Cześć, chciałam zapytać o coś, co mnie blokuje od jakiegoś czasu. Stosuję afirmacje, ale mam wrażenie, że im bardziej powtarzam 'mam wszystko, czego potrzebuję', tym bardziej czuję, że to nieprawda. Jakby umysł od razu odpowiadał 'nie, nie masz'. Czytałam, że afirmacje mają przeprogramować myślenie, ale jak to robić, kiedy wychodzi się z miejsca, gdzie naprawdę brakuje i pieniędzy, i poczucia stabilności? Czy ktoś przez to przechodził i wie, jak to ugryźć?
Dokładnie to samo miałam na początku. Ten opór to właściwie dobry znak, bo znaczy, że umysł jeszcze nie kupił nowej narracji. Problem polega na tym, że afirmacje w stylu 'jestem bogata i szczęśliwa' przy realnym braku działają jak kłamstwo i mózg to odrzuca. Zaczęłam od formy pośredniej, np. 'jestem otwarta na to, że moja sytuacja może się zmienić' albo 'pozwalam sobie wierzyć, że zmiana jest możliwa'. Mniejsze kroki, ale przynajmniej bez tego wewnętrznego buntu.
Przepraszam, że wchodzę z głupim pytaniem, ale czy to w ogóle możliwe, żeby afirmacje pogorszyły samopoczucie? Zawsze myślałam, że to tylko pozytywna rzecz i nie może zaszkodzić.
No ale kognitywny dysonans to jest właśnie sygnał, że zmiana zachodzi. Jak jest opór, to znaczy, że stare przekonanie się broni. Trzeba przez to przejść, a nie rezygnować z afirmacji.
Właśnie to jest chyba clou tego tematu. Poczucie braku to nie tylko przekonanie, to często coś głębiej zakorzenionego. Afirmacja, która przykrywa ten korzeń, nie usuwa go. Spotkałam się z podejściem, gdzie najpierw robi się pracę z przekonaniami, np. zapisuje te myśli, które pojawiają się jako opór, i dopiero z tym materiałem układa afirmacje dopasowane do swojej sytuacji. Nie 'mam wszystko', tylko np. 'uczę się dostrzegać to, co już mam'.
mniej więcej tak. Piszesz afirmację, pojawia się wewnętrzny głos 'to nieprawda, bo...', i ten powód zapisujesz. Potem patrzysz, co tam siedzi. Często wychodzą przekonania w stylu 'nie zasługuję', 'zawsze mi się nie udaje', 'pieniądze są dla innych'. Z tymi konkretami można pracować, zamiast ogólnie afirmować obfitość.
A czy te przekonania, które wychodzą podczas afirmacji, to nie są czasem rzeczy, które mamy zakodowane z dzieciństwa? Bo mam takie wrażenie, że moje blokady finansowe są wprost z domu rodzinnego i nie wiem, czy sama afirmacja to ruszy.
Dziękuję za ten wątek, czytam i dużo mi to dało do myślenia! Ja też miałam ten problem, że afirmacje działały przez chwilę, potem przestawały. Teraz rozumiem, że może po prostu były zbyt oderwane od mojego obecnego stanu. Spróbuję tej metody z zapisywaniem oporu.
A jak długo zwykle trwa, zanim afirmacje zaczną 'wchodzić' bez tego wewnętrznego oporu? Czy to kwestia dni, tygodni? Bo zastanawiam się, czy w ogóle dać sobie jakiś czas próby, zanim ocenię, że nie działa.
z tego, co czytałam i co sama obserwowałam, to bardzo indywidualne. U mnie minęło kilka tygodni zanim przestałam czuć ten dysonans przy pewnych afirmacjach, przy innych czuję go do dziś i to sygnał, że tam jeszcze jest coś do przepracowania. Nie ma jednej odpowiedzi, ale dałabym sobie minimum miesiąc regularnej praktyki, zanim cokolwiek oceniasz.
To bardzo indywidualne i nie ma jednej odpowiedzi, ale z tego, co obserwuję, opór przy afirmacjach dotyczących pieniędzy i niedostatku jest zwykle twardszy niż przy innych obszarach. Kilka tygodni to moim zdaniem minimum, żeby w ogóle zobaczyć jakiś ruch. Ale ważniejsze pytanie jest inne: czy w tym czasie cokolwiek się zmienia w twoim myśleniu poza samą sesją z afirmacjami? Bo jeśli poza tymi kilkoma minutami dziennie wszystko wraca do starego, to może czas jest za krótki albo metoda za słaba na to, co siedzi głębiej.
A jak w ogóle ocenić, czy coś 'wchodzi'? Bo ja nie bardzo wiem, jak to sprawdzić. Mam na myśli, że opór czuję albo nie czuję w danej chwili, ale czy to znaczy, że coś się zmienia na głębszym poziomie? Jakoś nie umiem tego zmierzyć.
To ciekawe, bo ja właśnie wpadałam w tę pułapkę. Prowadziłam dziennik i on stawał się miejscem wyrzucania wszystkich lęków finansowych. Niby czułam ulgę po napisaniu, ale następnego dnia wszystko wracało. Czy to znaczy, że dziennik mi szkodził, czy po prostu źle go prowadziłam?
myślę, że nie tyle szkodził, co był używany do czegoś innego niż obserwacja. To jest częsty błąd, bo pisanie bywa katartyczne i zaczyna służyć emocjonalnemu rozładowaniu zamiast śledzeniu zmian. Jedno nie wyklucza drugiego, ale warto je rozdzielić. Jedno miejsce do wyrzucania emocji, osobne do obserwacji wzorców.
Przepraszam, że wchodzę w środku, ale mam pytanie do całej dyskusji. Czy w ogóle trzeba rozumieć, skąd pochodzi to poczucie braku, żeby afirmacje zaczęły działać? Bo czytam to od początku i mam wrażenie, że trzeba być prawie psychologiem, żeby poprawnie pracować z afirmacjami. Czy naprawdę jest aż tak skomplikowane?
Mnie z kolei zastanawia, czy te blokady z domu rodzinnego da się w ogóle przepracować samymi afirmacjami, czy to jest po prostu za płytkie sposób do tak głębokiego problemu. Bo tutaj wcześniej pisałam o tym i Niezapominajka_68 odpowiedziała, że może nie wystarczyć. Ale co w takim razie powinno być pierwszym krokiem?
Właśnie, emocja to jest to, czego brakuje w większości podejść do afirmacji. Ludzie skupiają się na słowach, a nie na stanie, który te słowa mają wywołać. Możesz mieć idealnie sformułowaną afirmację, ale jeśli jesteś emocjonalnie odcięty podczas jej powtarzania, to tak jakbyś recytował listę zakupów.
to jest chyba najważniejsze pytanie w tym wątku. Jedna rzecz, która mi pomagała, to nie skakać od razu do obfitości, tylko szukać emocji w małych, już istniejących momentach. Na przykład wdzięczność za coś zupełnie konkretnego, co masz teraz. Nie za wyimaginowane bogactwo, tylko za herbatę, za ciepłe mieszkanie, za cokolwiek realnego. Z tego małego prawdziwego uczucia znacznie łatwiej się startuje niż z próby wyobrażenia sobie czegoś, w co się nie wierzy.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie. Czy praca z czakrą splotu słonecznego mogłaby przy tym pomóc? Bo mam wrażenie, że poczucie braku jest mocno związane z tą czakrą i może samo zajmowanie się afirmacjami bez zadbania o ten poziom energetyczny mija się z celem.
I właściwie wróćmy jeszcze do samego formułowania afirmacji. Bo cały czas mówimy o emocjach i głębokiej pracy, ale mnie nadal zastanawia ta kwestia z początku dyskusji: czy 'jestem gotowa na obfitość' naprawdę lepiej działa niż 'mam obfitość'? Może ktoś to sprawdził na sobie dłużej niż kilka tygodni?
Właśnie tu leży problem z całym tym podejściem 'formułuj dokładnie tak a nie inaczej'. Jakby magiczna forma słów była ważniejsza niż to, co się dzieje wewnątrz. Mam wrażenie, że ludzie spędzają więcej czasu na szukaniu idealnego zdania niż na faktycznej pracy z przekonaniem.
a co konkretnie obserwujesz po tych kilku tygodniach? Bo 'nie wiem czy cokolwiek się zmieniło' to dosyć szeroka odpowiedź. Chodzi o nastrój, o myśli które się pojawiają, o jakieś decyzje, które podjęłaś albo nie podjęłaś?
Przepraszam, że może to głupie pytanie, ale właśnie o to mi chodziło kiedy pytałam wcześniej. Czy zmiana w sposobie myślenia to już jest wynik, czy to jest dopiero warunek do tego, żeby w ogóle coś się zmieniło na zewnątrz? Sama nie wiem, jak to rozumieć.
Wracam do tego, co pytałam o Manipurę. Nie chciałam odpłynąć od tematu, ale zastanawia mnie właśnie to, że może samo powtarzanie afirmacji bez żadnej pracy z energią ciała jest niepełne. Nie mówię, że jedno zastępuje drugie, ale może jedno bez drugiego po prostu nie sięga wystarczająco głęboko.
I to chyba jest coś, co mnie najbardziej frustruje w tym temacie. Nie można odizolować jednej zmiennej. Afirmacje, medytacja, notatki, praca z energią, terapia - wszystko na raz i potem człowiek nie wie, co pomogło. Czy ktoś próbował kiedyś tylko samych afirmacji, bez niczego innego?
dwa tygodnie to chyba mało, żeby oceniać? Ale ten efekt, że lepiej rano a gorzej wieczorem, to brzmi jakby to było bardziej jak nastrojenie się rano niż głębsza zmiana. Czy miałaś jakieś chwile, kiedy ta poprawna afirmacja w ogóle nie przychodziła, bo emocje były zbyt mocne?
ten moment, kiedy siadasz i czujesz, że kłamiesz, wypowiadając afirmację, to chyba coś, o czym rzadko się mówi otwarcie. Ja też to miałam i nie wiedziałam, czy to znak, że robię coś źle, czy że po prostu jeszcze nie wierzę. Czy ktoś wie, jak to rozróżnić?
