To, co mówi Obsydianka, ma sens jako kwestia kolejności. Najpierw: zbyt krótki czas i brak widocznych zmian to norma, nie wyjątek. Zmiany przekonań są powolne, bo przekonania budowały się latami. Tydzień, dwa tygodnie, nawet miesiąc to za mało na weryfikację skuteczności. Potem można rozmawiać o formulacji.
Cieszę się, że Obsydianka to powiedziała, bo właśnie tego szukałam w tym wątku na początku. Nie wiem, ile czasu 'powinnam' czekać, żeby w ogóle wiedzieć, że afirmacje działają lub nie działają. Bo jak robię coś przez dwa tygodnie i nic nie czuję, to się zastanawiam, czy nie tracę czasu.
Dwa tygodnie to za mało na ocenę skuteczności, ale nie za mało na obserwację. Pytanie nie brzmi 'czy już mam wynik', tylko 'czy cokolwiek się lekko zmieniło w tym, jak reaguję na sytuacje, do których się odnoszę'. Jeśli absolutnie nic, nawet w tle, to warto zmienić formulację. Jeśli jest jakiś ruch, choćby minimalny, to kontynuować.
Ja akurat prowadzę notatki od jakiegoś czasu i to naprawdę zmienia perspektywę. Bez notatek wydaje mi się, że nic się nie zmienia. Jak patrzę wstecz, to widzę, że jednak coś przesunęło się minimalnie. Problem polega na tym, że w środku procesu tego nie widać.
Nie musisz prowadzić dziennika. Ja zaczęłam od jednego zdania dziennie, nic więcej. Wieczorem, przed snem, zapisuję jedno zdanie o tym, co tego dnia poczułam inaczej niż zwykle. Nie musi być związane z afirmacją wprost. Chodzi o to, żeby mieć cokolwiek do porównania po kilku tygodniach.
A jak długo to 'dłuższy czas'? Bo ciągle mówicie 'za krótko' albo 'dłuższy czas', ale nikt nie powiedział żadnej konkretnej liczby. Dwa tygodnie, miesiąc, trzy miesiące?
Chwilę. Czy ta dyskusja o neuroplastyczności i badaniach naukowych jest w ogóle pomocna dla kogoś, kto przyszedł tu z pytaniem 'tracę wiarę po dwóch tygodniach'? Bo mam wrażenie, że to poziom rozmowy, który oddala się od praktycznego problemu.
Właśnie to. Mnie nie chodzi o to, ile czekać. Chodzi o to, że w trakcie czekania pojawia się taki głos 'to i tak nie zadziała, to głupie, po co w ogóle'. I nie wiem, jak reagować na ten głos. Przerywać afirmację i robić coś innego? Siłą go zagłuszać? Zapisać i zostawić?
To jest jedno z najważniejszych pytań w tym wątku i cieszę się, że w końcu zostało powiedziane wprost. Ten głos nie jest przeszkodą w procesie, on jest jego częścią. Opór, który pojawia się podczas afirmacji, to często echo przekonania, które próbujesz zmienić. Nie chodzi o to, żeby go wyciszyć. Chodzi o to, żeby zauważyć, co konkretnie mówi, bo to jest informacja o tym, gdzie jest rzeczywisty problem.
Ja słyszałam, że najlepiej na te blokujące myśli stosować afirmacje napisane w drugiej osobie, bo wtedy mózg odbiera je jakby przychodziły z zewnątrz i nie uruchamia tych samych mechanizmów obronnych. Zamiast 'ufam procesowi' mówisz 'ty ufasz procesowi'. Podobno działa lepiej przy głębokim oporze.
Wracam do tego, co powiedziała Albitka, bo to mnie dotyczyło bezpośrednio. Ten głos 'po co w ogóle' najsilniej pojawiał się u mnie nie w trakcie afirmacji, ale kilka godzin po. Jakby opór nie chciał się ujawnić od razu, tylko czekał, aż przestanę być skupiona. Zapisywanie tego, kiedy i przy jakiej okazji się pojawia, dało mi więcej niż analiza samej treści afirmacji.
No właśnie, ale czy wtedy to jeszcze jest afirmacja? Bo afirmacja to ma być pozytywne stwierdzenie, a nie 'uczę się'. To brzmi jak wyznanie słabości, nie jak zmiana nastawienia.
Mam to samo pytanie co Albitka. Zawsze myślałam, że siła afirmacji polega właśnie na tym sformułowaniu w czasie teraźniejszym i pewnym, jakby to już było. 'Ufam', nie 'uczę się ufać'. Czy ta zasada to mit, czy jest jakaś logika za tym?
To to trochę zaprzecza całej idei afirmacji. Jeśli mówię coś w co i tak już wierzę, to po co to mówić? A jeśli mówię coś, w co nie wierzę, to pojawia się opór. Gdzie jest ten złoty środek?
Mogę coś dodać do kwestii, którą Drozdzia poruszyła wcześniej o głosie w środku zdania. Przez jakiś czas próbowałam afirmacji pisanych, nie mówionych, i ten głos był znacznie cichszy. Nie wiem, czy to dlatego, że pisanie jest wolniejsze i mam czas coś zaobserwować, zanim opór się włączy, czy po prostu inny kanał zmniejsza intensywność. U mnie działało. Ale nie wiem, czy to się sprawdza u innych.
I znowu robimy z afirmacji problem do analizy zamiast praktyki. Albitka pytała o to, jak nie tracić wiary w trakcie czekania, a od kilku postów rozmawiamy o tym, który kanał sensoryczny jest właściwszy. Mam wrażenie, że tu wchodzimy w ten sam schemat, który opisała, szukamy odpowiedzi zamiast po prostu trwać w praktyce.
Żal rezygnowania to nie jest zły powód. To po prostu uczciwy powód. Wiara, motywacja i wytrwałość rzadko są romantyczne, częściej są właśnie takie, nie chcę wyrzucić tego w kosz, bo już zaczęłam. To działa lepiej niż czyste przekonanie, bo jest zakorzenione w czymś realnym, w czasie i energii, które już poświęciłaś.
Ale co jeśli afirmacje nie tylko nie działają, ale aktywnie pogarszają nastrój? Bo u mnie czasem po sesji jest gorzej niż przed. Nie wiem, czy mam to traktować jako 'opór, który jest częścią procesu' czy jako sygnał, że ta metoda po prostu nie jest dla mnie.
Zastanawiam się nad tym, co Obsydianka napisała. Że smutek po sesji to wynik. Nigdy tak nie patrzyłam na to, co czuję po. Zawsze traktowałam to jako dowód, że coś robię źle albo że to nie działa.
Wróćmy chwilę do Albitki, bo mi się wydaje, że jej pytanie z początku wątku do tej pory nie dostało jednej rzeczy: co konkretnie ma robić w tych momentach, kiedy wiara spada? Mamy całą teorię o kontraście, o strefach możliwego, o pisaniu versus mówieniu, ale co się robi w środku wtorku, kiedy po prostu odpuszcza?
Też tak myślałam. Ale to co do mnie dotarło po czasie: próba zignorowania zwątpienia nie sprawia, że ono znika. Ono i tak jest. Tylko tłumione. Zapisanie go na papierze to nie jest skupianie się na nim, to jest uznanie, że istnieje, i przejście dalej. Coś jak zamknięcie drzwi zamiast udawania, że ich nie ma.
Czytałam kiedyś, że prowadzenie takiego dziennika przed afirmacją aktywuje lewą półkulę, odpowiedzialną za logikę, i przez to afirmacja trafia do prawej, emocjonalnej, z mniejszym oporem. Chyba to jest ten mechanizm.
Mam pytanie trochę z boku. Wy mówicie o tych technikach tak, jakby każda osoba miała tygodnie na eksperymentowanie. A co z kimś, kto jest w środku trudnej sytuacji i potrzebuje czegoś, co da jakiś efekt szybko? Czy afirmacje w ogóle są wtedy odpowiednim sposóbm, czy to raczej coś na spokojniejszy czas?
To co Dadzbog.x napisał brzmi bardziej jak pocieszanie siebie niż afirmacja. Nie oceniam, bo sama tego nie wiem, ale ta granica mi się zaciera.
Ta granica jest rozmyta celowo, bo afirmacja to nie jest gatunek literacki z definicją w słowniku. To przekonanie, które powtarzasz świadomie. Czy 'to jest tymczasowe' to pocieszenie czy afirmacja? Jedno i drugie, i to nie jest problem. Problem zaczyna się, kiedy pocieszasz się zdaniem, w które absolutnie nie wierzysz, bo wtedy twój umysł traktuje to jako kłamstwo i zamyka drzwi.
No ale 'to jest tymczasowe' to jest zdanie, które mogę powiedzieć, nawet gdy nie wiem, czy to prawda. Co jeśli nie jest tymczasowe?
I tu wracamy do meritum tematu. Albitka mówiła o tym, że nie widzi wyników po kilku tygodniach. Pytanie, które tu nie padło wprost: jakich wyników oczekujesz? Czy zewnętrznych zmian, czy wewnętrznych? Bo to są dwa zupełnie różne zegarki.
