U mnie notatki działały, ale nie pisałam ich jako dziennik - tylko krótkie zdania, coś w stylu 'dziś nie zareagowałam złością, kiedy...' albo 'znowu to samo w tej samej sytuacji'. Przez kilka miesięcy zrobiło się z tego coś w rodzaju mapy moich wzorców. I to jest właśnie ta samoświadomość, o której jest ten wątek - nie wiedzieć więcej, tylko zauważać powtórzenia.
A czy ktoś próbował afirmacji pisanych ręcznie, ale nie powtarzanych wielokrotnie - tylko pisanych raz dziennie jakby dla siebie, jak zdanie w dzienniku? Czytałam o czymś takim, że chodzi bardziej o intencję niż mechaniczne powtarzanie. Tylko nie wiem, czy to jeszcze afirmacja, czy już coś innego.
Wracając do tego, co mówiła Krokusik_53 o obserwowaniu wzorców - to bardzo podobne do tego, co słyszałem o medytacji uważności. Czy afirmacje na samoświadomość to w ogóle nie jest po prostu medytacja w innym formacie? Bo mi się zacierają granice między jednym a drugim.
A jak długo trzeba to robić, żeby zobaczyć cokolwiek? Bo słyszę tu o miesiącach, mapach wzorców, etapach - i zastanawiam się, czy to jest w ogóle realne dla kogoś, kto ma pracę i rodzinę i nie może poświęcać godziny dziennie na pisanie notatek.
To co mówi Krokusik_53 brzmi jak coś, co słyszałem w kontekście terapii, nie ezoteryki. Czy afirmacje na samoświadomość to nie jest trochę terapia własnym sumptem? Pytam serio, bo nie wiem, gdzie jest granica.
A co jeśli ta silna reakcja pojawia się już przy prostych afirmacjach, np. o akceptacji siebie? Czy to od razu znaczy, że coś jest nie tak, czy po prostu, ze to miejsce, w którym jest dużo do przeprocesowania?
Mnie ta rozmowa o mapowaniu wzorców przypomniała coś, co zauważyłam u siebie dopiero po czasie. Zaczęłam pisać te notatki bez żadnej afirmacji i przez kilka tygodni wydawało mi się, że nic się nie zmienia. A potem przeczytałam wszystko od początku i zobaczyłam, że ten sam schemat powtarzał się co kilkanaście dni dokładnie w tych samych okolicznościach. Afirmacja pomogła mi to nazwać, ale zobaczyć - to zrobiły notatki.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie może naiwne - czy afirmacje na samoświadomość różnią się jakoś od zwykłego myślenia o sobie? Bo kiedy analizuję swoje zachowanie po jakiejś sytuacji, to też obserwuję wzorce. Gdzie jest różnica między tym a praktyką, o której mówicie?
A propos tego milimetra - skąd w ogóle wiadomo, że zmiana jest efektem afirmacji, a nie po prostu upływu czasu albo innych rzeczy, które robiłem? Bo jak mam przypisać cokolwiek afirmacjom, jeśli równolegle zmieniają się inne okoliczności?
Mnie irytuje trochę to, że tyle tu mówi się o długoterminowych obserwacjach i pół roku wstecz. A co jeśli ktoś zaczął dosłownie kilka tygodni temu i jeszcze nie ma żadnego 'pół roku temu'? Czy po prostu trzeba czekać?
Wróćmy na chwilę do tego, co Eugenka pisała wcześniej o silnej reakcji emocjonalnej jako sygnale. Mam pytanie, bo trochę to mnie niepokoi - co jeśli mocna reakcja na afirmację pojawia się za każdym razem, od samego początku, i nie ma żadnych tygodni 'bez niej'? Czy to znaczy, że w ogóle nie powinnam tego robić sama?
A czy ta silna reakcja to zawsze jest coś złego? Bo ja mam czasem mocne emocje przy afirmacjach i czuję, że właśnie wtedy coś 'pęka' w dobrym sensie. Skąd odróżnić pęknięcie konstruktywne od tego, że po prostu dotknęłam czegoś, czym nie powinnam ruszać sama?
No właśnie... chyba jest odprężenie, ale nie zawsze. Czasem jest luz, a czasem po prostu jestem zmęczona i nic więcej. Nie wiem czy to dobry czy zły znak.
Słuchajcie, mam takie wrażenie, że ta rozmowa zaczęła krążyć trochę wokół tego, kiedy przestać i co jest za trudne. A wróćmy do tytułu - czy afirmacje naprawdę podnoszą samoświadomość? Bo z tej dyskusji wychodzi mi, że samoświadomość jest warunkiem żeby afirmacje działały, a nie efektem. Nie ma tu jakiegoś błędnego koła?
Ale to trochę kołowe - mówisz, że żeby zacząć, trzeba mieć jakąś samoświadomość, a temat jest o tym, czy afirmacje tę samoświadomość podnoszą. To może odpowiedź jest prosta: nie podnoszą jej, tylko ujawniają to, co już jest?
A co jeśli afirmacje ujawniają coś, czego w ogóle nie chciałam widzieć? Bo mam takie poczucie po kilku tygodniach, że zamiast lepiej o sobie myśleć, bardziej widzę, jak dużo mam w sobie krytycznych głosów. To nie jest to, czego się spodziewałam.
Ja miałam tak samo jak Bibianna i mi pomogło to, że przestałam traktować afirmacje jak coś co ma zastąpić tamte głosy. Bardziej jak... coś obok. Nie walka z krytykiem, tylko inny głos w tle. Nie wiem czy to ortodoksyjne podejście ale u mnie zdziałało więcej niż próbowanie zagłuszenia.
Mam pytanie do tej kwestii głosów - czy chodzi o głos dosłowny, który słyszysz w głowie, czy bardziej o przekonania, które gdzieś siedzą i wychodzą w reakcjach? Bo jak myślę o swoim krytyku wewnętrznym, to nie mam poczucia że 'słyszę' głos, raczej że coś mnie blokuje zanim w ogóle pomyślę.
Właśnie ta sztuczność to coś, o czym chyba za mało się tu mówiło. Dużo osób rzuca afirmacje 'z szablonu' i potem jest zdziwienie, że nie ma efektu. Ja przez długi czas powtarzałam zdania, które kompletnie do mnie nie pasowały - i nie robiło to nic poza poczuciem, że recytuję coś bez sensu.
Pytania zamiast stwierdzeń - to chyba sprzeczne z definicją afirmacji? Afirmacja to twierdzenie, nie pytanie. Czy to wtedy jeszcze są afirmacje czy już coś innego?
Czyli jeśli dobrze rozumiem, pytania działają bo mózg zaczyna szukać odpowiedzi i przy okazji zbiera dowody na to, że jednak coś pozytywnego w nas jest? Brzmi logicznie, ale zastanawiam się czy to nie jest trochę manipulowanie sobą.
Wróćmy na chwilę do tego, co mówiła Zywilka53 o pytaniach zamiast stwierdzeń. Jak długo stosowałaś tę metodę zanim poczułaś jakąś różnicę? Bo zastanawiam się czy to kwestia tygodni, miesięcy.
No dobrze, ale my tu cały czas kręcimy się wokół tego, jak afirmacje działają na emocje i przekonania. A temat jest o samoświadomości. Czy ktoś ma konkretny przykład - nie odczucie, tylko coś, co faktycznie zobaczył o sobie dzięki afirmacjom? Coś, czego wcześniej nie wiedział?
Właśnie o tym pisałam wcześniej, że zamiast walczyć z krytykiem, dałam mu być. I teraz to, co Eugenka opisuje - to jest chyba dokładnie ta samoświadomość z tematu. Nie chodzi o to, żeby się zmieniać, tylko żeby w ogóle wiedzieć, co tam siedzi.
Dobrze, ale jeśli cała wartość afirmacji jest w powtarzalności i dostępności, to dlaczego nie wystarczy po prostu codziennie pisać w dzienniku? Bez żadnych gotowych zdań, tylko swoje myśli? Czy to nie byłoby bardziej szczere?
Słuchajcie, ja tu czytam od początku i mam wrażenie, że cała rozmowa zakłada, że samoświadomość to coś, co można 'ćwiczyć' metodami z listy. A co jeśli dla kogoś te wszystkie techniki są po prostu za bardzo świadome? Tzn. za bardzo kontrolowane żeby cokolwiek prawdziwego wyszło?
A czy samoświadomość przez afirmacje może przyjść też przez sny? Pytam bo u mnie ostatnio, kiedy zaczęłam powtarzać afirmacje wieczorem, sny stały się bardziej... wyraziste. Nie wiem czy to związek czy przypadek.
