Robię afirmacje już trzeci tydzień i zupełnie nic się nie zmienia. Wstaję rano, powtarzam te zdania, wieczorem to samo, a życie stoi w miejscu. Gdzieś czytałam, że wyniki powinny być widoczne po 21 dniach i właśnie zbliżam się do tej granicy, a nie widzę żadnej różnicy. Czy ktoś miał podobnie i co z tym zrobił? Zaczynam myśleć, że to po prostu nie działa.
Szczerze? Mnie też zastanawia, skąd w ogóle wzięły się te 21 dni. Brzmi jak liczba z sufitu. Czy jest jakieś sensowne wytłumaczenie, dlaczego akurat tyle, czy to jeden z tych mitów, które krążą w kółko?
To akurat da się sprawdzić. Ta liczba pochodzi od chirurga Maxwella Maltza, który w latach 60. zaobserwował, że jego pacjentom zajmuje mniej więcej 21 dni przyzwyczajenie się do nowego wyglądu po operacji. Napisał o tym w książce 'Psychocybernetyka' i jakoś ta liczba zaczęła żyć własnym życiem. Późniejsze badania, między innymi Phillippy Lally z UCL, pokazały że utrwalenie nawyku trwa średnio 66 dni, przy czym rozpiętość była od 18 do 254 dni, zależnie od osoby i rodzaju zachowania. Więc po trzech tygodniach wymaganie efektów to trochę jak sadzenie żołędzia i pytanie po miesiącu, gdzie jest dąb.
Ja zawsze mówię, że do afirmacji trzeba dobrać odpowiedni kamień. Przy pracy nad zaufaniem do siebie i do procesu najlepiej sprawdza się labradoryt albo sodalit, bo wzmacniają intuicję i pomagają umysłowi otworzyć się na zmiany. Bez wsparcia energetycznego same słowa to tylko słowa.
Mam pytanie do Albitki zanim ktoś pójdzie dalej z poradami: jak brzmią twoje afirmacje? Pytam, bo to naprawdę robi dużą różnicę. Są takie sformułowania, które mózg od razu odrzuca, bo 'czuje', że to nieprawda.
No i właśnie, pierwsze zdanie to klasyczna pułapka. Jeśli w środku czujesz niepokój, a mówisz sobie 'jestem spokojna', to jakiś głos natychmiast odpowiada 'nieprawda'. I zamiast afirmacji robisz sobie wewnętrzny spór. Próbowałaś kiedyś sformułowań w stylu 'uczę się ufać sobie' albo 'coraz częściej zauważam momenty spokoju'? To zdania, których umysł nie odrzuca, bo są prawdziwe już teraz.
Wtrącę się z innej strony, bo widzę tu coś, o czym nikt jeszcze nie powiedział. Trzy tygodnie to bardzo mało, ale jest też kwestia aktualnego układu tranzytów. Jeśli ktoś pracuje z afirmacjami nad zaufaniem i spokojem w czasie, gdy ma nad natalnymi pozycjami ciężkie tranzyt Saturna, to może robić wszystko poprawnie i nadal czuć jakby pod prąd płynęła. Nie mówię, że astrologia zastępuje pracę, ale żeby nie przykładać do siebie zbyt ostrego miernika w momencie, gdy okoliczności obiektywnie są wymagające.
Wracając do tego, co mówiła Bogumiła o sformułowaniach: mam w notatniku zasadę, którą gdzieś wyłapałam, że dobre afirmacje są w czasie teraźniejszym, ale w formie procesu, nie stanu. 'Staję się', 'uczę się', 'buduję'. Porównałam ze swoimi starymi afirmacjami i faktycznie te w stylu 'jestem' dawały mi dużo mniejszy efekt niż te z czasownikami ruchu. Czy ktoś jeszcze to zauważył?
To co mówi Heliosa o formie procesu zamiast stanu brzmi przekonująco, ale mam pytanie praktyczne: czy to nie sprawia, że nigdy nie docierasz do punktu, gdzie możesz powiedzieć 'już to mam'? Czy te afirmacje w stylu 'staję się' nie trzymają cię wiecznie w trybie dochodzenia do celu?
To bardzo dobre pytanie i właśnie tu leży jeden z paradoksów pracy z przekonaniami. Forma 'staję się' nie jest przyznaniem, że nigdy nie dojdziesz, tylko sposobem na obejście mechanizmu obronnego, który uruchamia się przy stwierdzeniach niezgodnych z aktualnym stanem. Kiedy przekonanie faktycznie się zakorzeni, sama zaczniesz formułować inaczej, bo nie będziesz już potrzebować formy procesu. To nie jest wieczna pętla, to rusztowanie, które zdejmujesz, kiedy budynek stoi.
Właśnie dlatego kamienie tak dobrze uzupełniają afirmacje, bo pomagają zejść z poziomu napięcia. Trzymasz w dłoni coś chłodnego, gładkiego, skupiasz się chwilę na oddechu i dopiero wtedy mówisz. Sam stan ciała jest inny.
Wracając do tego, co mówił Dadzbog.x o oddechu i ciele, bo to mnie zatrzymało. Czy to znaczy, że mam najpierw się jakoś wyciszyć, a dopiero potem mówić te zdania? Bo ja zazwyczaj robię to rano, jeszcze nie do końca rozbudzona, trochę mechanicznie.
Mechanicznie to najgorszy możliwy tryb do tej pracy. Brzmi paradoksalnie, bo wydaje się, że nawyk powinien być właśnie automatyczny, ale przy afirmacjach chodzi o to, żeby świadoma część umysłu była obecna, nie uśpiona. Pięć minut spokojnego oddechu przed, ewentualnie kilka minut ciszy. Nie musisz robić pełnej medytacji, ale potrzebujesz wyjść z trybu autopilota zanim zaczniesz. Spróbuj przez tydzień tylko tę jedną zmianę i obserwuj, czy coś się różni.
Mam pytanie, bo nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o świadomej obecności przy afirmowaniu, ale przecież medytacje z mantrami często robi się właśnie w kółko, prawie transowo. To nie jest sprzeczność?
Mam wrażenie, że Albitka dostała tu dzisiaj więcej konkretnych wskazówek niż z większości artykułów na ten temat. Ale chcę zapytać: jak ty sama się teraz czujesz z tym wszystkim? Bo to dużo informacji na raz i nie wiem, czy to nie przytłacza bardziej niż pomaga.
Czyli Albitka zaczyna od oddechu przed mówieniem. Ale jak długo trzymać ten oddech? Bo Dadzbog.x mówił o pięciu minutach, a to dla mnie rano brzmi jak wieczność.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że wchodzimy coraz głębiej w to, jak mierzyć efekty, a trochę zapominamy o tym, co jest w tytule wątku, czyli o tym co robić kiedy efektów nie widać i traci się wiarę. Dla mnie kluczowe było to, żeby zmienić definicję 'efektu'. Zaczęłam zauważać bardzo małe sygnały zamiast czekać na duży przełom.
Więc chodzi o zmiany w zachowaniu, nie w okolicznościach zewnętrznych? Bo miałam wrażenie z niektórych materiałów, że afirmacje mają też przyciągać konkretne rzeczy z zewnątrz.
Właśnie to mnie trochę zagubiło na początku. Zaczęłam z afirmacjami o zaufaniu do procesu, bo chciałam się mniej spinać o wyniki. I teraz wychodzi, że cały czas myślę o wynikach, mierząc efekty afirmacji. To jest lekko absurdalne.
To wcale nie jest absurdalne, to jest bardzo typowe. Paradoks polega na tym, że samo śledzenie efektów afirmacji o zaufaniu utrzymuje cię w trybie kontroli. Nie wiem czy jest idealne wyjście z tego, ale świadomość tej sprzeczności już jest czymś. Przynajmniej nie udajesz, że jej nie ma.
Dziękuję za tę odpowiedź, bo właśnie to robiłam przez kilka tygodni i teraz rozumiem, dlaczego czułam się coraz gorzej zamiast lepiej. Nie wiedziałam, że stan ciała tak bardzo wpływa na to, jak ta afirmacja jest odbierana.
Wróćmy do tego, co powiedziała Orakliaa, bo mam podobne odczucia. Przez kilka tygodni robiłam afirmacje o spokoju i byłam coraz bardziej napięta, nie spokojniejsza. Myślałam, że robię coś źle, ale może to właśnie ten mechanizm, o którym mówił Dadzbog.x, że ciało rejestruje kontrast? Jak w ogóle sprawdzić, czy jest się w odpowiednim stanie przed afirmacją? Bo to brzmi jak dodatkowe zadanie do wykonania przed samą praktyką.
Ja robiłam afirmacje rano, zaraz po wstaniu, kiedy byłam jeszcze trochę ospała. Ktoś mi powiedział, że to najlepszy moment, bo umysł jest wtedy bardziej otwarty. Ale czytam tę rozmowę i zaczynam się zastanawiać, czy ten stan ospałości to był dobry stan, czy zły. Bo nie byłam ani spokojna świadomie, ani zestresowana. Byłam po prostu półprzytomna.
Stan między snem a jawą, który opisuje Albitka, to w różnych tradycjach uznawany za jeden z bardziej receptywnych momentów. Nie jest ani naładowany lękiem, ani w pełni kontrolowany przez krytyczny umysł. Nie powiem, że to gwarantuje efekty, ale nie jest złym wyborem co do zasady. Kwestia, czego dotyczy afirmacja i jak jest sformułowana, może być ważniejsza niż pora dnia.
Mam inne podejście do tej całej dyskusji o porach i stanach. Przez długi czas szukałam idealnych warunków i idealnego momentu, i nic się nie zmieniało, bo ciągle byłam w fazie przygotowań. Dopiero jak zaczęłam robić afirmacje mimo złego stanu, nie optymalnie, nie zawsze o tej samej porze, zaczęłam zauważać coś innego. Może właśnie niedoskonałe wykonanie jest bardziej realistyczne i przez to trwalsze.
To, co opisuje Heliosa, to jest dokładnie ten moment, kiedy afirmacja przestaje być recytowaniem i zaczyna być czymś użytecznym. Przez długi czas nie rozumiałam różnicy i właśnie dlatego nie miałam żadnych wyników. Zmieniło się, gdy przestałam szukać zdań, które brzmią dobrze, i zaczęłam szukać zdań, przy których mogę oddychać.
Słucham tej rozmowy i mam jedno zastrzeżenie do kierunku, w którym idzie. Coraz bardziej odchodzimy od tematu wątku, który brzmi 'gdy nie widzisz wyników'. I wydaje mi się, że ktoś, kto nie widzi wyników po krótkim czasie, często nie ma problemu z formulacją afirmacji, tylko z oczekiwaniem. Czy nie warto wrócić do tego?
