Tamarka to jest ważne. Właśnie tego się boję - że zacznę mieszać, bo chcę 'normalnie funkcjonować', i że to rozłuźni coś zamiast scalić. Czy w którymś momencie to się jednak dało połączyć, czy zrezygnowałaś z tamtych afirmacji całkowicie?
zrezygnowałam na jakiś czas i wróciłam do nich dopiero kiedy poczułam, że jestem jedną osobą, nie dwiema. Wtedy znowu miały sens. Ale to był dość długi czas, nie będę udawać że szybko.
A jeśli ktoś nie ma tyle czasu żeby czekać? Bo życie nie staje w miejscu, rachunki są, praca jest. Czy nie da się jakoś przeprowadzić obu rzeczy równolegle, tylko może w różnych momentach dnia?
Zastanawiam się czy ten 'gest' może być niewerbalny całkowicie. Tzn. czy afirmacja musi być zdaniem wypowiedzianym albo pomyślanym? Pytam, bo są momenty kiedy słowa są za ciężkie, za konkretne. Jakby każde zdanie za dużo stwierdzało.
tak, może. Są praktyki gdzie afirmacja to obraz albo kolor, który się utrzymuje w uwadze. Lub dźwięk, ton. To nie jest afirmacja w klasycznym sensie, ale spełnia tę samą funkcję - kieruje uwagę w konkretne miejsce. Słowa są jedną formą, nie jedyną.
To co Wrozanka napisała przypomina mi coś z numerologii - litery i słowa mają vibration, ale ta vibration jest relatywna, zależy od tego kto ją niesie w danym momencie. To samo słowo 'spokój' w różnych momentach życia to zupełnie inne słowo wewnętrznie. Czy ktoś to bierze pod uwagę przy układaniu afirmacji?
Czytam ten wątek od dawna i dopiero teraz piszę, bo nie wiedziałam jak. To co napisała Akacja o tym że słowa za dużo stwierdzają - to jest dokładnie moje doświadczenie. Nie umiałam tego nazwać. Mam teraz jedno pytanie: czy ktoś z was wrócił do afirmacji słownych i kiedy? Co było sygnałem że to już można?
A czy to ma sens robic afirmacje przy żałobie po związku, a nie tylko po smierci osoby? Pytam bo nie wiem czy ta rozmow dotyczy tylko straty przez śmierć czy w ogole strat. Bo strata partnera to też taki bol który mi sie wydaje że podobnie blokuje.
Ten wątek zaczął się od pytania ogólnego o żałobę i straty, więc myślę że strata związku jak najbardziej. Mechanizm blokady o którym piszesz - że pewne afirmacje brzmią fałszywie kiedy się traci kogoś ważnego - jest ten sam, niezależnie od rodzaju straty.
I tu wracamy do pytania z początku rozmowy o te afirmacje na obfitość kontra na minimalizm - to nie jest tylko kwestia priorytetów, to jest kwestia tego czy w ogóle jesteś w miejscu gdzie masz zasoby żeby 'chcieć' czegoś konkretnego. W żałobie, po każdej stracie, chcenie jest często zawieszone. I żadna afirmacja tego nie pominie.
I właśnie tu jest ten główny mit w pracy z afirmacjami w żałobie - że mają eliminować. Nie mają. Mają tworzyć alternatywny tor uwagi. Ból zostaje, ale mózg dostaje inną ścieżkę do chodzenia. To nie jest zaprzeczenie straty, tylko budownictwo obok niej.
A jak sie to ma do pytania z poczatku watku o minimalizm kontra obfitość? Bo rozumiem że w żalobie jest to jeszcze bardziej skomplikowane ale chyba to jest ten sam problem - że dwie afirmacje moga byc sprzeczne i nie wiadomo ktora sluchac.
Myślę że Okultysta trafia w coś ważnego. Te dwa tematy - żałoba i sprzeczność afirmacji - naprawdę są połączone. W żałobie ta sprzeczność jest po prostu bardziej bolesna, bo stawka jest wyższa. Pytanie o minimalizm kontra obfitość w normalnym życiu to kwestia priorytetów. W żałobie to pytanie brzmi inaczej - czy w ogóle mogę czegoś chcieć, i czego?
właśnie to - 'czy mogę czegoś chcieć'. To jest chyba centralny problem. Bo żałoba często niesie ze sobą takie przekonanie że nie wypada, że za wcześnie, że to nielojalność wobec tego co się straciło. I wtedy afirmacja na cokolwiek pozytywnego brzmi jak zdrada.
Te afirmacje które Wrozanka przytoczyła - 'moje wyleczenie nie kasuje mojej miłości' - coś mi się zatrzymało na tym zdaniu. Czy ktoś rzeczywiście używał czegoś podobnego i może powiedzieć jak to zadziałało? Pytam bo brzmi po ludzku, nie jak formuła.
Wchodzę w ten wątek bo czytam go od dłuższego czasu i jest tu coś co chcę sprawdzić przez swoje doświadczenie. Pisaliście że w żałobie słowa tracą ciężar albo mają go za dużo. U mnie było to drugie - każde zdanie robiło się zbyt konkretne, zbyt ostateczne. W końcu przestałam używać zdań twierdzących, zaczęłam pytające. 'Czy może być spokojniej?' zamiast 'jest spokojnie'. I to paradoksalnie działało lepiej. Czy ktoś próbował czegoś podobnego?
Wchodzę w ten fragment rozmowy bo to rozróżnienie Bryzy jest naprawdę użyteczne. U mnie opór był akurat w treści - używałam przez długi czas afirmacji o odwadze, a tak naprawdę potrzebowałam afirmacji o prawie do smutku. Całkowicie inne słowa, całkowicie inna reakcja ciała.
A propos tego co pisze Tamarka80 - czy to nie jest trochę sprzeczne z całą ideą afirmacji? Bo afirmacja z definicji jest pozytywna, a tu mowimy o afirmacjach że mam prawo do bolu, do smutku. Czy to jeszcze jest afirmacja czy coś innego?
Chcę tu wrócić do pytania o minimalizm kontra obfitość, bo ono ciągle krąży w tym wątku i myślę że w kontekście żałoby staje się jeszcze ostrzejsze. Ktoś kto traci kogoś bliskiego często przechodzi przez etap odrzucania - wyrzuca rzeczy, upraszcza życie, szuka pustki. A potem, po jakimś czasie, zaczyna chcieć znowu. I wtedy te dwie intencje naprawdę mogą stać naprzeciw siebie. Jak to sortować kiedy obie są autentyczne?
To jest pytanie o priorytety w czasie, nie o sprzeczność. Minimalizm w żałobie często jest odpowiedzią na przeciążenie - mniej bodźców, mniej decyzji, mniej. Obfitość pojawia się kiedy zaczyna się odbudowa. To nie są dwie afirmacje które walczą - to są dwie fazy. Problem jest tylko kiedy ktoś próbuje robić obie naraz bo nie wie w której fazie jest.
Zapisuję to i dodaję do swoich notatek o etapach. Mam pytanie do całej dyskusji - mówimy dużo o tym jak dobierać afirmacje do fazy, ale prawie nie mówiliśmy o tym co robić kiedy ktoś utknął między fazami. Tzn. ani w ostrym bólu, ani w odbudowie, tylko w jakimś zawieszeniu. Czy jest w ogóle afirmacja na zawieszenie?
To zdanie Wrozanki o 'jestem tutaj' zostało ze mną. I myślę że w kontekście minimalizmu kontra obfitość to jest właśnie ten trzeci stan, którego nie uwzględniamy. Bo kiedy ktoś jest w zawieszeniu, to ani minimalizm jako wybór, ani obfitość jako cel nie mają sensu. Jest tylko to co jest. Czy ktoś próbował pracować z afirmacjami wyłącznie opisowymi - bez żadnego kierunku, bez 'chcę', bez 'przyciągam', tylko opis tego co jest?
ja próbowałem coś takiego podczas trudniejszego okresu. Afirmacje czysto opisowe, coś w stylu 'oddycham', 'siedzę', 'jestem w tym pokoju'. Nie wiedziałem czy to jeszcze afirmacja czy już coś innego - może bardziej technika uważności. Ale działało w tym sensie że nie wywoływało oporu. Czy to jest ta sama kategoria?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad czymś innym. Mówimy o żałobie po stracie osoby - ale ten wątek zaczął się też od pytania o minimalizm. Czy ktoś myślał o tym jak afirmacje na minimalizm działają przy żałobie po stracie stylu życia? Tzn. nie po człowieku, ale po pracy, miejscu, czymś co definiowało tożsamość. To chyba inny rodzaj straty i może inaczej reaguje na afirmacje.
Mam pytanie trochę z boku - kiedy mówicie 'minimalizm z bólu', to czy to znaczy że takie osoby powinny unikać afirmacji na obfitość całkowicie, czy tylko na jakiś czas? Bo nie wiem czy to jest zasada czy przypadek indywidualny.
A co jeśli ktoś nie czuje w ogóle nic? Ani skurczu ani ciepła. Puste. Czy to znaczy że afirmacja nie trafia, czy że jest się zbyt odrętwianym żeby w ogóle cokolwiek poczuć?
Wracając do sedna - bo trochę odeszliśmy. Minimalizm kontra obfitość w żałobie. Mam wrażenie że ta pozorna sprzeczność znika kiedy zrozumiemy że minimalizm w żałobie jest często o kontroli - ograniczam żeby mieć poczucie że coś jest w moich rękach. A obfitość finansowa jako afirmacja mówi 'otwierasz się na przepływ'. To są dwa różne poziomy - jeden to bezpieczeństwo, drugi to zaufanie. I może właśnie dlatego nie da się ich uruchamiać jednocześnie.
