zaraz potem słyszę kolejny komentarz od mamy i wszystko się sypie. Czy afirmacje w ogóle mogą pomóc, kiedy presja jest tak realna i codziennie w twarz? Czy to kwestia złej afirmacji, czy może czegoś głębszego?
Temat rzeka. To, co opisujesz, to klasyczny konflikt między warstwą świadomą a podświadomymi wzorcami, które latami były wzmacniane przez otoczenie. Afirmacja 'jestem wolna' wypowiedziana w głowie, gdy mama stoi obok i mówi coś przeciwnego, ma małe szanse przebić się przez ten hałas. Problem nie jest w samej afirmacji, tylko w tym, że nie ma ona jeszcze żadnego emocjonalnego zakorzenienia. Pustka między słowami a odczuciem sprawia, że umysł odrzuca je jak ciało odrzuca przeszczep. Pytanie: czy kiedy powtarzasz tę afirmację, rzeczywiście czujesz choćby cień tego, co mówisz, czy to czysto mechaniczne?
To bardzo dobre pytanie, które postawiła Mandragorka, bo cele są naprawdę różne i to one powinny decydować o wyborze afirmacji. Praca nad wygaszaniem własnej reakcji to co innego niż budowanie poczucia tożsamości odpornego na zewnętrzne oceny. Widziałam przypadki, w których ktoś latami afirmował spokój wobec rodziny, ale w środku rosła tylko gruba warstwa zaprzeczenia. Twarz spokojna, środek gotujący się. To nie jest autentyczność, to tłumienie pod inną nazwą. Więc rzeczywiście warto się najpierw zatrzymać i zapytać: o co mi tak naprawdę chodzi?
Poczucie winy przy stawianiu granic to jeden z najgłębiej zakorzenionych wzorców, szczególnie gdy jest wzmacniany od dzieciństwa. Afirmacja może tu pomóc, ale musi dotykać sedna, nie objawu. Zamiast pracować nad 'brakiem winy' wprost, czasem skuteczniejsze jest afirmowanie prawa do własnych wyborów bez ich uzasadniania. Coś w stylu: 'Moje wybory nie wymagają czyjejś zgody.' Nie mówi to, że jesteś wolna od winy teraz, mówi, że masz do czegoś prawo. To subtelna różnica, ale umysł ją czuje. I tu wracam do pytania Mandragorki, bo to jest właśnie ta różnica między wygaszaniem reakcji a budowaniem gruntu pod sobą.
Wracając do meritum, bo rozmowa jest dobra, ale temat nieco się rozmywa. Ilonka pytała o poczucie winy przy mówieniu 'nie'. Seid dobrze to ujął, ale chcę dodać jeden praktyczny element, który często pomijają poradniki. Afirmacja działa najlepiej nie wtedy, kiedy jest wypowiadana przed spodziewają się trudną rozmową, tylko regularnie, w neutralnych momentach. Jeśli ćwiczysz tylko wtedy, kiedy już czujesz się atakowana, to jest za późno, umysł jest wtedy w trybie obronnym i słabo przyswaja nowe wzorce. Codzienność jest tu ważniejsza niż intensywność.
tak, rano to dobry moment, ale ważniejsze jest to, żebyś w tym momencie była maksymalnie spokojna i skupiona. Nie po prostu mechanicznie, o czym zresztą sama mówiłaś wcześniej. Możesz spróbować poprzedzić afirmację kilkoma oddechami, żeby obniżyć tło napięcia. Wtedy nawet krótkie zdanie ma szansę dotrzeć głębiej. I jeszcze jedno: nie za dużo naraz. Jedna afirmacja przez kilka tygodni lepsza niż lista dziesięciu.
Czytam i mam naiwne może pytanie: czy te afirmacje naprawdę działają, czy to tylko autosugestia? Bo jak słucham jak to opisujecie, to brzmi jak wmówienie sobie czegoś, czego się nie czuje. Nie jestem przeciwko, serio pytam.
Wisia zadała to pytanie, które miałam w głowie odkąd weszłam w ten wątek. Mnie zawsze to trochę powstrzymywało przed próbowaniem, bo wydaje się to za proste żeby naprawdę działać. Ale to co napisał Seid o sporcie, to jest jakiś konkretny punkt zaczepienia. Macie może przykład jak to wygląda od strony presji środowiska, nie sportu? Bo tutaj chodziło o rodzinę i oczekiwania, a to chyba trudniejszy teren.
To co napisała Nasturcja mnie zatrzymało. Bo właśnie tak jest z mamą. Nie mogę po prostu 'olać', bo zależy mi na niej i na relacji. I chyba właśnie dlatego te afirmacje, które próbowałam, nie robiły nic, bo w środku cały czas czułam, że walczę ze sobą, nie z jakimś obcym głosem. Jak afirmacja ma mi pomóc nie czuć się winna wobec kogoś, na kim mi zależy?
i właśnie to jest clou całego problemu. Poczucie winy wobec kogoś bliskiego jest inne niż lęk przed oceną obcych. Afirmacja nie może udawać, że tej osoby nie ma ani że zależy ci mniej. Musi uwzględniać fakt, że kochasz mamę i jednocześnie masz prawo do własnych wyborów. Coś w stylu 'kocham mamę i mogę żyć po swojemu' może brzmieć prosto, ale łączy oba elementy zamiast je wypierać.
ta pętla, tłumaczenie albo milczenie a potem kilka dni złego samopoczucia, to schemat, który afirmacja sama w sobie raczej nie przerwie. Afirmacja może zmienić twój stan wejścia w taką rozmowę, ale nie zastąpi jakiegoś minimalnego przygotowania na to, co poczujesz w trakcie. Pytanie, czy pracowałaś kiedyś nad tym, co czujesz w tej chwili, kiedy mama zaczyna ten temat? Nie po fakcie, ale w środku rozmowy?
Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć, że afirmacje to nie jest takie proste jak mówienie sobie 'jestem silna' przed lustrem. Ale mam pytanie może głupie: czy to nie jest tak, że po prostu uczymy się kłamać sami sobie coraz sprawniej, aż w końcu sami w to wierzymy? Bo skąd wiadomo, gdzie jest granica między zdrową zmianą przekonań a zwykłym wypieraniem?
To co pisze Nasturcja ma sens, ale zastanawiam się nad jednym. Jeśli zmieniam tylko swoje wewnętrzne odczucie, a mama dalej co miesiąc mówi to samo, to czy nie jest tak, że po prostu uczę się tolerować coś, co może warto byłoby powiedzieć wprost? Nie mówię, że afirmacje są złe, ale czy nie można po prostu porozmawiać z mamą?
Ta odpowiedź Ilonki jest kluczowa dla całego wątku. Bo ona precyzyjnie nazywa, co chce zmienić, nie zachowanie mamy, nie relację, tylko swój własny stan po takich rozmowach. I to jest cel, do którego da się skonstruować konkretną afirmację. Coś, co przypomina jej, że czyjaś troska nie jest wyrokiem. Ilonka, czy to dobrze rozumiem?
Chcę do tego dodać jedną rzecz, bo pracuję z afirmacjami od dłuższego czasu i ten wątek aktywny kontra bierny jest rzeczywiście ważny. Ale jest jeszcze jeden element, o którym rzadko się mówi, mianowicie czas gramatyczny. Afirmacje w czasie teraźniejszym ciągłym, 'wybieram', 'działam', są często lżejsze dla umysłu niż twierdzenia stanu, 'jestem', 'mam'. Szczególnie na początku pracy, zanim przekonanie się ugruntuje.
tak, i to jest dobry punkt wyjścia. Tyle że afirmacja w momencie silnego wzburzenia często nie działa, bo umysł jest zbyt zajęty. Czasem lepiej zacząć od czegoś prostszego, jednego zdania, które nie musi być nawet afirmacją w klasycznym sensie. Pytanie: co jest dla ciebie ważniejsze w tym momencie po rozmowie, wyciszenie czy odbudowanie przekonania o sobie? Bo to może wymagać dwóch różnych rzeczy.
to jest bardzo ważna obserwacja o sobie i naprawdę niewielu ludzi potrafi ją tak precyzyjnie nazwać. Jeśli faktycznie identyfikujesz tę kolejność, wyciszenie najpierw, przekonanie potem, to może mieć sens dwuetapowe podejście. Coś fizycznego na pierwszym etapie, oddech, kilka minut ciszy, może krótka medytacja, a dopiero potem afirmacja. Czy próbowałaś kiedyś czegoś takiego, nawet intuicyjnie?
Właściwie mam pytanie do osób, które to stosują. Czy te afirmacje robicie głośno, po cichu, piszecie je? Bo czytałam różne rzeczy i każde źródło mówi co innego. Chcę spróbować, ale nie wiem, od czego zacząć technicznie.
Słucham tej rozmowy i mam jedno zastrzeżenie do tej całej dyskusji o formie. Skupiamy się bardzo na tym, jak afirmować, a trochę zapominamy, że Ilonka ma konkretny problem, mianowicie presję ze strony mamy, która powtarza się regularnie. I żadna forma afirmacji, pisana, głoszona, nagrywana, nie zmieni tego, że ta presja będzie wracać. Co Ilonka robi z tym między rozmowami, kiedy mama akurat nie pyta?
to, co opisujesz, to warunkowa reakcja emocjonalna. Ciało uczy się reagować na bodziec, zanim głowa zdąży cokolwiek pomyśleć. Afirmacja bezpośrednio tego nie zmieni, bo to nie jest kwestia przekonań, to kwestia nawykowej reakcji ciała. Natomiast regularna praktyka może stopniowo zmieniać to tło, z którym wchodzisz w tę reakcję. Pytanie jest inne: czy to napięcie przed rozmową jest silniejsze niż to po?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam podobny problem, tylko z koleżankami z pracy, nie z rodziną. Czy to co tutaj mówicie dotyczy też takich relacji, czy presja rodzinna jest jakoś specyficzna i wymaga innego podejścia?
Mam pytanie, które mnie nurtuje od kilku postów. Ile razy dziennie i przez ile czasu trzeba to robić, żeby to w ogóle zadziałało? Czy ktoś widział jakieś konkretne zmiany i po jakim czasie? Bo dużo tu o tym jak i dlaczego, ale nie ma danych o tym kiedy.
Wracam do tego, co pisał Seid o reakcji ciała przed odebraniem telefonu. Próbowałam tej krótkiej pauzy, którą opisała Nasturcja. Kilka razy udało mi się nie odbierać od razu i rzeczywiście napięcie było trochę mniejsze. Ale nie wiem, co mówić sobie w tej pauzie. Coś konkretnego, czy to ma być po prostu cisza?
to zależy, czego ci brakuje w tej chwili. Jeśli brakuje ci poczucia, że masz wybór, to zdanie może brzmieć tak: 'mogę odebrać, mogę nie odebrać, decyduję sama'. Jeśli brakuje ci spokoju, to coś krótszego, jedno słowo, oddech, ciszę. Nie ma jednej wersji. A co czujesz dokładnie, zanim odbierzesz, czy to jest lęk, czy bardziej zmęczenie z góry?
to drugie, co mówisz, jest ważniejsze. Jeśli wzorzec z mamą faktycznie wygląda tak, że rozmowy kończą się tłumaczeniem, to twoje zmęczenie jest trafną oceną sytuacji, a nie błędem przekonania. Afirmacja nie zmieni tego, że mama pyta o pracę albo o związek. Zmienić może tylko twój stosunek do tego, że ona pyta. To subtelna różnica, ale decyduje o tym, jaką afirmację konstruować.
to, co opisujesz po rozmowie, ta godzinna analiza, to jest osobny proces i szczerze mówiąc afirmacja tu nie wystarczy sama. To jest ruminacja i ona ma własną dynamikę. Ale jest coś, czego można spróbować: zamiast afirmacji po fakcie, mieć jedno krótkie zdanie, które kończy rozmowę wewnętrznie. Coś w stylu zamknięcia. Nie tłumaczenia, tylko postawienia kropki. Ktoś tutaj próbował czegoś takiego?
Mam pytanie trochę z boku tej dyskusji. Czy te zdania, o których mówicie, to są zawsze po polsku? Gdzieś czytałam, że afirmacje robione w obcym języku działają inaczej, bo ten język nie ma takich samych ładunków emocjonalnych. Czy to ma jakieś znaczenie?
