Ostatnio siedzę nad afirmacjami i natknęłam się na coś, o czym nigdzie nie czytałam wprost. Chcę afirmować sobie lepszą pracę, ale moja koleżanka właśnie dostała dokładnie to, o czym marzę - stanowisko, zarobki, wszystko. I kiedy próbuję powtarzać 'mam dobrą, doświęcającą pracę', to gdzieś w środku pojawia się coś nieprzyjemnego. Jakby zazdrość wchodziła w samo słowo i je brudziła. Nie wiem, jak to nazwać. Czy ktoś miał coś podobnego? Czy to znaczy, że te afirmacje po prostu u mnie nie działają, bo mam jakiś blok?
To jest bardzo konkretny problem i dobrze, że go w ogóle zauważyłaś, bo większość ludzi tylko czuje, że 'coś nie gra', i rzuca afirmacje po tygodniu. To, o czym piszesz, ja nazywam roboczo słowem zakażonym - słowo samo w sobie jest neutralne, ale twój umysł już je skojarzył z konkretną osobą, sytuacją, bólem. I kiedy próbujesz je wypowiedzieć jako coś swojego, ono 'smakuje' cudzym życiem, nie twoim. Pytanie do ciebie: czy to dotyczy tylko tej jednej afirmacji, czy szerzej - wszystkiego, co jest w obszarze pracy?
To rozróżnienie, które wrzuciłaś na końcu, jest kluczowe. U mnie było dokładnie tak - nie sama zazdrość blokowała afirmację, tylko wstyd za to, że zazdroszczę. Powtarzam 'mam obfitość w życiu' i jednocześnie gdzieś w tle słyszę własny głos, który mówi 'ale jak możesz to mówić, skoro przed chwilą cieszyłaś się, że tamtej nie wyszło'. I to drugie zdanie jest głośniejsze niż afirmacja.
Ja bym tutaj zwolnił z szukaniem przyczyny i zapytał o co innego: co konkretnie czujesz w ciele, kiedy wypowiadasz tę afirmację? Bo to, co opisujecie - i Powojka, i Bernadka - to jest sygnał, że umysł nie kupuje tego zdania. Ale nie dlatego, że afirmacja jest zła. Dlatego, że jest za duży skok między stanem obecnym a tym, co mówisz. Słowo 'zakażone' to ładna metafora, ale mechanizm jest chyba prostszy - mózg wykrywa sprzeczność i generuje opór.
Ja to czuję po tym gdzie się dzieje - jak mam dysonans, to jest coś w głowie, takie 'nie wierze w to'. A jak zakażenie przez zazdrość, to idzie w pierś albo w żołądek. Fizycznie inaczej. Nie wiem czy to reguła, ale u mnie tak to działa od lat i dość dobrze mi to poządkuje co z czym pracować.
Pozwolę sobie wejść w ten wątek, bo jest tu kilka rzeczy naraz i warto je porozdzielać. Zazdrość i poczucie winy to dwie różne energie i mieszanie ich w jednym worku przy pracy z afirmacjami jest źródłem wielu nieporozumień. Zazdrość to sygnał - mówi ci, że czegoś chcesz. Sama w sobie nie blokuje. To poczucie winy za zazdrość tworzy to, co Czesia słusznie nazwała zakażeniem. Bo wtedy do słowa 'praca' doczepione jest 'i wiem, że jestem złym człowiekiem, że o to chcę'. Afirmacja wypowiedziana z takim bagażem faktycznie traci spójność.
A ja mam pytanie z innej strony, bo słucham tej rozmowy i nie bardzo rozumiem. Czy to znaczy, że jak ktoś mi zazdrości, to moje afirmacje też mogą zostać zakażone? Tzn. cudza zazdrość może wejść w moje słowa?
Mam notatki z różnych podejść do afirmacji i nigdzie tego wprost nie napisano, ale przy porównaniu metod wychodzi mi jeden wzorzec. Im bardziej afirmacja jest zakorzeniona w 'ja tego chcę' zamiast 'ja to mam tak jak ten/ta', tym rzadziej pojawia się ten rodzaj oporu. To jakby sama gramatyka afirmacji zabezpieczała albo nie przed tym zakażeniem. 'Jestem spełniony zawodowo' kontra 'mam pracę taką jak X' - to drugie prawie z definicji otwiera porównanie.
Mam pytanie do Czesi albo Kryształa - czy da się w ogóle 'odkażać' takie słowo? Tzn. jest jakaś praktyka, która pomaga oderwać słowo od tego skojarzenia, żeby można było z nim normalnie pracować?
masz rację i to jest sedno. Słowo to tylko wierzchołek. Sama przez długi czas zamieniałam afirmacje jak skarpetki i dziwiłam się, czemu nie idzie. Dopóki nie usiadłam z tą zazdrością i nie pozwoliłam sobie jej po prostu poczuć bez oceniania siebie, żadne sformułowanie nie działało. Afirmacja nie jest lekarstwem na emocję, ktora jest pod spodem.
dokładnie tak. Sama oswajałam słowo 'miłość' przez chyba dwa miesiące zanim w ogóle mogłam do niego podejść afirmacyjnie. Ale Cohen ma rację - to tylko połowa roboty. Bo jeśli nie siedzisz z tą zazdrością, to słowo wraca do skojarzenia przy byle okazji. Pytanie do Ciebie - czy próbowałaś kiedyś po prostu pozwolić sobie poczuć tę zazdrość bez żadnej pracy nad nią? Nie przepracować, nie naprawić, po prostu ją mieć?
to bardzo częste przekonanie i rozumiem skąd pochodzi. Ale warto zauważyć, że zazdrość, której nie czujesz świadomie, i tak działa - tylko robi to pod powierzchnią i właśnie stamtąd zakaża twoje słowa. Tłumiona emocja nie znika, ona pracuje dalej, tylko bez twojej wiedzy i kontroli.
Przy całym szacunku do Kryształa - ten model jest uproszczony. Nie 'jeden sygnał odpada', tylko zmienia się jakość uwagi skierowanej na treść afirmacji. Mam notatki z porównania Coué, klasycznej afirmacji Hayesa i podejścia Doyala i w każdym z tych systemów mechanizm jest opisany inaczej, ale efekt jaki opisuje Bernadka jest konsekwentnie odnotowany. Pytanie jest inne: co robi różnicę - sama akceptacja emocji, czy zmiana relacji do słowa kluczowego?
u mnie kilka tygodni, ale nie ciągłej pracy - raczej kilka podejść w różnych momentach. Za każdym razem coś się odklejało. Nie umiem powiedzieć po którym podejściu to słowo przestało być jej, a zaczęło być moje. Po prostu w pewnym momencie zauważyłam, że afirmuję i nie mam tej ściśniętości w środku.
Przepraszam, że przerywam, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Piszecie o 'zakażeniu słowa' - to znaczy dosłownie, że samo słowo np. 'miłość' czy 'praca' przestaje działać, bo skojarzyło się z konkretną osobą? To nie jest tak, że po prostu macie zakodowane złe wspomnienie i ono wraca?
Dokładnie to. Ja przez długi czas myślałam, że pracuję z afirmacjami, a tak naprawdę pracowałam z przekonaniem, że nie zasługuję na to, co mam komuś zazdrościć. Te dwie rzeczy są inne, ale nakładają się na siebie i robi się z tego jeden węzeł.
Chcę tu wejść z czymś praktycznym, bo mam wrażenie że rozmowa trochę odpływa w teorię. Jak u mnie to wyglądało: usiadłam z kartką i napisałam imię tej osoby, obok to co jej zazdroszczę, i zapytałam siebie co to mówi o tym, czego mi brakuje. Nie o niej, tylko o mnie. I nagle okazało się, że zazdrość jest jak strzałka - pokazuje dokładnie czego chcę dla siebie. To zmieniło całą afirmację. Z 'chcę to co ona ma' na 'chcę to dla siebie'.
Czytam tę wymianę i mam wrażenie, że ta rozmowa bardzo mi pomaga, ale też coraz bardziej komplikuje to, z czym przyszłam. Zaczęłam od prostego pytania o zakażone słowo, a teraz mam poczucie, że nie wiem, od czego zacząć. Czesia, Donat - czy jest jakiś pierwszy krok, który ma sens niezależnie od tego, czy ograniczenie jest 'realne' czy nie?
jest. Zanim w ogóle zaczniesz ruszać słowo afirmacji, sprawdź co czujesz, kiedy je wypowiadasz. Nie co myślisz - co czujesz. Zlokalizuj to w ciele. Napięcie w gardle, ścisk w klatce, ciężar w brzuchu. To ci powie więcej o naturze blokady niż jakikolwiek schemat diagnostyczny. Od tego można zacząć zawsze, niezależnie od skali problemu.
Wracając do tego co powiedział Donat o niemożliwym - mam wrażenie że jest jeszcze jeden rodzaj zakażenia słowa, o którym nikt tu nie mówił. Nie zazdrość i nie strata, tylko poczucie winy. Jak zazdroszczę koleżance i jednocześnie myślę 'ale ona na to zasłużyła bardziej niż ja' - to słowo jest zakażone winą, nie zazdrością. I to jest może jeszcze trudniejsze do rozpracowania.
odpowiem pytaniem: skąd wiesz, że jej się należało bardziej? Na czym opierasz to przekonanie? Bo zazwyczaj kiedy zaczynam drążyć to pytanie z osobami, które mają tę konkretną blokadę, okazuje się, że to przekonanie pochodzi od kogoś innego - rodzica, nauczyciela, starego porównania. Rzadko kiedy to jest coś, co dana osoba sama wypracowała.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wyłania się tutaj coś ważnego: samo słowo nie jest nigdy 'czyste' ani 'zakażone' samo w sobie. Ono jest czyste albo zakażone w relacji do konkretnej osoby, która je wypowiada, i do konkretnej historii, którą ta osoba ze sobą niesie. Dlatego nie ma jednej metody odkażania. Metoda zależy od źródła zakażenia.
Mam pytanie do całej rozmowy, bo zastanawiam się nad tym od jakiegoś czasu. Mówimy o odkażaniu słów, zmianie relacji do słowa, badaniu przekonań - ale czy ktoś próbował po prostu całkowicie zamienić słowo w afirmacji na inne, które niesie to samo znaczenie, ale nie ma tej historii? Np. zamiast 'miłość' używać 'bliskości', zamiast 'sukces' - 'spełnienia'? I czy to w ogóle działa, czy to tylko obejście bez leczenia przyczyny?
Zastanawiam się, czy w moim przypadku problem nie leży jeszcze gdzie indziej. Mówimy o zamianie słów, o badaniu przekonań, ale u mnie konkretna osoba jest cały czas w tle. Jak mówię afirmację o czymś, co ona ma, to jej twarz mi staje przed oczami. Nie wiem, czy to zakażenie słowa, czy zakażenie obrazem tej osoby.
To co opisuje Powojka to jest rzeczywiście trochę inny mechanizm. Słowo może być czyste, ale zakotwiczone w konkretnym człowieku i wtedy nie chodzi już o słowo samo w sobie, tylko o porównanie. Afirmacja odpala porównanie, a porównanie uruchamia całą resztę - zazdrość, poczucie winy, poczucie niższości. Czy to też by zakwalifikować jako 'zakażone słowo'?
Właśnie, i tu mi się zapalila lampka. Bo ja przez jakiś czas afirmowałam coś co miała moja siostra - nie będę mówić co - i im bardziej afirmowałam, tym bardziej mi się kojarzyło że jej 'zabieram'. Jakby słowo było ok, ale intencja była skażona tym że chcę to samo co ktoś konkretny. I efektu zero, i jeszcze poczucie winy do kompletu.
Zastanawiam się głośno - czy to nie jest tak, że zakażone słowo w kontekście zazdrości o kogoś konkretnego to tak naprawdę objaw, a nie problem? Że prawdziwa praca nie jest z afirmacją, tylko z tym dlaczego ta jedna osoba stała się takim punktem odniesienia?
