Ostatnio trafiłam na jakiś artykuł, gdzie autor twierdził, że afirmacje to pseudonauka i że badania nie potwierdzają ich skuteczności. Ale zaraz potem znalazłam inne źródło, które mówiło coś zupełnie odwrotnego. Nie wiem już co myśleć. Używam afirmacji od kilku miesięcy i coś tam czuję, ale nie umiem powiedzieć czy to efekt placebo czy coś naprawdę działa. Zastanawia mnie też jedna rzecz: czy afirmacje w stylu 'jestem piękna i wartościowa' to to samo co afirmacje 'akceptuję siebie taką jaka jestem'? Bo to chyba jednak dwie różne filozofie, nie?
To jest świetne pytanie i sama się nad tym zastanawiałam. Te dwa typy afirmacji to dla mnie zupełnie inne podejścia. Pierwsze próbuje zbudować coś nowego, zmienić przekonanie. Drugie bardziej pracuje z tym, co już jest. Słyszałam, że te drugie są czasem skuteczniejsze, bo umysł nie odrzuca ich jako 'kłamstwa'. Ale skąd mam wiedzieć, które podejście jest lepsze dla konkretnej osoby?
Darka, dobrze to nazwałaś, ale jest tu pewien niuans, który warto doprecyzować. To, co opisujesz jako 'odrzucanie przez umysł', ma w psychologii swoją nazwę: efekt boomerang albo reaktancja. Kiedy afirmacja jest zbyt daleka od aktualnego stanu przekonań, mózg ją odrzuca, bo system weryfikacji prawdziwości własnych przekonań działa aktywnie. Badanie Joanne Wood z 2009 roku to potwierdziło: osoby z niską samooceną, które powtarzały 'jestem wartościowa', czuły się po tym ćwiczeniu gorzej niż przed. Afirmacje akceptacji działają inaczej, bo nie twierdzą czegoś, czemu zaprzecza aktualne doświadczenie. Tylko że tutaj pojawia się inne pytanie: czy afirmacja akceptacji zmienia kogokolwiek, czy tylko pomaga mu z tym co ma żyć spokojniej?
Przepraszam, że się wtrącę, ale trochę sceptycznie do tego podchodzę. Czy nie jest tak, że każde powtarzanie czegoś w kółko to po prostu autosugestia? Że to nie ma nic wspólnego ani z nauką, ani z żadną magią, tylko z tym, że ludzki mózg w końcu przyjmuje jako prawdę to, co często słyszy? Nie mówię, że to złe, ale czy to w ogóle jest osobna metoda, czy po prostu mechanizm psychologiczny, który ludzie opakali w ładną nazwę?
Mam pytanie z zupełnie innej strony. Czy jeśli ktoś wierzy, że afirmacje działają na poziomie energetycznym, a nie tylko psychologicznym, to czy to wyklucza te wszystkie badania? Bo tu chyba mówimy o dwóch różnych rzeczach i nie da się jednym sprawdzić drugiego?
Dodola ma rację w tym, że słowo pseudonauka bywa używane bardzo swobodnie. Coś jest pseudonauką, jeśli udaje naukę, ale nie spełnia jej wymogów: nie ma falsyfikowalności, powtarzalności, recenzowanych badań. Problem z afirmacjami polega na czym innym: są badania, ale wyniki są niejednoznaczne i zależą bardzo od kontekstu. To nie pseudonauka, to po prostu słabo zbadany obszar z dużą zmiennością wyników. A to różnica.
Dobrze, ale powiedzcie mi jedno: jeśli ktoś stosuje afirmacje i czuje, że mu to pomaga, to czy w ogóle ma znaczenie, czy nauka to potwierdza? Pytam szczerze, bo nie rozumiem, po co nam ta dyskusja, jeśli efekt jest.
A czy nie jest tak, że afirmacje zmiany i afirmacje akceptacji to zupełnie inny cel? Jedna mówi: 'chcę być inna niż jestem', a druga: 'jestem ok taka jaka jestem'. Które podejście jest zdrowsze psychicznie? Bo mam wrażenie, że ciągłe mówienie sobie, że chcę być inna, może powodować, że człowiek ciągle czuje się niewystarczający.
No właśnie, i to jest dla mnie jeden z większych problemów z całą tą popularyzacją afirmacji. Instrukcja brzmi 'powtarzaj pozytywne zdania', ale nikt nie mówi: sprawdź najpierw, z czego to powtarzanie robisz. Połowa ludzi siada do afirmacji z poczuciem, że bez nich jest niewystarczająca, i to poczucie siedzi cały czas z tyłu głowy.
To mnie to wraca do mojego pierwszego pytania: czy te dwa typy, zmiana kontra akceptacja, da się w ogóle stosować razem? Czy to nie jest sprzeczność? Bo jeśli mówię sobie 'akceptuję siebie', a za chwilę 'chcę być pewniejsza siebie', to czy jedno nie niszczy drugiego?
nie muszą być sprzeczne, jeśli są odpowiednio ułożone. Akceptacja nie znaczy rezygnacja. Można akceptować swój stan obecny i jednocześnie chcieć się rozwijać. Problem pojawia się, gdy jedno zdanie zawiera ukryte zaprzeczenie drugiego, np. 'akceptuję siebie' powtarzane przez osobę, która głęboko siebie nie akceptuje, brzmi w jej głowie jak kłamstwo. Wtedy napięcie między tymi dwoma afirmacjami może być większe, niż gdyby stosowała tylko jedną.
Mam wrażenie, że ten wątek zaczyna się kręcić wokół psychologii, a nie afirmacji jako takich. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, gdzie tu w ogóle jest ta granica między afirmacją a po prostu... rozmową z samym sobą? Bo jeśli mówię do siebie 'dasz radę', to czy to już afirmacja?
A wróćmy do tego, co Hellan napisał o stanie wyjściowym. Jeśli afirmacja zmiany stosowana z pozycji 'jestem zepsuta' może szkodzić, to co powinien zrobić ktoś, kto właśnie jest w tym miejscu? Nie robić żadnych afirmacji, dopóki nie poprawi sobie samooceny? Ale jak poprawi, skoro nie ma narzędzi?
Przepraszam, że się wtrącam, ale jak słucham tej rozmowy, mam pytanie do Kabalista. Wspominałeś wcześniej, że nauka nie ma dostępu do twierdzeń niefalsyfikowalnych. Ale czy to znaczy, że praktyka energetyczna jest po prostu poza oceną nauki, czy że nauka uważa ją za bezwartościową?
To może się mylę, ale mam wrażenie, że w tej rozmowie cały czas mieszamy dwie sprawy: co afirmacje robią z przekonaniami w głowie, i co mają robić poza głową. Ja zaczęłam ten temat, bo sama nie wiedziałam, czy stosować afirmacje, żeby się zmienić, czy żeby zaakceptować siebie. I teraz widzę, że ta różnica jest głębsza, niż myślałam.
Dokładnie to samo czuję po tej rozmowie. Zaczęłam tu z przekonaniem, że afirmacje zmiany są bardziej 'aktywne', więc lepsze. Teraz myślę, że to zależy od etapu. Jak ktoś jest w środku kryzysu, może akceptacyjne są zdrowsze. Jak ktoś jest stabilny i chce rosnąć, zmianowe mają sens. Ale to moje wnioski, nie wiem, czy eksperci się zgodzą.
Czyli właściwie nie ma takiej sekwencji, że najpierw akceptacja, potem zmiana, i po wszystkim. To raczej cykl, który się powtarza przy każdej kolejnej rzeczy, którą chcesz w sobie zmienić albo zaakceptować?
To skoro tak, to po co w ogóle szukać potwierdzenia naukowego dla afirmacji? Jeśli działają, działają, jeśli nie, nie. Mam wrażenie, że ta dyskusja jest ważna dla kogoś, kto potrzebuje zgody nauki, żeby coś robić.
Ale właśnie o to mi chodzi od początku. Skoro nie ma jednoznacznych badań, to co odróżnia afirmację od zwykłego myślenia życzeniowego? Bo jeśli powiem sobie sto razy 'jestem zdrowa' i to nie zadziała, to czy to znaczy, że źle robiłam afirmację, czy że afirmacje nie działają? Jak to w ogóle sprawdzić?
To przepraszam, że wejdę z boku, ale nie do końca rozumiem. Czy to znaczy, że afirmacje mogą kiedyś być 'zatwierdzone przez naukę', tak jak medytacja? I że wtedy będą bardziej 'prawdziwe'? Pytam serio, bo nie wiem, jak to działa.
Wracam do tego, co mnie tu przyciągnęło na początku. Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć, że moje pytanie było może źle postawione. Pytałam, czy afirmacje to pseudonauka, a właściwie powinnam pytać: kiedy i dla kogo działają, i jakie. Bo to są trzy zupełnie różne pytania.
Ale to chyba dobrze, że pytanie ewoluuje w trakcie rozmowy? Mam wrażenie, że to jest właśnie wartość takich wątków. Choć powiem szczerze, trochę mi brakuje tu kogoś, kto powie: 'ja to robiłam i oto co się stało'. Dużo teorii, mało konkretów z życia.
Ale to wracamy do pytania Glogowej o falsyfikowalność, tylko od drugiej strony. Skoro nie możemy oddzielić efektu afirmacji od innych zmian w życiu, to jak ktokolwiek miałby to rzetelnie zbadać? Czy są jakieś protokoły, które to kontrolują?
I tu dochodzimy do sedna, moim zdaniem. Afirmacje są praktyką osadzoną w kontekście życia konkretnej osoby, w konkretnym momencie. Wyrwane z tego kontekstu do badania laboratoryjnego tracą dużą część tego, co je definiuje. To nie znaczy, że są pseudonauką. To znaczy, że nauka ma z nimi problem metodologiczny, a nie ontologiczny.
Słucham tej rozmowy od początku i mam jedno pytanie, które mi siedzi w głowie. Wszyscy mówią o afirmacjach jako o czymś, co albo zmienia, albo akceptuje. Ale ja nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, kiedy to robiłam. Po prostu mówiłam sobie coś spokojnego i czułam się lepiej. Czy to w ogóle liczy jako afirmacja?
Przepraszam, że znowu wejdę z pytaniem, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o umyśle, który 'przyjmuje' afirmację albo nie. Skąd wiadomo, kiedy coś jest przyjęte? Jak to w ogóle wygląda od środka?
A może to nie jest wada, tylko cecha tej praktyki? Że ona działa razem z życiem, a nie zamiast niego. Nie wiem, czy to dobrze brzmi jako argument, ale jakoś tak mi to siedzi.
