Właśnie ten model jest źródłem większości frustracji, jakie widzę w takich wątkach. Afirmacja nie jest zaklęciem. Zmiana nastawienia może zmienić to, jak interpretujesz sytuację, co zauważasz, jak reagujesz. Ale nie przestawi okoliczności zewnętrznych bez działania. Ktoś, kto codziennie powtarza 'ufam procesowi', a siedzi bez ruchu i czeka na wynik, czeka na coś, czego afirmacja nie jest w stanie dostarczyć.
Mam wrażenie, że ta rozmowa trochę wywróciła mit o tym, że afirmacje to samodzielna metoda. U mnie działały dopiero, gdy zaczęłam je traktować jako część czegoś, nie jako samo rozwiązanie. Czy to jest ta lekcja z tego wątku?
Dobrze, ale jak zacząć to działanie, kiedy właśnie brak wiary w skuteczność blokuje chęć do działania? To jest dla mnie błędne koło od początku tego wątku.
Małe działanie nie wymaga wiary w skuteczność. Wymaga tylko decyzji. Wiara przychodzi po tym, jak zobaczysz choćby jeden mały efekt. I tu afirmacja może pomóc, bo obniża próg lęku przed pierwszym krokiem. Nie przed całą drogą, tylko przed jednym krokiem. Jeśli ją traktujesz jako przepustkę do całości, to za dużo od niej chcesz.
Mnie to kręci w głowie. Bo z jednej strony mówicie, że afirmacje bez działania to za mało. Z drugiej, że wiara nie jest potrzebna do działania. To po co afirmacje w ogóle, skoro można po prostu działać?
