Chcę napisać o czymś, co mnie ostatnio mocno dotknęło i nie wiem, jak się z tym pracuje. Straciłam kogoś bliskiego kilka miesięcy temu i próbuję wrócić do regularnych praktyk, ale afirmacje, które kiedyś działały, teraz brzmią dla mnie pusto albo wręcz fałszywie. Mówię sobie 'jestem pełna miłości i spokoju' i czuję się jak kłamca. Czy w ogóle można pracować z afirmacjami w żałobie? Czy może to jest zły moment i trzeba po prostu przeczekać?
To co opisujesz to jest bardzo konkretna bariera, którą rozpoznaję. Afirmacje klasyczne, te ze stylu 'jestem spokojna, wszystko jest dobrze', w żałobie po prostu rozbijają się o rzeczywistość emocjonalną. Umysł wie, że to nieprawda, i odrzuca. Nie jest to kwestia słabej wiary ani złego momentu, tylko nieodpowiedniego narzę... no, nieodpowiedniej formy afirmacji do stanu w jakim jesteś. Zamiast afirmacji stanu ('jestem') można próbować afirmacji zgody albo procesu. Na przykład 'pozwalam sobie czuć to, co czuję', 'mój ból jest częścią miłości którą nosiłam'. Pytanie do ciebie, co czujesz kiedy mówisz coś w tym stylu, bardziej szczerze brzmi?
Ja miałam podobnie po rozstaniu, nie tak poważna strata co śmierć bliskiej osoby, ale emocjonalnie byłam w dołku i afirmacje brzmiały jak żart. Wyczytałam gdzieś, żeby dodawać do afirmacji 'uczę się' albo 'zaczynam'. Zamiast 'jestem spokojna' mówić 'uczę się znajdować spokój'. To trochę bardziej realistyczne i mózg tego nie odrzuca tak od razu. Nie wiem czy to jest poprawne metodycznie ale u mnie działało.
A czy jest jakiś czas, który powinien minąć po stracie zanim w ogóle zacznąć z afirmacjami? Bo czytałam że przez rok po śmierci bliskiej osoby to właściwie wszystkie praktyki są osłabione, że jest coś z energią żałoby która blokuje. Nie wiem czy to prawda czy nie.
Medytuję regularnie od kilku lat i z mojego doświadczenia praca z oddechem w żałobie jest pierwotniejsza niż afirmacje. Zanim w ogóle zacząłem pracować ze słowami, musiałem przez pewien czas po prostu siedzieć z ciałem. Afirmacje to komunikaty do umysłu, ale żałoba mieszka też w ciele, w gardle, w klatce piersiowej. Czy ktoś próbował łączyć afirmacje z pracą somatyczną, z oddechem, z fizycznym poczuciem?
u mnie to wygląda tak, że najpierw kilka oddechów tylko po to, żeby zarejestrować co jest w ciele, bez oceniania. Potem jeśli jest jakaś emocja, daję jej miejsce. Dopiero kiedy czuję że ciało jest trochę bardziej otwarte, wypowiadam afirmację, ale głośno, bo głos ma fizyczny rezonans w klatce piersiowej. Nie robię tego jako ćwiczenie mentalne, bardziej jako coś między modlitwą a rozmową z sobą. Nie wiem czy to jest czysta praca z afirmacjami według jakiejś definicji, ale jest szczersze niż mechaniczne powtarzanie.
Bardzo dziękuję za ten temat, właśnie tego szukałam. Czy afirmacje które mówimy głośno działają inaczej niż te w myślach? Słyszałam że głośne mają większą moc ale nie rozumiem czemu.
Prowadzę notatki z praktyki od pewnego czasu i zaobserwowałam coś, co pasuje do tego wątku. W trudniejszych emocjonalnie okresach afirmacje zapisywane ręcznie działały na mnie lepiej niż mówione. Jakby akt pisania dawał więcej czasu na poczucie każdego słowa. Mam hipotezę, że to zależy od tego jak kto przetwarza emocje, wzrokowcy i kinestycy mogą reagować inaczej. Czy ktoś robił świadomie taki test na sobie?
Wracając do pytania z początku wątku, bo mi się kręci po głowie inna kwestia. Akacja pisała że afirmacje brzmią 'pusto' albo 'fałszywie'. Czy jest możliwe, że to nie jest problem metody, tylko problem treści? Tzn. czy afirmacje, które działały przed stratą, były dostosowane do tamtego życia, tamtego etapu, i teraz po prostu nie pasują? Jakby ktoś nosił ubrania z poprzedniego sezonu i dziwiło go, że coś nie gra.
i to jest dla mnie kluczowe zdanie w całej tej rozmowie. 'Nie wiem jeszcze kim jestem po tej stracie.' To właśnie jest moment, w którym klasyczne afirmacje mogą robić więcej szkody niż pożytku, bo próbujesz budować nowe przekonania zanim grunt pod spodem ustabilizował się. Może zamiast afirmacji warto teraz pracować z pytaniami. Nie twierdzeniami, tylko otwartymi pytaniami do siebie, jak 'co teraz czuję', 'czego potrzebuję', 'co chcę zachować'. To nie jest afirmacja, ale toruje drogę pod nią.
Słucham tej rozmowy i chcę dodać coś z innej strony. W tradycyjnych praktykach, nie tylko w ezoteryce ale też na przykład w niektórych szkołach buddyjskich, żałoba jest traktowana jako szczególny czas otwarcia, nie zamknięcia. Strata rozrywa pewne powłoki ochronne i jesteś bardziej przepuszczalna na to co wchodzi do środka. To sprawia, że złe afirmacje, mechaniczne, nieprawdziwe, mogą utkwić głębiej niż normalnie. Ale dobre, naprawdę szyte na miarę, też. Więc może to nie jest czas żeby odpuścić praktykę, tylko żeby być dużo ostrożniejszą z tym co wpuszczasz.
Chciałam jeszcze rozwinąć to co zaczęłam mówić. W żałobie jest coś, co mogłabym nazwać cienką zasłoną między tym co widzialne a tym co już niewidzialne. Niektóre tradycje mówią, że to właśnie wtedy jesteśmy bliżej prawdy o sobie niż w jakimkolwiek innym czasie. Pytanie do Akacji, bo to jej temat, czy w tej praktyce którą robisz czujesz, że jest różnica między afirmacjami które mówisz o sobie, a tymi które dotyczą relacji z osobą którą straciłaś?
i ten opór jest w moim odczuciu ważną informacją, nie przeszkodą. To co opisujesz to zderzenie afirmacji z granicami własnej wiedzy. Nie wiesz gdzie ona jest, więc umysł odrzuca to jako nieprawdziwe. Czy próbowałaś sformułować to inaczej, nie jako twierdzenie o jej stanie, ale jako intencję albo życzenie? Coś w stylu 'kieruję do niej spokój i miłość' zamiast 'ona jest spokojna'?
A czy takie afirmacje, które kierujemy do kogoś kto już umarł, to w ogóle działają? Bo ja rozumiem kiedy afirmacja dotyczy mnie, ale wysyłanie czegoś do osoby po drugiej stronie to już chyba inna kategoria, prawda?
Przepraszam że wchodzę z boku, ale bardzo mnie to poruszyło. Czy to znaczy że można stworzyć afirmacje specjalnie po to, żeby pożegnać kogoś? Jak taki rytuał słowny? Nigdy o tym nie myślałam.
Chcę wrócić na chwilę do czegoś co Akacja mówiła wcześniej, bo to mi zostało w głowie. Że nie wie jeszcze kim jest po tej stracie. Czy nie jest tak, że afirmacje w żałobie są najtrudniejsze właśnie dlatego, że wymagają podmiotu który mówi 'ja', a ten podmiot jest właśnie w trakcie reorganizacji? Jakbyś chciała wypowiedzieć afirmację, ale nie wiesz jeszcze czyimi ustami.
i wróciłaś właśnie do czegoś bardzo konkretnego. Afirmacje na żałobę być może nie powinny mówić nic o tym kim jesteś ani kim będziesz, tylko o tym co robisz teraz. 'Oddycham.' 'Daję sobie czas.' 'Jestem tutaj.' To nie jest pomniejszenie praktyki, to jest dostosowanie jej do tego etapu.
Zapisałam sobie to co Shangie napisała i zastanawiam się, czy takie mikroafirmacje, bo chyba tak można je nazwać, wymagają zupełnie innej regularności. Klasyczne podejście mówi żeby powtarzać rano i wieczorem, przez wiele tygodni. Ale jeśli afirmacja to 'jestem tutaj' albo 'oddycham', to czy powtarzanie jej dziesiątki razy dziennie nie zatraca sensu?
Czytam ten wątek od początku i pierwszy raz się odzywam. Straciłam kogoś bliskiego i przez długi czas nie mogłam nic. Żadnej praktyki, żadnych afirmacji, nic. Czy to znaczy że cofnęłam się w pracy nad sobą? Bo mam takie poczucie winy z tym związane.
To co Pranava i Bryza piszą do Chaber jest bardzo ważne, ale mam pytanie ogólniejsze. Czy jest w ogóle jakiś moment, sygnał, po którym wiadomo że można zacząć wracać do regularnej praktyki? Bo wydaje mi się, że nie wiem jak to rozpoznać u siebie.
Azalia poruszyła coś ważnego - ten moment ciekawości albo łagodnej chęci. Ale mam pytanie, bo sama przez to przechodziłam: co jeśli ta chęć pojawia się i znika w ciągu jednego dnia? Rano coś czuję, myślę 'dobra, spróbuję', a wieczorem to już znika. Czy to jest już sygnał, żeby zacząć, czy jeszcze nie?
Zastanawiam się czy to 'testowanie bezpieczeństwa' o którym mówi Azalia nie jest czymś głębszym. Żałoba często zmienia próg tolerancji na zmiany w ogóle. Byłem w podobnym miejscu i pamiętam, że każda próba zmiany czegokolwiek - nawet małej rutyny - wywoływała coś w rodzaju wewnętrznego protestu. Jakby trzymanie starych nawyków było ostatnią formą lojalności.
u mnie rozluźniło się samo, ale nie przez afirmacje. Przez jeden konkretny moment w rozmowie z kimś bliskim. Ale każdy ma swój punkt. Afirmacje mogły być częścią drogi gdybym wiedział wtedy to co wiem teraz - że można sformułować je tak, żeby nie wymagały zdrady. Że możesz mówić 'pamiętam i idę dalej', a nie 'zapomniałam i idę dalej'.
To co Franek napisał bardzo do mnie trafia. Miałam dokładnie to poczucie, że praca nad sobą to jakieś sprzeniewierzenie się. Że powinnam być tylko w tej stracie, nie wychodzić z niej. Nie wiedziałam że inni tak mają.
Dziękuję Shangie za tę odpowiedź, bo to jest coś bardzo konkretnego. Ale mam pytanie - co to znaczy 'lekko ciepłe'? Jak to rozpoznać jeśli ktoś jest w takim stanie, że nie czuje za dużo?
To co Bryza opisuje przypomina mi pewną technikę z pracy z oddechem - zamiast skupiać się na wdechu, skupiasz się na zatrzymaniu między wdechem a wydechem. Taka pauza. Afirmacja jako pauza, nie jako ruch do przodu. Nie wiem czy to metafora trafia do wszystkich, ale mnie pomaga to myśleć o zdaniach jako o przestrzeni, nie jako o działaniu.
To jest dla mnie najważniejszy punkt tej rozmowy. Afirmacje na obfitość finansową albo minimalizm, o których gdzieś wcześniej była wzmianka - one zakładają że wiesz czego chcesz, że jest jakieś 'lepsze' do którego zmierzasz. W żałobie to założenie jest co najmniej wątpliwe. Czy ktoś próbował mieszać takie afirmacje z żałobą i co z tego wyszło?
